18 marca 2008 roku, South Coast, Anglia
- Zapiszcie proszę pracę domową. Radzę, aby każdy z was wykonał ją samodzielnie, współpracując ze słownikiem. - pozornie surowy nauczyciel dobiegający 50 zaczął zbierać swoje rzeczy z biurka, chowając je do skórzanego neseserka. Do dzwonka zostało 10 minut, ale temat przeznaczony na daną godzinę został wyczerpany. Lubił takie dni, takie lekcje, na których mógł odpocząć i delektować się dzielniem się swojej wiedzy. Lubił czuć wyższość. Była to już klasa maturalna, ale ciągle nie mógł pojac, jak obojetni byli oni na swoje wejście w dorosłe życie. Zero pociągu do nauki, zero zamiłowania do dobrej lektury, totalna degeneracja. No poza jednym wyjątkiem - pomyślał, uśmiechając się do swoich myśli i przenosząc leniwie wzrok na rudowłosą, młodą kobietę. Ona była inna. Nie interesowały go romanse, co to, to nie, ale jej wiedza i pociąg do odkrywania budziły w nim podziw do niej. Była piękna, o tak, ale widywał i lepsze, nawet w tej klasie. Ale liczy się to coś. Smutne, że skończą się ich elokwentne rozmowy o książce i historii, a także drobne kłótnie, podsycone drobnymi, aczkolwiek sympatycznymi złośliwościami. Tak - nad nią nie górował. Chociaż była lekko dziwna, taka wycofana.
Z miejsca, gdzie przed chwilą utkwiony był wzrok profesora, Alice obserwowała klasę. Nie była tutaj z własnej woli, musiała wykonać zadanie, a ludzie, którzy ją otaczali byli po prostu prostakami. Zero dojrzałości emocjonalnej. Nie miała tutaj przyjaciół. Koleżanka z ławki, uważająca zapewne siebie za jej przyjaciółkę, tak naprawdę była tylko atrapą - Alice podejrzewała, że nie ma nawet pojęcia co to przyjaźń, oddanie - tej znajomości ciągle towarzyszył brak czasu i chęci. Nie, alice nie chciała się integrować, ale dla zachowania wszelkich pozorów i zyskaniu na wiarygodności, musiała próbować. Rudowłosa miała swoją tajemnicę, której strzegła jak oka w głowie, ale już niedługo, tak - ten moment nadejdzie szybciej niż im się wydaje, nadejdzie chiwla prawdy, a ona pokaże nareszcie siebie.
W klasie unosiły się szepty, ale nagle dało usłyszeć się drobne pyknięcia i pomieszczenie zapełniło się dodatkowymi postaciami. Wszyscy byli ubrani na czarno, jednak to ON wzbudzał lęk - niewyobrażalny. Jak taki człowiek może istnieć!? W mugolskiej szkole, kilka minut przed dzwoniek, stał najpotezniejszy czarnoksiężnik wszech czasów - Lord Voldemort, wraz ze swoją świtą. Mugolacy oczywiście, nie mieli o tym pojęcia.
Cisza, która przed momentem zapadła, została przerwana przez syczący dźwięk zaklęcia, wylatującego z różdżki. Czerwony promień zaklęcia obezwładniającego sunął w kierunku Alice.
Dziewczyna w ułamku sekundy stała na nogach, wyciągając delikatnie ręcę przed siebie. Skumulowana energia zaklęcia utworzyła kulę, zaraz przy dłoniach dziewczyny, pobłyskując dzikim światłem. Na usta rudowłosej wsątpił usmiech:
- niespodzianka - powiedziała i odesłała energię w stronę Czarnego Pana. Ten wcale nie wydawał się być zaskoczony.
Zaklęcia, uroki, klatwy, wszystko śmigało po klasie, magicznie powiększonej.
Voldemort zaserwował swój popisowy numer ognistego smoka, który pełzając w powietrzu zawisł nad głową Alice, która w kilka chwil utworzyła przed sobą kamienny mur, który rozproszył ogień. Kiedy ten zaniknął całkowicie, kamienie poszybowały w stronę Lorda, który uniknął ich dzięki silnemu powieowi wiatru, który stworzył. Głazy lecące w stronę dziewczyny zaczęły zostawać za sobą pył, piasek, w który go zmieniła. To koniec zabawy.
Ziemia się zatrzęsła, kawałki drewna z paneli zaczęły wzlatywać w powietrze, a sufit rozpoczął swoje osypywanie... Do tego ogromny huk. Czarny Pan nie mógł się ruszyć, jego nogi zostały magicznie przytwierdzone do ziemi, ręce zamrożone. Dół czarnej peleryny, stapiał się calkowicie z podłożem. Nieznaczny uśmiech na ustach Alice zakończył katastrofę.
- Uwielbiam te spektakle. Prawdziwy pokaz siły, nieprawdaż Tomie? - Alice usmiechnęła się pieknym, aczkolwiek mrożącym krew w żyłach uśmiechem do Czarnego Pana. Reszta klasy, która była całkowicie oddalona od rzeczywstości, zaczęła zauważać, że to wszystko było dziełem TYCH ludzi.
- Jak śmiesz tak zwracać się do Czarnego Pana, ty plugawa szmato! - krzyknęła histerycznym głosem Bella.
- Cicho, moja droga, to tylko przyjacielska pogawędka - odpowiedział Pan, jakby w ogóle przyjaźń i jego imie było możliwe.
- Stęskniłam się, to zadanie był... nużące - wymruczała lekko Alice, zbliżając się powoli do człowieka-węża i składając delikatny pocałunek na jego ustach, nie przestając patrzeć w jego jarzące się oczy. Czerwień i czerń złaczyły się, a wszyscy wokół wciągnęli powietrze ze zdumienia.
