Rozdział pierwszy - Popiół i cień


Pamiętaj człowiecze,

że prochem jesteś

i w proch się obrócisz.

Księga Rodzaju 3,19

Śniła mi się we śnie rzeczywistość.

Z jaką ulgą się obudziłem.

Stanisław Jerzy Lec


– Gotowi?

Da, în poziţie! Gatowi!

– Tak, Raklo!

– Wypuścić zwierza! Oaie!

Zakpiatje!

Diffindo!

– Lewa! Lewa, Raklo!

Bombarda! Mamy ją!

Khul, Raklo. Paszła w żop.

---

Świt zastał go drzemiącego z twarzą zanurzoną w zgięciu ramienia, leżącego na brzuchu z pozwijanym kocem uwierającym go w mostek. Tuż przy głowie miał nadgryziony stolik, a nogami dotykał drabiny. Podłoga gniotła go na kościach biodrowych i poniżej. Jęknął, zmuszając się do siadu. Chciało mu się pić. Okropnie. Wcześniej był za bardzo zabsorbowany swoją sytuacją, by zwracać na to uwagę. No i nadal czuł się wyczerpany. A dropsy naprawdę w niczym mu nie pomogły. Nadal siedział, głodny i upaprany, w ciemności ciasnego bunkra. To, że nie był mokry lub wręcz utopiony zawdzięczał tylko chwilowemu przebłyskowi trzeźwego myślenia, który kazał mu zatrzasnąć w nocy klapę wejścia, zanim zaczęło naprawdę lać.

Przeczesał palcami włosy, a potem z westchnieniem potarł brodę. Kłujący zarost drażnił go od zawsze. Wyczuwalne strupy zaschniętej krwi i ogólne poczucie brudu jeszcze wzmagały irytację. Severus wręcz drżał ze złości, ale był zbyt rozkojarzony, żeby się na czymś wyżyć. Przełknął ślinę. Od przebudzenia nie czuł się sobą. Był zamroczony. Zmęczony. Słaby. Bezbronny.

Zwilżył językiem spierzchnięte wargi i zastanowił się.

Nagini najprawdopodobniej przegryzła mu wtedy tętnicę. Pamiętał rozrywający ból i krew zalewającą usta. Dużo krwi. Potem lekko mgliście przypomniał sobie cudowne i niewiarygodne pojawienie się Pottera w odpowiedniej chwili i własne desperackie zaklęcie.

Cinis et manes et fabula fio. Arcesse memoria.

Popiołem i cieniem i wspomnieniem się stanę. Pokaż pamięć.

Był wtedy pewny, że umiera. Gdyby nie był, zaklęcie by nie zadziałało. Do cholery,musiał byćprawie martwy, skoro dał radę wyrzucić z siebie bez przygotowania taką liczbę konkretnych wspomnień. Pamiętał, że Potter załapał, o co chodzi i zebrał je. A potem pamiętał uczucie spadania i chłód, przenikliwe zimno i reminiscencję najgorszych uczuć. Tak, jakby otoczyli go dementorzy. Próbował wtedy skupić się na czymś, na szczęśliwym wspomnieniu tworzącym jego patronusa, zielonych oczach patrzących z czułą troską, oczach tuż nad nim...

Otrząsnął się z rozmyślań, wykrzywiając wargi. Pamiętał, co wyszeptał do Pottera. W głupiej desperacji. Ale jeśli to miało przekonać dzieciaka, by mu uwierzył - cóż, Severus nie miał niczego przeciwko byciu przekonującym. Nawet, jeśli zrobił to nieumyślnie.

To prawda, że jego szczęśliwym wspomnieniem były pełne zrozumienia i czułe oczy Lily Evans. W końcu tylko ona patrzyła na niego w ten szczery sposób. Taki niewinny, jak łania-patronus.

Szanował ją. Była ważna. Może nawet ją kiedyś kochał. Ale umarła, została zamordowana siedemnaście lat temu. Wszystko w końcu blednie. Już dawno przestał wspominać drogich zmarłych.

Hołubił tylko ten jeden obraz, pielęgnował go i uważał na niego, bo możliwość wyczarowania patronusa była zbyt ważna. Nie miał innych naprawdę ciepłych wspomnień. Ani wcześniej, ani później.

Zawsze tylko to. Zawsze.

Zastanowił się, czy Dumbledore zrozumiał wtedy jego słowa. Wątpił w to. Albus Dumbledore był zbyt naiwny i zaślepiony, by zrozumieć. Chciał wierzyć, że każdy ma lepszą stronę. I że w imię większego dobra można wszystko.

Stary głupiec skończył tak, jak na to zasługiwał.

Snape ponownie ocknął się, odpychając poczucie winy. Nie powinien tak myśleć. A jednak wiedział, że w pewien sposób miał rację. Prychnął. Też porę wybrał sobie na zadumę. Nie miejsce, nie czas.

Nadal potwornie chciało mu się pić. Był też głodny, ale chwilowo pragnienie wysunęło się na pierwszy plan. Na zewnątrz na pewno było mokro. Pełno wody. Wody...

Zerwał się gwałtownie i natychmiast pociemniało mu przed oczami. Odczekał, aż wróci mu wzrok, wspiął się po drabinie i popchnął ręką klapę. Ani drgnęła.

Odetchnął głęboko i zastanowił się. Wcześniej otworzyła się, kiedy powiedział... Nie, nie wierzył, że Dumbledore ustawił takie hasło. Nie nazwałby się starym i nie przyznawał się do uzależnień. Za to...

- Drops - spróbował Snape. Wyjście kliknęło i otwarło się. Nareszcie jakaś pozytywna reakcja otoczenia.

Drabina zaskrzypiała, kiedy się po niej wspinał. Drewno było lekko wilgotne i zimne. Ostatnie szczeble i klapa nosiły ślady przypalenia. Kiedy Severus stanął na ziemi i zamknął wejście, zobaczył na omszałej desce cztery równoległe zadrapania, które przywodziły na myśl wielką, włochatą łapę z kilkucalowymi pazurami. I jej właściciela.

Snape przełknąl ślinę i głęboko odetchnął. Trwał dzień. Było jasno. Ciemna noc minęła, smoki poszły spać, wilkołaki się uczłowieczyły, a wampiry rozpadły w proch. Zaś on nadal nie padł trupem.

„Niezbyt pocieszające", stwierdził po chwili namysłu.

A potem przypomniał sobie, dlaczego w ogóle zadał sobie trud wyjścia z tymczasowego substytutu lochów. Wokół pachniało wodą, choć była to woda o niewątpliwie podejrzanej konsystencji. Severus podejrzliwie przyjrzał się kałuży, której kolor przechodził z szarości w bordo i, nie wiedzieć czemu, srebrzysty błękit. Stanowczo nie był aż tak spragniony, by próbować ją pić. Miał wrażenie, że potem wyrosłyby mu czułki.

Westchnął i ruszył przed siebie, wypatrując innego źródła. Starał się kierować na możliwie spadzisty teren, logicznie rozumując, że wszelakie rzeczki, potoki i strumyczki generalnie płyną w zagłębieniu. Kiedy po kilku minutach miarowego marszu przystanął na chwilę, za plecami natychmiast usłyszał kilka wysoce niepokojących dźwięków. Zacisnął palce na sztylecie i gwałtownie się odwrócił.

Las za plecami przywitał go uprzejmą, szeleszczącą ciszą.

To było deprymujące. Żadnych niepasujących elementów, niczego wrzeszczącego „buu!", tylko spokojny las w odcieniach uspokajającej zieleni.

Severus rozważył, czy czuje się przez to lepiej. Nie czuł się.

Ruszył dalej, przyspieszając. Jakieś pięćset kroków dalej jego upór został nagrodzony wartkim, przejrzystym strumyczkiem, pluskającym radośnie na kamienistym dnie koryta.

Zrezygnował z jakichkolwiek pozorów i zwyczajnie rzucił się na kolana, sięgając w stronę życiodajnego źródła, napełniając ułożone w kołyskę dłonie i przysuwając je do twarzy.

Choć nie na tyle pospiesznie, by nie zdążyć na wszelki wypadek powąchać.

Pachniało czystą wodą i niczym więcej. Severus z ulgą zanurzył w niej nos. Pił przez dłuższą chwilę, raz za razem napełniając dłonie. Woda była orzeźwiająca, chłodna i pyszna.

Kiedy zaspokoił pierwsze pragnienie, dokładnie umył twarz i ręce, a potem zajął się rozpinaniem zapinki przy pelerynie i guzików koszuli. Uczucie brudu wróciło zwielokrotnionym echem i miał zamiar się umyć, choćby to miało skończyć się hipotermią. Zresztą, było całkiem ciepło, choć może tylko lodowata woda powodowała taki kontrast.

Zostawił ubranie na brzegu i doprowadził się do jako–takiego stanu estetycznego. Cały czas nerwowo rozglądał się wokół, choć nie spodziewał się zobaczyć żywej duszy. Sama idea pokazywania się komuś z gołym tyłkiem była po prostu mało komfortowa.

Zrezygnował ze spierania czegokolwiek z ubrań. Po pierwsze i tak by mu się nie udało doczyścić mieszanki krwi, trawy, ziemi i nie wiadomo czego jeszcze, a po drugie chodzenie w mokrych rzeczach mogło skończyć się wyłącznie pospolitym zapaleniem płuc.

Wyszedł ze strumyka, wytarł się peleryną i ubrał resztę rzeczy. Na koniec przesunął jeszcze mokrą dłonią po włosach, przywracając je do zwykłego wyglądu. Teraz czuł się odrobinę lepiej.

Co prawda przydałoby się jeszcze jakieś śniadanie, ale Severus nie miał aż tak wygórowanych wymagań. Siła wyższa i tak wykazała się już wystarczającym współczuciem. Albo aktualnie spała i nie miała szansy dalszego dręczenia.

Jakkolwiek, chwilę później zza krzaka wychynęła nieśmiało mała, bielutka owieczka.

Snape rozważył implikacje tego faktu, wyciągnął sztylet i powoli ruszył w jej stronę. Owieczka patrzyła na niego niewinnym wzrokiem przyszłej jagnięciny.

Jednak kiedy potknął się o jakąś złośliwą gałązkę, jego śniadanie zabeczało, odwróciło się wełnianym zadem i poszło w las. Zaklął i z determinacją ruszył za nim.

To było polowania. Becząca głośno owieczka dreptała chaotycznie przed siebie, Severus wręcz radośnie skradał się za nią, nawet nie musząc zbytnio przyspieszać.

Do czasu, aż owieczka zrobiła jeden fałszywy sus w jakąś dolinkę i chwilę później rozległo się kłapnięcie. Snape zrobił jeszcze kilka kroków, zanim dotarł do niego ten fakt. Wreszcie pochylił się, skrył za krzakiem i ostrożnie wystawił głowę, by spojrzeć.

W dolince siedział smok.

Najwyraźniej odpoczywał, miarowo waląc ogonem w grunt. Miał czarne łuski i imponujący grzebień kolców wzdłuż grzbietu. W trakcie przeżuwania z nozdrzy unosił mu się dym.

"Zeżarł mi śniadanie!", pomyślał ze wściekłością Severus, zgrzytając zębami. "Żebyś rozstroju żołądka dostał, ty łuskowaty..."
Smok mlasnął, beknął i powoli odwrócił łeb w jego stronę.

"Oż...", przebiegło Snape'owi przez myśl, zanim wyuczone odruchy zawróciły go w miejscu i rzuciły w galop.

Pochylając się, zanurkował między krzaki i dalej z górki. Prawie stoczył się z ostatnich kilku metrów. Usłyszał za sobą ryk i skręcił gwałtownie, a płomienie minęły go zaledwie o cal i osmaliły kilka pobliskich drzew.

Zauważył spory głaz i rzucił się w jego stronę.

Ukrył się za nim, przylgnął plecami do chłodnego kamienia i skulił się, nie zważając na oblepiające go błoto.

Smok zionął.

Ogień podgrzał głaz i na chwilę wziął go w objęcia. Snape ukrył głowę między kolanami, przysłaniając twarz dłońmi. Czuł, jak żar parzy mu boki i ramiona. Czuł też lekki swąd spalenizny.

"Jeszcze raz i naprawdę zostanie po mnie popiół i cień", pomyślał, zaciskając zęby. "Tyle, że nikt mnie już nie wspomni."

---

– Mamy je!

Trójka smokerów zrobiła zgrany taktyczny odwrót i zagłębiła się w las, lewitując przed sobą owalny, czerniawy przedmiot. Gdy oddalili się na bezpieczną odległość, jeden z nich przystanął, przeczesał dłonią rude włosy i zastanowił się.

Wypuścili owcę. Smok ją zeżarł. I dopiero potem ruszył się z miejsca. Coś tu nie pasowało.

– Rika, za czym poleciał smok?

Zapytana wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. I khul mnie to.

– Ale przecież ona tylko za mięsem…

– Dzik?

– Nie ma już w okolicy. Zeżarła wszystkie.

– Wampir?

– Ostatnio żadnych. Zresztą, zdechłego nie ruszy.

Zamknijsja! Pajdiom doma!

– Też racja.

– Do vurdon.

I poszli. W słusznym przekonaniu, że dieta smoka to nie ich problem. Własną mieli wystarczająco mało odżywczą. Tylko alkohol i dziczyzna oraz dziczyzna i alkohol. Nie wspominając o dziczyźnie. I alkoholu.

Gdy wychodzili z dolinki, za nimi trzasnęła gałązka. Wyczuleni na nietypowe odgłosy, odwrócili się prawie jednocześnie. Charlie Weasley z wyciągniętą różdżką, Rika Schmitt ze sztyletem, a Jurij Grigorijewicz z tradycyjnym rosyjskim kałachem. Ewentualny przeciwnik nie miałby najmniejszych szans. Gdyby tam stał. Albowiem przestrzeń za nimi wyglądała na uroczo opuszczoną. Nie poruszał się nawet listek. Wszystko jakby zastygło w oczekiwaniu.

Spojrzeli więc po sobie, wzruszyli ramionami i poszli dalej.

---

Severus Snape ostrożnie wypuścił powietrze.

„Dzięki Borowi za bujną roślinność'', pomyślał, prostując się. Wyobraźnia podsuwała mu już całkiem plastyczne wizje interakcji z bronią tych smokerów. Zwłaszcza z tą dużą, czarną i nieprzyjemnie szczękającą. Mugolską. Widział taką kiedyś, nazywała się… Pałasznikiew? Jakoś tak. Niepokojąco, w każdym razie.

Severus uświadomił sobie, że kurczowo zaciska dłoń na schowanym w kieszeni piórze feniksa. Wyjął je i obejrzał. Zaiskrzyło przyjaźnie i powoli się nastroszyło.

Skrzywił się z niesmakiem i schował je z powrotem.

Potem zreflektował się i zerknął na oddalające się plecy smokerów. Ponownie ruszył za nimi. Starał się iść od strony rudzielca, którego zidentyfikował jako Weasleya (rocznik 1990, Gryffindor, „Z" na owutemach z Eliksirów). Jakoś wolał ewentualnie dostać serią zaklęć niż ołowiu.

Po kilku minutach skradania się poczuł na karku zimny dreszcz. Zamrowiła go dłoń, a szczęki zacisnęły się prawie bezwiednie. Wiedział, co to oznacza. Ktoś patrzył.

Problem polegał na tym, że nie był to nikt ze smokerów, chyba że mieli oczy z tyłu głowy, ukryte pod bujnymi czuprynami. A jeśli to nie oni, idący z przodu, to w takim razie...

Z tyłu nadal nikogo nie było. Tylko las, prześwit po lewej, kilka małych krzaczków i spora gałąź z nadnaturalnej wielkości dziuplą. Jednolicie ciemną, co znaczyło, że raczej pustą. I pozbawioną świecących ślepi, co przesądziło o sprawie. Severus mentalnie wzruszył ramionami i z powrotem skupił się na śledzeniu.

Marsz był długi. Smokerzy wydawali się specjalnie kluczyć, zakręcać i rozdzielać się, by utrudnić ewentualnemu ogonowi niebezpieczne zadanie. Snape kilkukrotnie musiał kryć się w poszyciu, kiedy Rosjanin z kałasznikowem co jakiś czas obracał się i łypał złowróżbnie okiem czarnym jak wylot lufy. Albo kiedy Weasley dawał im znak i nagle rozchodzili się w trzech różnych kierunkach, by za kilkadziesiąt metrów zejść się znowu i powitać prostym skinieniem głowy. Severus przyjął prostą zasadę: Podążał za jajem.

Lewitowało ono spokojnie najczęściej obok rudowłosego, choć czasem brała je w objęcia ta pstro ubrana dziewczyna. Rusek miał obie ręce zajęte wymuskaną bronią. Czasami co prawda wieszał ją na ramieniu, ale właściwie tylko po to, by się podrapać. Albo na chwilę objąć dziewczynę i pocałować ją z głośnym cmoknięciem. Ona zaś wtedy odpychała go lekko i przesuwała mu dłonią przed oczami, jakby chciała, by się opamiętał. Ale w jej ruchach nie było poirytowania.

Uznając, że dowiedział się już wystarczająco, Snape odwrócił od nich wzrok i skupił się na trzecim ze smokerów – Weasleyu. Przypomniał sobie, że ten akurat przedstawiciel ryżego plemienia nieprzyjemnie pasował do miotły, a niezawodna pamięć natychmiast podsunęła Severusowi właściwe imię. Charles Weasley, nemezis ślizgońskiej drużyny Quidditcha z czasów zaraz przed Potterem. Oprócz tego, żadnych szczególnych przewinień. Ale Snape i tak już go nie lubił. Kwestia zasad.

Chwilę później rozważył, czy w zasadzie nie zasadzić tych zasad w buty. Dotarli do obozu.

Przedstawiał się zaskakująco nieźle – otoczony resztkami murów jakiegoś zamku, wyraźnie odizolowany i ocieplony zaklęciem. Po obu stronach stało po jednym burym namiocie, a na środku pysznił się spory kamienny krąg z trzaskającym ogniem, obok którego walało się kilka menażek, garnek i całkiem spora patelnia. W tle wisiała skóra czegoś, co nie wyglądało na zbyt znany gatunek. Ale miało fascynującą sierść w kolorze śliwkowego fioletu. Severus wolał nie pytać, nawet jakby miał kogo.

Zamiast tego wypatrzył całkiem dogodne miejsce do obserwacji i postanowił się tam doczołgać, w pozie tak samo haniebnej, jak nieefektownej. Ale czegóż nie robi się dla sprawy.

Na miejscu zastygł i nastawił się na długie czekanie. Wymyślił sobie, że poczeka, aż oni wszyscy usną, po czym wkradnie się i zdobędzie trochę jedzenia oraz różdżkę. Potem życie będzie już dużo prostsze. Z tą myślą rozluźnił się i zamienił w ludzki radar.

Smokerzy milczeli. Cicho zbudowali drugie palenisko, rozpalili spory ogień i umieścili w nim jajo. Rusek bez słowa poszedł w las, Weasley zajął się podkładaniem drewna do dwóch ognisk, a dziewczyna weszła na chwilę do namiotu, po czym wróciła ze sporym bukłakiem wody i wiklinowym koszykiem, z którego wystawała zielona nać pora.

Gdzieś w oddali rozległ się przeciągły strzał. Snape drgnął i wziął głęboki oddech, ale pozostała dwójka nawet nie podniosła głów. Normalny dzień w normalnym obozie. Oczywista oczywistość.

– Co z jajem? – odezwała się dziewczyna, wrzucając na patelnię stertę pokrojonych produktów spożywczych, z których niekoniecznie wszystkie były warzywami.

– Zobaczymy, Rika – odpowiedział jej Weasley, między miarowymi dmuchnięciami w płomienie. – Jak się wykluje.

– Wy–klu–je? – powtórzyła. – Co to znaczi?

– Jak wyjdzie z niego smok – rozwinął myśl rudzielec.

– Jaki?

– A tego to akurat nie wiem. Ale na pewno jedyny w swoim rodzaju. Jak twoja…

– … mać! – rozległo się z pobliskich krzaków, a potem wyszedł z nich wyraźnie rozeźlony Rosjanin. Z pustymi rękami.

– Dimo? – zapytała z niepokojem Rika. – Wsjo w pariadkje?

Niet! – warknął w odpowiedzi. – Strzeliłżem w paruszeńje, ale nic tam nie było. Tolko naboje paszły – stwierdził z niezadowoleniem.

– Zajęcy nie ma? – włączył się Weasley.

– Uciekły, jak żem strlielił – odpowiedział logicznie Rusek. – No to obiad paszoł w pizdiec.

Rudzielec parsknął w rękaw. Za to Rika skrzywiła się z niesmakiem i pogroziła Dimowi nożem.

Lashav! Niedobre, Dimo! Ty gawarit da niet! – rozkazała w łamanym rosyjskim. Zacisnął usta, ale skinął głową na zgodę.

„No to już wiadomo, kto tu dowodzi", pomyślał złośliwie Snape.

Co prawda zapach duszących się na patelni warzyw nieco chwiał jego poglądami, ale przecież nic pozbawionego mięsa nie mogło mieć na niego zbyt dużego wpływu. To burczenie w żołądku wcale nie brzmiało wyczekująco. W końcu nie jadł przynajmniej od kilku dni i nic strasznego się nie stało. Na pewno był w stanie wytrzymać jeszcze jeden dzień przymusowego postu.

Weasley otworzył plecak i wyjął z niego zawiniątko w brązowym papierze, które chwilę później okazało się bekonem. Ten boleśnie zaskwierczał na patelni i zaczął emanować jedynym w swoim rodzaju zapachem.

- Przydałyby się jeszcze jajka - mruknął do siebie rudzielec, bezwiednie spoglądając na jedno duże i skórzaste. Rika nie do końca zrozumiała słowa, ale sens złapała bez pudła. I pogroziła mu palcem. Karnie wrócił do dźgania bekonu widelcem.

Snape powoli uniósł kącik ust w marnej imitacji szczerego uśmiechu. Ta dziewczyna wyraźnie matkowała pozostałym, co kazało wolnej części jego umysłu zastanowić się nad systemem kar. Zwłaszcza, że rządzenie też całkiem jej wychodziło. Życzliwa wyobraźnia podsunęła mu obraz Molly Weasley uzbrojonej w pejcz. Ale na wszelki wypadek nie rozwijał tej wizji.

Rozważania znowu przerwał mu bekon. Przenoszony do menażek. Snape poruszył się niespokojnie, siłą woli powstrzymując od rozpaczliwego abordażu. Głód był jednak ogłupiającym uczuciem. Mieszkając w Hogwarcie Severus odzwyczaił się od głodu, przez co to odstępstwo od regularnych posiłków dokuczało mu szczególnie mocno. Denerwujące ssanie w żołądku, lekki ślinotok, niekontrolowanie drżenie palców...

Następne pół godziny upłynęło na perfidnych gastronomicznych torturach. Za dnia nie ma gorszego dźwięku niż mlaskanie. W nocy tę rolę pełni chrapanie, ale ono stwarza większe możliwości manewru. Poduszką. Albo zaklęciem kneblującym.

Mlaskanie to najgorszy z dźwięków. Nawet jeśli w tle skwierczy więcej bekonu.

"A żeby im kością w gardle stanęło...", zażyczył sobie w myślach Snape, nie przejmując się irracjonalnością tej zachcianki.

Siedzący tyłem do niego rosjanin zakrztusił się nagle i zaniósł dychawicznym kaszlem. Młody Weasley odłożył swoją menażkę i pospieszył mu z pomocnym uderzeniem w plecy. Pomogło.

- Prikaza - zwerbalizował Dimo, zwracając się do dziewczyny. Otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale tylko westchnęła.

- Zły omen? - zapytał Charlie. - Dlaczego?

- Dzisiaj rządzi wiatr - wyjaśniła Rika. - Jego dzień jest, niedobre myśli. Bi-lacho. Nie wiada,kogo przywieje.

- Tutaj? Musialby być huragan, żeby kogoś tu rzuciło, jeśli nie chce.

"Albo feniks."

- Mamy jakieś jedzenie na wieczór?

- Wrócą zające. Dimo strzeli z pushki.

- I wsjo budiet ocień haraszo - zgodził się pogodnie Jurij.

"Albo będziecie znowu jeść bekon."

- Albo będziemy znowu jeść bekon - powiedział Charlie.

Dimo i Rika tylko wzruszyli ramionami. Siedzieli przez chwilę w ciszy, a potem obaj mężczyźni wstali i zajęli się dokładaniem do paleniska z jajem, które złośliwie przygasało. Mimo nadmiaru drewna i dmuchnięć.

- Dodaj jeszcze! - krzyknął z lekkim zaaferowaniem rudzielec, na chwilę przerywając dmuchanie. - To jajo jest za zimne, zaraz wszystko zgaśnie!

Rusek zgrzytnął coś pod nosem i schylił się po spory konar. Po jednej próbie podniesienia zrezygnował i spróbował go podtoczyć. Rika podeszła bliżej, starając się pomóc. A Weasley jak ten idiota marnował płuca.

- Użyj różdżki, kretynie!

Zamarli. Snape też zamarł, kiedy dotarło do niego, że ostatnią myśl wypowiedział głośno. Dimo pobił rekord prędkości w dopadaniu i przeładowywaniu broni. Szczęknął nią z ulgą i zwrócił lufę w odpowiednią stronę. Ognisko podjęło wysiłek palenia się, więc Weasley też wstał, wyciągając różdżkę. Dziewczyna cały czas trzymała w ręce nóż.

Severus zaskakująco chłodno ocenił sytuację, uniósł ręce i powoli wyszedł zza krzaków. Nie było sensu myśleć o czymkolwiek innym. Wpadł. Teraz już nic nie zależało od niego. Albo prawie nic.

Charlie Weasley otworzył szerzej oczy i z wrażenia podszedł bliżej. A potem zbladł pod piegami i luźno opuścił ręce. Wydusił tylko:

- No i przywiało.

C.D.N.