Kamień Małżeństw
Rozdział 2/79
Zew Avalonu
Notka od autora: Na pytanie, czy w KM będzie mpreg, od razu mówimy zdecydowanie nie. Według J. Darcy (pod koniec rozdziału 25) czarodzieje nie mogą zajść w ciążę i tego się będziemy trzymać.
Beta: mawako
OOOOO
Draco krążył pod chimerą coraz bardziej podenerwowany przedłużającą się nieobecnością dyrektora w jego gabinecie. Chodząc po korytarzu, zastanawiał się, gdzie stary czarodziej się podziewa. Nigdy nie był cierpliwy, ale wydawało mu się, że czeka wyjątkowo długo. Nawet nie miał kogo spytać o przybliżony czas powrotu Dumbledore'a do Hogwartu. Wszyscy byli mniej lub bardziej zaangażowani w akcję ratunkową.
Jasne, rozumiał, że dyrektor nagle miał znacznie więcej obowiązków w sytuacji, kiedy śpiących mugoli ciągle przybywało. Uczniowie postanowili pomóc i sami podzielili się na trzyosobowe grupy, składające z osób, które potrafiły się aportować. Ci, co tej umiejętności jeszcze nie opanowali, służyli jako transport mugoli z miejsca poza barierą ochronną zamku a szpitalem. Malfoy pomagał mężowi, ale po ostatnim przejściu przez ambulatorium tuż koło dwóch ciągle nieodzyskujących przytomność Ślizgonów zaczął zastanawiać się, co z jego ojcem. Skoro ci dwaj śmierciożercy tak wyglądali, to co musiało się stać z Lucjuszem, który posiadał dużo większą ilość magii?
W jakim był stanie?
Draco nie należał do głupców. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, jak potężny jest jego ojciec. No i przecież wiadomo było, że Czarny Pan nie wybierał sobie byle kogo na zwolenników, nie mówiąc już o przynależności do Wewnętrznego Kręgu.
― Coś się stało, Draco? ― Albus pojawił się koło Ślizgona tak nagle, że ten drgnął z lekkim przestrachem, niespodziewanie wyrwany ze swoich myśli, ale błyskawicznie się opanował.
― Chciałbym prosić o zgodę na opuszczenie zamku. Muszę odnaleźć ojca.
Dyrektor obserwował go chwilę i w końcu rzekł:
― Nie musisz pytać mnie o nią, chłopcze. W obecnej sytuacji nie ma najmniejszego sensu udzielać zgody na wyjście poza obręb Hogwartu. Tyle osób się teraz przemieszcza po zamku, że nie kontrolujemy, co robią uczniowie. ― Uśmiechnął się smutno, dodając: ― Jest to niepokojące, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, ale nie mamy innego sposobu na przenoszenie mugoli. Proszę zachować ostrożność i jak najszybciej wrócić do szkoły, oczywiście z ojcem, panie Malfoy. Tylko o tyle proszę.
― Dziękuję, dyrektorze.
Draco skinął głową w podziękowaniu i szybko się oddalił. Nie chciał nikogo zabierać ze sobą do rezydencji Malfoyów. Nie wiedział, czy Lucjusz nie zmienił czegoś w barierach ochronnych, a nie miał zamiaru tego wypróbowywać na kimkolwiek. Dla niego te ewentualne zmiany w magicznym zabezpieczeniu domu nie powinny być groźne, ale i tego nie był pewien.
Lawirował pomiędzy charłakami, uczniami oraz lewitowanymi nieprzerwanie śpiącymi mugolami. Gdy był nie tak dawno w szpitalu, widział, że jedno skrzydło jest już prawie pełne. Drugie, dotąd nieużywane, pewnie wkrótce także zostanie zapełnione.
Chwilę rozmyślał, po co Założyciele stworzyli tak duży szpital, ale przypomniał sobie, że w ich czasach było dużo wojen i zaraz. Szkoła mogła służyć też za placówkę medyczną w takich przypadkach. Tak jak teraz.
Minął o kilka kroków barierę antyaportacyjną i aportował się w pobliże swego domu. Pojawił się tuż przy bramie. Nic nie wskazywało, aby sytuacja wpłynęła jakkolwiek na tutejszą okolicę. W sąsiedztwie nie mieszkali mugole, więc i nie było najmniejszych śladów ich zaśnięcia. Dopiero gdzieś w oddali Draco mógł dostrzec na niebie ciemniejsze smugi świadczące o tym, że w tamtym miejscu wybuchł pożar i rośnie na sile.
Pyknięcie u stóp zwróciło jego uwagę. Tuż przed nim pojawił się skrzat.
― Pani prosi do sypialni państwa, paniczu Draco ― powiedziało stworzenie cicho i po krótkim wahaniu dodało: ― Z pańskimi rodzicami nie jest za dobrze.
Natychmiast przekroczył bramę i, nie wyczuwając żadnych blokad, aportował się pod same drzwi sypialni rodziców.
Te, o dziwo, otworzyły się prawie natychmiast.
― Witaj, Draco. Ojciec nie śpi, ale jest słaby. ― Matka przytuliła go krótko.
Była bardzo blada, ale nie leżała w łóżku.
― Domyślam się ― bąknął oschle, odsuwając ją niezbyt delikatnie, i wkroczył do pokoju.
Wiedział, czego się spodziewać, w końcu dwójka Ślizgonów w Hogwarcie miała to samo przeżycie za sobą.
Lucjusz półleżał, podparty sporą ilością poduszek. Wydawało się w pierwszej chwili, że śpi, ale otworzył oczy, gdy tylko Draco stanął bliżej.
― Witaj.
― Witaj, ojcze. Jak się czujesz? ― zapytał, ale w jego głosie nie słychać było troski.
― Nie za dobrze, tym bardziej że roznosi mnie wściekłość.
Draco uniósł brwi ze zdziwienia. Lucjusz naprawdę bardzo rzadko tak ulegał emocjom i je okazywał. Wykorzystanie jego mocy, na które nie wyraził zgody, musiało bardzo zaboleć jego ego. A urażenie jego legendarnej wręcz dumy pociągało przeważnie poważne skutki.
― Co z Severusem? ― zapytał nagle Malfoy senior, przerywając niezręczną i przedłużającą się ciszę.
― Gdy go ostatnio widziałem, wybierał się dokądś z Harrym. Ale nie wiem dokąd.
― Nie poniósł żadnego ubytku mocy? ― zdziwił się Lucjusz.
― Zupełnie na to nie wyglądało.
― Muszę z nim porozmawiać i to jak najszybciej.
― Jak mówiłem, nie wiem, gdzie obecnie jest. Mam jednak pozwolenie zabrania cię do Hogwartu.
― Mnie? ― Szok był wyraźnie widoczny na jego twarzy.
― Do niczego nie będę cię zmuszał, ale mamy tam odpowiednie środki, by przywrócić cię do stanu używalności ― rzekł chłodno Draco.
― Jak ty się do mnie…?! ― warknął na niego Lucjusz, próbując się bezskutecznie zerwać z łoża.
― Przestań! ― uciszył go ostro syn. ― Nie mam już pięciu lat. Przyszedłem z własnej woli ci pomóc, żebyś mógł szybciej wrócić do swoich obowiązków. W chwili, gdy mugole się obudzą, a mam podejrzenia, że nastąpi to bardzo szybko, zapanuje chaos w obu światach. Czy chcesz, by ten zamęt spadł dodatkowym ciężarem na głowę twego króla? Zwłaszcza po tym, co dla ciebie zrobił?
Lucjusz wpatrywał się w syna oszołomiony. Biła od niego niezwykła moc. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby Draco używał tego tonu, co teraz. Zwłaszcza wobec niego, głowy rodu. Szybko się jednak otrząsnął po krótkiej ciszy i odezwał dziwnym głosem:
― Małżeństwo ci służy. Stajesz się pełnoprawnym Malfoyem.
― Co? ― Nie bardzo zrozumiał aluzję ojca.
― Dobrze. Zabierz mnie do Hogwartu. Muszę jak najszybciej stanąć na nogi i dołączyć do Wizengamotu, by uporządkować cały ten bałagan. Chociaż to będzie naprawdę cud, jeśli uda nam się wymyślić coś na tak wielką skalę.
― Porozmawiaj z Hermioną Granger. Idę o zakład, że ma już kilka takich planów ułożonych.
― Szlama?!
― Nazwij ją tak przy Harrym. Jestem ciekaw, czy pokonasz w pojedynku Severusa, który stanie w obronie Harry'ego, gdy ten z kolei będzie bronił swojej doradczyni ― rzucił Draco na odchodne i po paru krokach, odwracając się, dodał: ― Dam matce świstoklik, wracam uprzedzić dyrektora o twoim przybyciu. Śmierciożercy nie są zbyt dobrze traktowani.
Tak wyraźnej niechęci Lucjusz jeszcze nigdy nie odczuł ze strony syna. Cokolwiek stało się przez kilkanaście ostatnich godzin, wstrząsnęło młodym Malfoyem tak bardzo, że zupełnie nie lękał się gniewu ojca.
OOOOO
Lord Asgeir zmarszczył czoło, absolutnie zadziwiony tym, co usłyszał.
― Przypadkiem? Najlepiej strzeżony artefakt na wyspie, o którym wie tylko troje osób? Nasze zabezpieczenia są jeszcze większe niż te, które strzegły Kamień Filozoficzny Flamela.
Słysząc te słowa, Syriusz parsknął głośnym śmiechem i jednocześnie mocno poklepał chrześniaka w plecy, powodując tym samym, że ten zachwiał się i tylko szybka reakcja Severusa ponownie uratowała go przed upadkiem.
― Ogranicz pole manewrów kończyn do swojego partnera! ― warknął ostro Snape, odsuwając Harry'ego poza zasięg rąk jego ojca chrzestnego.
Lord Asgeir cierpliwie czekał, aż goście się uspokoją, jednocześnie z lekkim zaskoczeniem obserwując onieśmielenie Pottera zachowaniem swojej rodziny.
― Mogę otrzymać odpowiedź? ― przypomniał się po chwili, gdy nikt nie zareagował na wcześniejsze jego zapytanie.
Syriusz ponownie się roześmiał krótko, ale tym razem odpowiedział:
― Harry w wieku jedenastu lat odnalazł Kamień Filozoficzny, chociaż chroniło go kilku potężnych czarodziejów, w tym również Severus. Odkrycie waszego artefaktu nie mogło być tak naprawdę trudne.
― To było przypadkiem, lordzie Asgeir. Naprawdę ― wtrącił Potter wyraźnie przepraszającym tonem. ― Chciałem chwilę pomyśleć w spokoju i poszedłem na spacer z Severusem tuż przed ucztą. Nie wyczułem żadnych barier ochronnych, ale to ostatnimi czasy dosyć często mi się zdarza. ― Przypomniał sobie akcję z oszalałym wilkołakiem, która zdarzyła się kilka miesięcy wcześniej. ― Dla mnie wcale nie były ukryte tak dokładnie. Po prostu stały sobie po środku gaju. Ich reakcja tak bardzo nas obu zaszokowała, że przemilczeliśmy to przed wszystkimi. No i mieliśmy co innego na głowie, przecież tyle się działo…
Lord Asgeir najpierw zbladł, słysząc te słowa, zaraz potem szybko się uspokoił. Nawet lekko się uśmiechnął, odzywając się ponownie:
― Zatańczyły dla ciebie.
― Tak.
Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej i, otwierając przed nimi szeroko drzwi, dodał:
― Decyzja, abyś stał się naszym królem, okazała się jednak słuszna. Już bardzo dawno Kapsuły nie zatańczyły dla żadnego władcy Winter Land. To trzeba uczcić…
― Nie mamy na to czasu. ― Harry zatrzymał się w progu i potrząsnął głową. ― Chcę jak najszybciej tam iść i sprawdzić, czy dzięki nim mogę obudzić mugoli. Każda chwila zwłoki jest niebezpieczna.
Mężczyzna taksował chwilę swego władcę, a jego twarz nie wyrażała nic, natomiast młody król wydawał się mocno zaniepokojony i zdeterminowany, patrząc mu prosto w oczy.
― Oczywiście. To zrozumiałe ― odparł w końcu tamten. ― Zaraz wezwę ludzi, by ci towarzyszyli…
― Nie jest to potrzebne. Moja rodzina mnie ochroni w razie niebezpieczeństwa.
― Ale grendlingi… ― próbował nadal przekonać go wiking.
― Lordzie Asgeir! ― Głos Pottera owiała magia i mężczyzna natychmiast zamilkł.
― Wybacz, mój królu. ― Ten w jednej chwili przypomniał sobie, kogo ma przed sobą.
― Dziękuję za troskę. ― Harry szybko się opanował. Naprawdę nie lubił tych swoich wybuchów magii, chociaż musiał przyznać, że czasami bywały bardzo przydatne. ― Naprawdę nie jest nam potrzebna pomoc. Będziemy tam tylko chwilę i grendlingi nie zdążą nawet poczuć naszej obecności.
Severus przysłuchiwał się tej wymianie zdań w milczeniu. Miał całkiem odmienne zdanie dotyczące kwestii bezpieczeństwa. Gryfon nigdy nie myślał o własnej ochronie.
― Eskorta chociaż dziesięciu ludzi nikomu nie zaszkodzi, Harry ― wtrącił się Snape, a małżonek natychmiast na niego spojrzał, marszcząc brwi na ten jawny sprzeciw. ― Lord Asgeir będzie miał pewność, że jego królowi nic nie grozi, oraz świadomość wypełnienia obowiązku. Nie muszą wchodzić za nami do gaju, wystarczy, że zaczekają w pobliżu.
Harry patrzył na Severusa przez chwilę i zaraz potem się uśmiechnął, zwracając się do wikinga.
― Skoro mój mąż uważa, że wojownicy powinni nam towarzyszyć, to ufam jego osądowi.
Snape pokiwał tylko głową ze zrezygnowaniem, dotykając dłoni Harry'ego. Odwzajemniony uścisk powiedział mistrzowi eliksirów wszystko, co ten chciałby teraz usłyszeć. Potter ufał mu bezgranicznie. Nawet nie wiedział, jak bardzo mogło to być niebezpieczne, gdyby Severus zdradził.
― Poczekamy przy bocznym wyjściu, lordzie ― rzucił Harry, odwracając się i kierując w sobie znaną stronę.
Mistrz eliksirów ruszył za nim, Syriusz i Remus nie mieli innego wyboru jak podążyć za nimi.
Kilka minut szli w ciszy, mijając pracujących ludzi, którzy wstawali, gdy Harry pojawiał się w zasięgu wzroku. Potter starał się nie zwracać na to uwagi. Przynajmniej początkowo się starał. W chwili, gdy zobaczył, jak starsza kobieta próbuje wstać, coś w nim pękło.
― Nie wstawaj ― poprosił łagodnie, nieświadomie rzucając też magiczny rozkaz, jak zawsze, gdy emocje brały w nim górę.
Kobieta zamarła w pół ruchu. Harry podszedł do niej i, kładąc dłoń na jej ramieniu, zmusił do zajęcia małego taboretu, na którym wcześniej siedziała.
― Panie… ― Cichy szloch wyrwał się z ust kobiety.
― Proszę. Nie musisz wstawać. To tylko jakiś stary, magiczny nakaz. Nie mam nad nim władzy, nawet jeśli mi się nie podoba.
― Ale…
― Tak, wiem. Jestem królem. Ale z drugiej strony jestem mężczyzną i to ja powinienem wstawać na widok kobiety. ― Uśmiechnął się do niej, a Severus starał się ukryć swój blady uśmiech. Młody czarodziej nawet nie wiedział, jak wiele potrafi zdziałać takimi gestami. ― Proszę więc spokojnie sobie siedzieć, ja tylko tędy przechodzę.
Wrócił do czekającego na niego Severusa i kilku wikingów, którzy zdążyli do nich dotrzeć jeszcze przed boczną bramą. Remus stanął po lewej stronie Harry'ego i szepnął mu do ucha:
― Bardzo dyplomatycznie to załatwiłeś.
― Dyplomatycznie? ― zdziwił się, wznawiając marsz.
― Nie wspomniałeś o jej wieku, by jej nie urazić, prawda?
― Tak.
― Czyli dyplomatycznie.
― Czyżbyś zamieniał się w Malfoya? Myślę, że jeden w Wizengamocie nam wystarczy. Dwóch świat mógłby tam nie przeżyć.
― A Draco?
― Draco to już prawie stuprocentowy Weasley. Nic z Malfoya wkrótce w nim nie zostanie. ― Zaśmiał się z własnego żartu, zaraz potem spoważniał. ― Czy Lucjusz też jest w szkole? Jako śmierciożerca zapewne nie ma teraz za dużo magii.
― Niestety nie wiem. Nie widziałem się z Draco od początku tej afery.
Nagle Harry uciszył go machnięciem dłoni, zatrzymując się w miejscu, gdy jeden z wikingów podszedł do niego i powiedział:
― Lord Asgeir kazał przekazać, aby nasz król uważał. Nawet przy gaju grasują grendlingi.
Severus natychmiast dostrzegł zmianę w zachowaniu męża na stwierdzenie „nasz król". Spiął się i zmarszczył czoło.
― Harry… ― chciał go uspokoić, bo wiking nie robił przecież tego specjalnie, wyrażając jedynie swój szacunek i lojalność wobec młodego władcy.
― A także, by nasz król pozwolił nam iść pierwszym dla bezpieczeństwa.
Ochraniający ich mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, jak te słowa wpływają na „jego króla". Snape nadal próbował zwrócić na siebie uwagę, widząc, jak szczęka Harry'ego zaciska się ze złości.
― Harry…
― Dlatego proszę, nasz królu, pozwól nam… ― Wiking nie poddawał się, nie słysząc jasnej odpowiedzi swojego władcy. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z reakcji na wypowiadane przez siebie słowa.
― Harry, do cholery, opanuj się! ― Nie wytrzymał w końcu Severus, potrząsając odrobinę mężem.
Potter spojrzał na niego, jakby wybudzając się ze snu, a potem kiwnął w stronę wikinga na zgodę. Zaraz potem ruszył ponownie.
Wszyscy poza Severusem byli przekonani, że zostaną zaprowadzeni do bocznej bramy: wejścia dla rolników i ludzi, których przybycie nie stanowiło powodu, by dla nich otwierać ogromną bramę główną. Jednak Potter zatrzymał się przy ścianie palisady, gdzie ostro skręcała droga, którą dotąd szli.
― Zgubiłeś się, Harry? ― zapytał Syriusz, równając się z nim.
― Nie. To tutaj.
Harry podszedł pewnie do samej palisady i dotknął jej dłonią.
Gdyby Syriusz i Remus nie widzieli podobnego czaru na Pokątnej, pewnie zareagowaliby jak ich eskorta, odsuwając się o krok. Drewniane belki zaczęły się przesuwać i skręcać niczym plastelina, formując łukową bramę szeroką na dwóch mężczyzn.
― Ukryte drzwi ― zauważył Lupin, gdy drewniane bale odłączyły się od siebie, tworząc wyjście.
― Domyślam się, że tak jak Severus wcześniej, nie widzieliście ich przed moim
dotknięciem? ― rzucił przekornie, przechodząc przez powstałe przejście.
Rozciągający się za nim widok Harry'ego i Severusa już nie zaskakiwał, ale reszta grupy była mocno zdziwiona.
― Gdzie jesteśmy? ― zapytał Syriusz, przerywając w końcu ciszę.
Krajobraz wokół nich różnił się diametralnie od tego z Winter Land. Nawet pora roku się nie zgadzała. Tak jakby przez drzwi w jednym momencie przenieśli się w całkiem inne miejsce, nie było innego wytłumaczenia.
Pojawili się na wysokim wzgórzu, które łagodnie najpierw opadało, by wznieść się ponownie w mniejszy pagórek, a następnie znowu opaść w dolinę, porośniętą jedynie niewysoką trawą. Na jej środku rósł niewielki gaj, niczym wysepka na wodzie. Niska trawa kołysała się na słabym wietrze, jeszcze bardziej upodabniając okolicę do jeziora, otaczającego ten niewielki lasek.
― Tu jest lato.
― Późna wiosna ― sprecyzował Harry, wskazując na kwitnące na szczycie wzgórza drzewa. ― W Avalonie zawsze panuje wiosna.
Trójka mężczyzn zatrzymała się w miejscu, a Severus obrócił męża w swoją stronę, wytrącając go z marszu.
― Avalon? Skąd wiesz, że to Avalon? Ostatnio nic takiego nie mówiłeś.
Potter spojrzał na niego i mistrz eliksirów cofnął się. Oczy Harry'ego emanowały magią. Krótkie jej błyski przemykały przez tęczówki, jakby patrzył w strzelający ogień. Przynajmniej takie wrażenie odnosił Snape.
― Muszę iść. Wzywają mnie. ― Harry odwrócił się gwałtownie i zaczął znowu iść przed siebie. Coraz szybciej. Wydawało się, że jakaś niewidzialna siła zmusza go do tego z każdym krokiem.
― Kto cię wzywa, Harry? ― To Lupin pierwszy dogonił i zrównał się z Potterem.
― Kapsuły. Ponaglają mnie. Kruki też. Czas się kończy. Niebawem będzie za późno.
Te słowa wyrywały się z ust chłopaka z coraz większym trudem. Jakby ta siła popychająca go do przodu uniemożliwiała wszystko, co mogłoby go spowolnić.
Nagle zaczął biec, wyrywając się mocno na czołówkę. To był niezwykły sprint. W kilka sekund znalazł się kilka jardów przed nimi. Biegł tak szybko, jakby jego ciało przestało w jednej chwili odczuwać skutki wyczerpania ostatnimi wydarzeniami. Cała sytuacja rozegrała się zbyt śpiesznie, żeby ktokolwiek miał szansę podążyć za nim i być równie prędki co Gryfon.
― Remus, dogoń go! ― nakazał Severus, wymijając zszokowanych całą sytuacją wikingów.
Byłemu wilkołakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ogromny piekielny ogar pomknął śladem Harry'ego. Snape powstrzymał Syriusza, który chciał pobiec za Lupinem, kręcąc tylko głową.
Trzy minuty później Severus zaczął żałować, że nie namówił małżonka na założenie zbroi. Dźwięki, które do nich dolatywały, gdy biegli śladem Harry'ego, nie zapowiadały niczego dobrego.
― Grendlingi! ― krzyknął nagle któryś z wikingów.
― Tutaj? To niemożliwe, by tak szybko… ― niedowierzał Snape, jednak te szczególne ryki nie dały się pomylić z odgłosami żadnego innego zwierzęcia. Wtem w jego umyśle pojawiła się niepokojąca myśl.
― Harry nie ma broni.
― Remus go ochroni ― pocieszył go Black, jednocześnie samemu zmieniając się w swoją animagiczną formę i pędząc naprzód.
Gaj z Kapsułami znajdował się zaraz za łąką zalewającą mniejsze wzniesienie, na które się wspinali. Niestety ten pagórek zasłaniał jednocześnie widok. To nie było daleko od bramy, ale tym razem Severusowi ta droga się strasznie dłużyła. Już chwilę wcześniej zrzucił zimowy płaszcz, bo utrudniał mu bieg.
Z daleka widać było czubki drzew, które wyglądały, jakby próbowały uciec, uginając się na wszystkie strony z niewiadomego powodu.
― Harry! ― W końcu go zobaczył, jak stoi na skraju gaju, chroniony przed atakami jakąś barierą, jednak Remus walczył tuż przed tą osłoną.
Potter próbował coś chyba powiedzieć do Lupina, ale ten go nie słuchał. Severus domyślił się po gestach, że ten nakazuje młodemu zostać bezpiecznie za barierą.
― Zostań tam, głupi bachorze! ― warknął pod nosem, ale wiedział, jak bardzo płonne są jego nadzieje. Przecież to Gryfon.
Black już dołączył do swego towarzysza i odpierał ataki oszalałych z jakiegoś powodu grendlingów. A zaraz potem one zobaczyły resztę grupy.
W kilku susach większość watahy znalazła się przed mistrzem eliksirów i wikingami, otaczając ich ze wszystkich stron. Liczba tych stworzeń przerażała.
Krzyk Harry'ego był ostatnim, co usłyszał Severus, zanim pogrążył się w ciemności.
OOOOO
Petunia jeszcze dłuższą chwilę stała na korytarzu po odejściu Pottera, otoczona wianuszkiem zaciekawionych osób. Odkąd dzieciak Potterów ją przytulił, czuła się… inaczej. Nie wiedziała, co się stało, ale nie było jej z tym nowym uczuciem źle. Nie pamiętała, kiedy ostatnio było jej tak cudownie.
― Przepraszam, wszystko w porządku? ― Nagle dotarło do niej pytanie, wyrywając ją z oszołomienia.
Natychmiast poznała dziewczynę, którą często widywała w towarzystwie Pottera.
― Hermiona Granger, jeśli mnie pani pamięta.
― Pamiętam ― burknęła.
― Proszę iść za mną. Jeszcze trochę, a nie odpędzi się pani od ciekawskich. ― Wskazała na tłum.
― A co oni ode mnie chcą?
― Jest pani ciotką króla, czego mogą chcieć? ― odparła pytaniem, pozostawiając odpowiedź Petunii i kiwnięciem głowy ponagliła, by ta szła za nią.
Dursley potulnie ruszyła za nią. Co kilka kroków dziewczyna była zatrzymywana i pytana o różne rzeczy. Bez najmniejszych problemów i szybko Granger odpowiadała na wszystko, czasami tylko zerkając do swojego notesu.
― Jesteś tutaj kimś ważnym? ― zapytała w pewnej chwili Petunia, zastanawiając się nad pozycją młodej czarownicy w tym dziwnym świecie.
― Nie, jestem zwykłą uczennicą, ale jestem jednocześnie przyjaciółką Harry'ego Pottera. Poza tym wszyscy myślą, że wiem wszystko. ― Uśmiechnęła się cierpko sama do siebie i pokręciła lekko głową.
― On naprawdę jest królem?
― Coś w tym stylu.
Petunia skrzywiła się na samą myśl. Brzmiało to bardziej jak scenariusz dość kiepskiego serialu niż prawda. Potter królem, kto by pomyślał.
― Nie rozumiem.
― Harry'ego nie interesuje władza pod żadną znaną pani postacią. Jest po prostu najpotężniejszym czarodziejem od setek lat i ma zamiar wykorzystać swoją moc tak, by nikomu nic złego się nie stało.
Zatrzymały się na moment, gdy ruchome schody poruszyły się, a po ich zatrzymaniu ruszyły dalej.
― Dokąd idziemy?
― Do mojego dormitorium. Tylko tam będziemy miały spokój, żeby porozmawiać o Harrym.
― Po co?
Hermiona obejrzała się na nią przez ramię, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Nie powiedziała jednak nic. Jedynie zmarszczyła brwi i cicho prychnęła.
Charłaczka nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że takim zachowaniem szybko może zmienić nastawienie otoczenia do siebie i ściągnąć na swoją osobę gniew wielu czarodziejów.
Po dotarciu do wejścia do dormitorium Granger rzuciła hasło Grubej Damie i wprowadziła niespodziewanego gościa do swojej sypialni. W pokoju wspólnym nie było nikogo, ponieważ wszyscy uczniowie pomagali przy transportowaniu i opiece nad śpiącymi mugolami.
Jej współlokatorek nie było z tego samego powodu i rozmowa z Petunią mogła obyć się bez świadków.
― Proszę usiąść. Dam pani coś do przeczytania.
Wyjęła ze swego kufra kilka egzemplarzy „Proroka Codziennego" i wybrała z nich jeden. Otworzyła go na interesującym ją temacie i położyła na stoliku przed kobietą.
― Proszę to przeczytać.
― To zdjęcie się porusza.
Hermiona nie skomentowała tego, stukając tylko palcem w główny temat gazety. Przez kilka długich minut kobieta czytała, na przemian blednąc bądź czerwieniąc na twarzy. Po skończeniu lektury podniosła głowę i spojrzała na dziewczynę, próbując się w jakiś sposób obronić przed oskarżeniami.
― Nigdy go nie uderzyłam.
― Ani nie przytuliła go pani. I może go nie uderzyła, ale karała, jestem tego pewna. Często niesłusznie ― zauważyła oschle Hermiona. Harry nie lubił mówić o swoim pobycie u wujostwa, jednak pewnych rzeczy jego przyjaciołom trudno było nie zauważyć.
― Jesteś tylko dzieckiem, nie będziesz mnie…!
― Pouczać? Właśnie, że będę. W przeciwnym razie Harry mi nie wybaczy, jeśli zostanie pani zlinczowana przez ludzi, którzy ślepo w niego wierzą.
― Zlinczowana? ― Petunia patrzyła na nią przerażona. ― A prawo? Sąd? Musicie mieć…
Hermiona uśmiechnęła się zimno. Po krótkiej ciszy mówiła dalej:
― Oczywiście, że mamy, pani Dursley. Rząd mamy ustanowiony tymczasowo właśnie przez Harry'ego. Mugolskie prawo nie ma tutaj żadnej władzy. Poza tym mugolska władza zarówno ustawodawcza, jak i sądownicza śpi, jak pozostałe niemagiczne istoty, jeśli pani tego nie zauważyła.
Dursley jeszcze bardziej zapadła się w krzesło. Po raz pierwszy od miesięcy czuła się dosyć komfortowo w tak niewielkim pokoju i nawet małe okna jej nie przeszkadzały. Za to wina zaczęła zżerać jej sumienie.
― Co mam zrobić? ― zapytała zrezygnowana.
OOOOO
― Co z Severusem?
Harry stał w bezruchu nad Huncwotami, którzy zajmowali się nieprzytomnym Snape'em. Choć wydawał się spokojny, w głębi serca daleko mu było do tego. Z ledwością powstrzymywał się przed odbiegnięciem. Silny zew Kapsuł powrócił ze wzmożoną siłą, szarpiąc jego umysł, niezależnie od tego, jak bardzo chciał mieć pewność, że z małżonkiem wszystko w porządku.
― Nic niepokojącego. Upadając, uderzył się w głowę. Poza niewielką raną na ramieniu i sporym guzem nic mu nie jest. Wkrótce powinien odzyskać przytomność.
Remus nie potrafił spojrzeć na Harry'ego. Uniemożliwiał mu to dziwny, przemożny lęk. Nawet teraz wyczuwał, jak potężna magia otacza tego młodego mężczyznę.
Minutę wcześniej ta sama magia zmiotła wszystkie grendlingi, uwalniając ich. Krzyk Harry'ego, jak w Ministerstwie Magii, odrzucił i pogruchotał większość przeciwników.
― Zajmijcie się nim. Muszę iść ― powiedział cicho Harry, kierując się na powrót w stronę gaju.
Syriusz zerwał się na równe nogi i szybko dogonił chrześniaka. Złapał go za ramię i zatrzymał w miejscu.
― Nie możesz tam iść sam.
W głosie jego ojca chrzestnego rozbrzmiały desperacja i niemal błagalny ton. Niestety dla Harry'ego nie było nic istotniejszego, niż dotarcie do Kapsuł na czas. Nikt nie mógł mu w tym towarzyszyć, musiał zrobić to sam, jakkolwiek nie podobało się to ani Severusowi, ani Huncwotom.
Potter spojrzał na Blacka, potem powoli spuścił wzrok na dłoń, trzymającą go za ramię. W jego umyśle kołatało się jedno, a naglący krzyk kruków brzmiał jak odliczanie uciekających bezpowrotnie bezcennych sekund.
Nie wolno mu się zatrzymywać. Ani na chwilę. Musi biec, zanim będzie za późno.
― Puść mnie, Syriuszu ― szepnął, a Black wręcz odskoczył, jakby coś go oparzyło. Niemal czuł palące muśnięcie magii Gryfona, która wyraźnie postawiła na swoim, nie pozwalając mu na interwencję.
Drugi raz nie odważył się zatrzymać Harry'ego. Patrzył bezradnie, jak chrześniak znika wśród drzew.
― Co tu się dzieje? ― Jęk, a potem ciche przekleństwo odwróciło uwagę Syriusza.
Remus już pomagał powoli usiąść nadal oszołomionemu Severusowi.
― Zaatakowały nas grendlingi. Harry je wszystkie odpędził.
Snape poderwał szybko głowę i natychmiast gorzko tego pożałował. Fala bólu niczym uderzenie młotem rozeszła się po całej jego czaszce.
― Nie wykonuj gwałtownych ruchów ― uprzedził poniewczasie Lupin.
― Teraz mi to mówisz ― warknął na niego i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu męża. Dookoła leżały martwe stwory, ale nigdzie nie było jego małżonka. ― Gdzie jest Harry?
Tym razem odezwał się Syriusz, unikając wzroku pozostałych mężczyzn.
― Harry… wszedł do gaju.
