Kagami wrócił z nocki styrany jak koń po westernie. Marzył tylko o dwóch rzeczach: jedzeniu i prysznicu, nie wiedział jednak, co wybrać pierwsze. Czuł burczenie w brzuchu, a także nieprzyjemne ssanie, ale nie mógł ukryć tego, że śmierdzi gorzej, niż budynek, który spłonął. Zapach dymu, potu, krwi i śmierci to była jego codzienność, ale przyzwyczajenie się do niego nie wchodziło w grę. Kagami bał się, że gdyby to zrobił, całkiem przestałby odczuwać współczucie i strach.
Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, rozebrał się do naga i skierował się do łazienki, ciesząc się po raz pierwszy od dawna, że mieszka sam. Wrzucił brudne ubranie do pralki, machinalnie nastawiając program, który dobrze radził sobie z krwią i popiołem, po czym wszedł pod prysznic i odkręcił gorącą wodę. Stał pod nią tak długo, aż zrobiła się zimna, dopiero wtedy zaczął się myć.
Nie udało im się uratować pary staruszków, u których wybuch piecyka doprowadziło pożaru. Nie mieli szans, zapewne nie żyli już wtedy, kiedy ktoś z sąsiadów zaalarmował odpowiednie służby. Mimo tej świadomości, mimo wiedzy o tym, że zrobił wszystko, co w jego mocy, gorzki smak w ustach pozostawał. Już w akademii mówili im, że nie uratują wszystkich, że nie zawsze będzie w stanie wrócić z akcji zwycięsko, ale ból i gorycz? Na to ich nie przygotowali. Kagami widział czasem, jak rozsypują się życia obcych, a jednocześnie znajomych mu ludzi, którzy czekali, aż strażacy zakończą akcję. I chociaż to był obowiązek policji i ich psychologów, by informować rodzinę o ofiarach, ból tych, którzy przeżyli, był widoczny z daleka.
Kiedy w końcu doprowadził się do porządku, wyjął z lodówki resztki zapiekanki, którą zrobił kilka dni temu i powąchał ją niepewnie. Pachniała okropnie, więc wrzucił ją do kosza i zaklął pod nosem. Przez branie dodatkowych dyżurów, nie miał czasu na zakupy. Został z połówką bochenku chleba (o ile ten też nadawał się do jedzenia), mlekiem sojowym i tabliczką czekolady. W zamrażalce, prócz kostek lodu i pustki nie znalazł nic do jedzenia. I chociażby stanął na rzęsach i klaskał uszami, śniadania z tego, co miał w domu, nie wyczaruje. Było również za wcześnie, by dzwonić po coś na wynos, wszystkie knajpy otwierali koło południa, a do tego czasu Taiga z całą pewnością umrze z głodu.
Postanowił schować dumę i honor do kieszeni, po czym – nie zresztą po raz pierwszy – poszedł do swoich sąsiadów. Nawet nie wahał się pod drzwiami; wiedział, że młode małżeństwo już nie śpi, mimo że była siódma rano w sobotę. Zza drzwi słyszał dosyć wyraźnie glos ich syna.
Zadzwonił do drzwi i nie minęła nawet minuta, kiedy otworzyły się, a na progu stanął średniego wzrostu, czarnowłosy mężczyzna w okularach. Uśmiechnął się lekko.
-Witaj, Kagami – powiedział, szerzej otwierając drzwi i zapraszając go tym gestem do środka.
-Dzięki, Hyuuga.
Jego sąsiad miał dwadzieścia osiem lat i wykładał historię w pobliskim liceum. Ciężko było go wyprowadzić z równowagi, ale kiedy już ktoś coś zrobił, Hyuuga potrafił być naprawdę wredny i skupiony na zemście. Kagami zdążył się zorientować, słysząc historie sąsiadów o tym, jak mężczyzna poradził sobie z grupką osiedlowych chuliganów. Mimo to, okoliczna młodzież lubiła go i traktowała z szacunkiem, a z tego, co Kagami usłyszał w plotkach, Hyuuga czasem uczył młodsze dzieci grać w koszykówkę.
-Długa noc, co? – zapytał, prowadząc go w głąb mieszkania. Jego układ przypominał dom Kagami'ego, więc czuł się tutaj w miarę swobodnie. –Wyglądasz jak gówno.
-Waaa! Tata powiedział brzydkie słowo! – zawołał Tora, wyskakując zza kanapy. –Wujek Kagami!
-Cześć – strażak poczochrał go po czarnych włosach.
-Mamooo! A tata powiedział brzydkie słowo na „g"! – ryknął Tora ze zdwojoną siłą, biegnąc do kuchni.
-Na litość boską, czy wy go karmicie psychotropami? – Kagami spojrzał na Hyuugę, a ten wzruszył ramionami. W jego zielonych oczach widział jednak dumę z jedynaka.
-To sobota, dzień naleśników – Hyuuga potarł dłonie. –Dzisiaj ja robię śniadanie, dzięki Bogu.
-Dzięki Bogu – zgodził się z nim Kagami. –Aczkolwiek jestem tak głodny, że zjadłbym wszystko, nawet to, co zrobiłaby Riko.
Żona Hyuugi była cudowną kobietą. Nie tyle co doskonale radziła sobie ze swoją dwójką mężczyzn (a ci chodzili jak w zegarku, wystarczyło, by Riko krzywo na nich spojrzała, a już zachowywali się poprawnie), ale też była trenerem personalnym na sali gimnastycznej, którą odziedziczyła po ojcu. Trenowała tam prawie samych mężczyzn, z czego kilku miało już na koncie osiągnięcia olimpijskie. Zawsze uśmiechnięta, towarzyska, jedyne, czego nie miała, to talent do gotowania. Wszystko, co zrobiła, było wstrętne w smaku a spożycie tego groziło – w najlepszym przypadku – przynajmniej rozwolnieniem. Dlatego dzielili się obowiązkami i Hyuuga gotował częściej, podczas kiedy Riko zajmowała się finansami. Ale Kagami widział, że im taki układ odpowiada. Byli wzorowym małżeństwem.
I zazdrościł im tego, że mieli siebie nawzajem.
-Ja mogę zrobić śniadanie, jeśli mogę na nim zostać – oznajmił, a Hyuuga uśmiechnął się szeroko.
-Wchodzę w to. Szczerze powiedziawszy miałem nadzieję, że to zaproponujesz. Od kiedy raz zrobiłeś naleśniki, Tora nie mówił o niczym innym. Raz nawet zagroził nam, że przeprowadzi się do ciebie.
Kagami zaśmiał się cicho. Wraz z Hyuugą wszedł do kuchni, gdzie na blacie naszykowane już były składniki na naleśniki. Obok automatu z kawą kręciła się drobna kobieta o jasnobrązowych włosach, sięgających łopatek. Grzywkę podpięła kolorową spineczką, przez co doskonale widać było jej czerwone okulary. Fukała coś gniewnie na maszynę, która najwidoczniej nie chciała produkować kawy.
-Junpei, znów mówiłeś przy Torze brzy… och, witaj, Kagami-san.
-Dzień dobry, Hyuuga-san.
-Tyle razy mówiłam ci, żebyś mówił normalnie – machnęła ręką i spojrzała na niego groźnie.
-Jasne, R-Riko – bąknął, czerwieniąc się. –Wybacz, że wkręcam się na śniadanie.
-Twoje naleśniki są o niebo lepsze niż te, które robi mój mąż, więc czuj się jak u siebie. Junpei, pomóż mi z automatem, znów zawiesił się filtr.
Kiedy jej mąż poszedł przygotowywać kawę (to on zablokował filtr, gdyż Riko nawet kawę potrafiła zrobić złą), Tora wspiął się na stołeczek i stanął obok Kagami'ego przy blacie.
-Pomogę ci, wujku – oznajmił radośnie, a mężczyzna zauważył, że chłopakowi wypadła dolna jedynka, przez co wyglądał naprawdę zabawnie, a jednocześnie dziwnie ujmująco.
-Jasne, musisz robić jajka… ale bez skorupek!
Kiedy już zjedli, Hyuuga zaproponował Kagami'emu jeszcze jedną kawę i ciastka (kto mógłby odmówić słodyczom z piekarni Murasakibary, którego podobno Riko znała osobiście). Strażak nie protestował – miał nadzieję wykorzystać tę okazję do tego, by podpytać małżeństwo o przedszkolankę Tory. W końcu Kuroko umówił się z nim, ale dobrze byłoby wcześniej dowiedzieć się czegoś o nim.
Odczekał chwilę, aż Tora napcha buzię ciastkami, a potem pobiegnie bawić się figurkami żołnierzyków, po czym spojrzał na gospodarzy.
-Byłem ostatnio w przedszkolu Tory – zaczął, a Riko spojrzała na niego badawczo.
-Tak, wiemy. Tora opowiadał o tym cały dzień. Jak pokazywałeś im sprzęt strażacki i opowiadałeś o pracy.
-Sam chce być teraz strażakiem – dodał Hyuuga, sięgając po ciastko. –Aczkolwiek, z całym szacunkiem…
-… taaaak, nie chcielibyście, żeby nim został – Kagami sam dokończył. –Nie dziwię się. Może gdyby moi rodzice żyli, też by protestowali przeciwko tej decyzji? – zapytał cicho, ale szybko pokręcił głową. –Mniejsza z tym. Jeszcze spotka tyle osób, że nim będzie dorosły, kilka razy zmieni mu się plan. Chciałem was zapytać o jego wychowawcę, tego no…
-Kuroko-sensei? – podsunął Hyuuga.
-O właśnie, o niego. Tajemniczy facet.
-Ma najlepsze referencje w tym przedszkolu – powiedziała Riko. –To nam wystarczy. No i Tora jest nim zachwycony.
-A hmmm… naprawdę nic o nim nie wiecie?
Hyuuga spojrzał na żonę, ale ta tylko wzruszyła ramionami. Kagami domyślił się, że dalsze brnięcie w dyskusję będzie bez sensu, więc tylko uśmiechnął się lekko.
Będzie sam musiał poznać wszystkie tajemnice Kuroko Tetsuyi.
Kise wysunął się z łóżka i przeciągnął, ignorując lekki ból w dole pleców. Jego partner znów przesadził w nocy, ale czy mógł go winić? Nie widzieli się prawie trzy tygodnie. Wpierw on był na sesji zdjęciowej na drugim końcu kraju, a w tym samym dniu, w którym wrócił, tamten musiał wyjechać, by poprowadzić śledztwo w Kioto. Kiedy w końcu wrócili obaj do Tokio, nie mogli utrzymać przy sobie rąk. Nie pomagało też to, że rozłąkę osładzali sobie seksownymi sms-ami i gorącymi rozmowami przez telefon.
Kise nigdy nie żałował, że związał się z Aomine Daikim, detektywem wydziału kryminalnego tokijskiej policji.
Nawet teraz, gdy ten wciąż spał po drugiej stronie łóżka, Kise nie mógł oderwać od niego wzroku. Poznał go jeszcze w gimnazjum i zakochał się w Aomine od pierwszego wejrzenia. Wystarczyła sekunda, by wiedział, że nigdy, przez całe swoje życie, nie pokocha nikogo innego tak samo.
I był przy Aomine cały czas. Kiedy razem odnosili sukcesy w koszykówce, kiedy wpierw to on, a potem Kise doznali takiej kontuzji, która wyrzuciła ich ze świata zawodowego sportu. Był przy nim wtedy, kiedy jego rodzice rozwodzili się, kłócąc się o podział sporego majątku (który był dla nich ważniejszy niż jedyny syn), a także wtedy, kiedy narzeczona Aomine zerwała zaręczyny i odeszła z innym. Przez te wszystkie lata wspierał go i otrzymywał wsparcie, gdyż mieli tylko siebie nawzajem. Może też dlatego, kiedy pewnego wieczoru, po kilku(nastu) piwach wylądowali w łóżku, Kise nie mógł być szczęśliwszy. Co prawda, nie padły żadne deklaracje uczuć czy wzniosłe wyznanie miłości, ledwie propozycja, że skoro obaj są sami, mogą w ten sposób rozładowywać napięcie. Zostali więc „przyjaciółmi z bonusem", ale dla Kise było to spełnienie marzeń. Mógł wreszcie spać u boku Aomine, w jego łóżku (o wiele częściej bywali u niego), a także detektyw zwolnił dla niego półkę w komodzie oraz zrobił mu miejsce w szafie. Biorąc pod uwagę fakt, że chodziło o Aomine, to było prawie jak deklaracja.
-Gdzie leziesz? – jęknął Aomine, nawet nie otwierając oczu.
-Do łazienki. M-muszę się umyć – bąknął zawstydzony Kise.
Kiedy wyszedł z łazienki, Daiki'ego nie było już w łóżku, co go zasmuciło. Z miłą chęcią poprzytulałby się trochę, może znów by mu się oddał. Kise miał wrażenie, że czas im dany jest tak ograniczony, że chciał wykorzystać go aż do granic możliwości. Westchnął ciężko i skierował swoje kroki do kuchni, gdzie Aomine (w samych spodenkach) szykował jajecznicę. Cicho nucił piosenkę, która leciała w telewizji, a Kise zatrzymał się na kilka długich sekund, by móc w spokoju posłuchać jego głębokiego, zachrypniętego głosu.
-Mogłeś zostać muzykiem, a nie gliną – oznajmił, w końcu podchodząc do niego i całując go w nagie plecy.
-Taaa, jasne. Zrób kawę, jak jesteś taki wygadany od rana – prychnął, siekając cebulę.
Poranek jak jeden z wielu. Po wspólnie spędzonej nocy zjedzą razem śniadanie, wypiją kawę, potem Aomine pójdzie do pracy, a Kise albo zostanie w domu, albo pójdzie na zakupy lub sesję. Nie mieli wielu wspólnych zainteresowań, więc ciężko było określić, co trzyma ich razem przez tyle lat.
-Nee, Aominecchi – Kise uwiesił się jego ramienia. –Widziałem kartkę na lodówce. Idziesz do przedszkola opowiedzieć o swojej pracy?
-Taa. Bakagami uznał, że może mnie w to wkręcić, a mój szef postawił ultimatum. Albo pogadam z dzieciakami, albo z prasą. Wolę małe typki, zadają mniej upierdliwych pytań.
Kise zachichotał wesoło.
Aominecchi właśnie taki był. Warczał, prychał, burczał, ale w głębi duszy był dobrym człowiekiem.
-Co powiesz na to, że pó… - Kise urwał, kiedy przestano nadawać program muzyczny w telewizji, a zamiast niego pojawiła się spikerka.
-Drodzy państwo, wiadomość z ostatniej chwili. Płonie Prywatne Gimnazjum Teikou. Przyczyna pożaru jeszcze nie jest znana, na miejscu jest kilka zespołów strażackich. Mieszkańców pobliskich domów prosi się o ich tymczasowe opuszczenie, w obawie przed rozprzestrzenieniem się ognia. Powtarzam…
Aomine ściszył telewizor i westchnął ciężko. Kise był tak blady, że musiał położyć mu dłoń na głowie i trochę poczochrać mu włosy, by jego twarz odzyskała kolory (nawet, jeśli był to rumieniec oburzenia).
-Ciekawe, czy Kagamicchi tam pojechał – powiedział cicho model.
-Nie wiem. Zadzwonimy do niego wieczorem i się dowiemy – obiecał Aomine. –Ej, nie rób takiej miny. To pewnie było zwarcie w instalacji czy coś. Przecież nikt nie podpaliłby gimnazjum, w którym wszyscy się poznaliśmy!
