2. Przesłuchania
To był dobry dzień. Severus nigdy nie lubił rozpoczęcia roku szkolnego, ale tym razem było inaczej. Nawet przyjazd tych wszystkich bachorów nie zepsuł mu humoru. Ba! Przeżył i ucztę powitalną, rzucając tylko osiem groźnych spojrzeń, z czego sześć trafiło w Pottera, jedno w Longbottoma, a jedno w McGonagall. Nauczycielka transmutacji nuciła mu w kółko do ucha „Can you feel the love tonight, it is where we are", najwidoczniej nie znając dalszego ciągu. A on naprawdę nie lubił „Króla Lwa". Z drugiej strony… czy mógł się spodziewać, że Opiekunka Gryffindoru wybierze cokolwiek innego?
Przygotowując się psychicznie na walkę o wybór bardziej satysfakcjonującego repertuaru, Snape poczekał cierpliwie, aż skończy się uczta powitalna, i niesiony jak na skrzydłach (nietoperza, rzecz jasna) pognał w stronę lochów. Miał jeszcze pół godziny do zebrania z prefektami i chciał przemyśleć ponownie całą strategię. Najlepiej oczywiście by było, gdyby żaden z uczestników spotkania nie orientował się w musicalach. Wtedy po prostu musieliby wybrać to, co on zaproponuje. Popis wokalny Minerwy sugerował jednakże, że ta nadzieja mogła okazać się płonna. Gryfońskie lwiątka w „Królu Lwie", sarknął w myślach. Po moim trupie!
Tak czy inaczej, gdy zmierzał na spotkanie, humor mu dopisywał. Z tego, jak bardzo, Severus zdał sobie sprawę dopiero, kiedy drugoroczna Puchonka zemdlała na jego widok, a trójka czwartoklasistów zrobiła standardowy unik wykorzystywany podczas pojedynków. Mistrz eliksirów zmarszczył brwi. O co im wszystkim chodziło? Na wszelki wypadek posłał złośliwy grymas w bliżej nieokreślonym kierunku i – zatopiony w myślach – niemal wpadł na Dumbledore'a.
- Severusie – zaczął wesoło dyrektor. – Muszę cię prosić, żebyś przestał pogwizdywać. Uczniowie są przekonani, że chcesz ich przekląć w mowie węży. Radosny uśmiech, jaki znajdują na twojej twarzy, tylko ich w tym upewnia…
Snape zazgrzytał zębami. Już dawno nie stracił nad sobą kontroli!
- Warzyłem dzisiaj eliksiry rozweselające dla Pomfrey, to skutek uboczny oparów! – warknął, obrzucając przełożonego nieprzychylnym spojrzeniem. – Jeżeli nie masz mi nic więcej do powiedzenia na temat oczywistej głupoty uczniów, to…
- Ach… Nie, nie, ale… powiedz, jak ci się podobał występ Minerwy? Jej głos jest całkiem…
Severus nie dowiedział się, co Dumbledore sądzi o głosie McGonagall, gdyż zrobił jedyne, co przyszło mu do głowy w tym momencie – niezwłocznie się oddalił. Przeklęty starzec, prychnął w duchu. Niech się zajmie swoim Złotym Chłopcem! Chociaż właściwie… to mogło być całkiem użyteczne. Gdyby oczywiście z tym nie przesadzał. Jeden uśmiech na pół roku nie zrujnuje jego reputacji, a efekty były… więcej niż zadowalające. Może nawet - powyżej oczekiwań.
Zebranie prefektów przebiegało spokojnie. Snape zauważył z niechęcią, że nawet Weasley się nie spóźnił, zapewne dzięki interwencji Granger. Ciekawe, co by zrobiła Minerwa, gdyby spróbował odjąć punkty Gryfonom za posiadanie przedstawicieli o niewyjściowych twarzach, zastanowił się. Sprowokowałby ją do niesprawiedliwości wobec Ślizgonów czy jej gryfońskie poczucie sprawiedliwości nadal by zwyciężało?
Fantazje mistrza eliksirów przerwała McGonagall, nawet nie zdając sobie sprawy z ich istnienia, a co dopiero - z bycia ich obiektem. Skończyła się tradycyjna część spotkania i uczniowie zaczęli podnosić się z miejsc.
- Chwileczkę – zatrzymała ich nauczycielka. – To jeszcze nie wszystko. W tym roku, dzięki uprzejmości profesora Snape'a – tu spojrzała na młodszego kolegę z jawną kpiną – uczniowie będą mieli możliwość zagrania w musicalu. Profesor Snape będzie odpowiedzialny za całość przedsięwzięcia, dlatego też z prawdziwą przyjemnością oddaję mu głos.
Severus mimowolnie przełknął ślinę. Kiedy McGonagall wspomniała o prawdziwej przyjemności, jej oczy wyglądały zupełnie jak Dumbledore'a, a to zdecydowanie mu się nie podobało.
- Dobrze – warknął, gdy tylko się otrząsnął. – Wszyscy wiecie, czym są musicale, czy może mamy tu gdzieś ukrytego Longbottoma?!
- Severusie!
- Minerwo?
Nauczycielka transmutacji tylko pokręciła głową. Nie chciała krytykować kolegi przy uczniach.
Snape z drwiącym uśmieszkiem rozejrzał się po zebranych, sprawdzając, czy jego słowa wywarły odpowiednie wrażenie. Owszem, uczniowie zamarli na swoich miejscach, jednak na ich twarzach zamiast strachu dostrzegł szok i niedowierzanie. I jeszcze Granger… Wodziła wzrokiem między nim a McGonagall i Severus mógłby przysiąc, że ta durna Gryfonka powstrzymuje się od śmiechu!
- Co panią tak bawi, panno Granger? - wycedził.
- Nie, nic, panie profesorze – odparła i na potwierdzenie swoich słów zachichotała. – Czy spektakl został wybrany? – dodała szybko.
- Właśnie o tym będziemy dzisiaj rozmawiać. Nie wychodź przed szereg, Panno Wiem-To-Wszystko. Oczywiście pod warunkiem, że choć na moment możesz przestać się popisywać.
Hermiona zarumieniła się z oburzenia, ale posłusznie zamilkła. Ron poklepał ją pocieszająco po ramieniu, na co Snape spojrzał z politowaniem. Od ich trzeciego roku widział, co się święci, ale tempo Weasleya wskazywało, że do pięćdziesiątki nie zaprosi dziewczyny nawet na piwo kremowe. Żałosne. Jeżeli ten rudy pomiot nie zbierze się w sobie, to Snape przegra kolejny zakład z Minerwą i ta wiedźma nie odczaruje mu łóżka. Od rozstania Greengrass i Zabiniego spał na podłodze w śpiworze, bo jego posłanie stanowiło kamienny postument. Mimo wielu prób Snape'owi nie udało się złamać zaklęć, którymi Opiekunka Gryffindoru zablokowała transmutację, a godność nie pozwalała mu prosić o pomoc Dumbledore'a.
- Weasley, takie pac-pac po ręce to przyszli Puchoni w żłobku uprawiają. Może pora przejść na etap przedszkola i zaproponować oglądanie kolekcji kart z czekoladowych żab? – zadrwił Snape i zauważył, że nawet McGonagall uśmiechnęła się pod nosem. I świetnie. Ośmieszył Gryfona, a jednocześnie dał mu do myślenia. Ech, był idealnym pedagogiem… Po chwili czerwona twarz Rona przekonała Snape'a, że osiągnął przynajmniej jeden z celów. Mistrz eliksirów westchnął z zadowoleniem. Naprawdę, w takich chwilach uwielbiał i nauczanie, i Gryfonów.
- Skoro pan Weasley łaskawie zakończył swoje mierne zaloty – tu Snape wykrzywił się złośliwie do wściekłego Rona - możemy przejść do właściwej części. Wybór musicalu. Jakieś pomysły? – zapytał głosem obiecującym szybką śmierć każdemu, kto się odezwie.
Niestety, na sali znajdowały się dwie osoby, na których ton mistrza eliksirów nie zrobił wrażenia (albo – które były zbyt tępe, by go odczytać, jak Snape tłumaczył to na własny użytek), i następne sześć minut było najgorszymi w jego życiu. Oczywiście wyłączając moment, kiedy wszedł do łazienki dla personelu na piątym piętrze i odkrył, że Dumbledore czasami zapomina zaciągnąć zasuwkę przy drzwiach.
Tak czy siak, ostatnie minuty okazały się katorgą. Najpierw Minerwa zaproponowała „Koty" (cóż, chyba powinien to przewidzieć…), a potem do głosu dorwała się Granger i z prędkością klątw lecących z różdżki Czarnego Pana wyrzucała z siebie kolejne tytuły. Niektórych Snape nawet nie znał, o zgrozo! Wreszcie, kiedy dziewczyna skończyła (i minęło równe sześć minut), zaproponował nieco słabym głosem jeden ze swoich ukochanych musicali, „Miss Saigon". I potem było już tylko gorzej…
- Ale panie profesorze! – zawołała oburzona Granger. – Przecież „Miss Saigon" to okropnie seksistowski obrazek! Nie można pokazywać uczniom, zwłaszcza najmłodszym, czegoś takiego! Jakie pan stworzy skojarzenia i wzorce? Z psychologicznego punktu widzenia to bardzo niewłaściwe. Jakie pan chce zbudować przekonania? Wartości?
Snape'owi kołatało się po głowie coś o miłości, macierzyństwie, poświęceniu i ludzkiej tragedii, ale był tak zaskoczony, że wolał się nie wyrywać do odpowiedzi. Wpatrywał się tylko w Granger w osłupieniu i zastanawiał, co powinien zrobić.
- Co masz na myśli, Granger? – zapytał w końcu niepewnie, próbując nie kulić się pod drwiącym wzrokiem McGonagall.
- Pan jeszcze pyta? Przecież to jak wersja mugolskiego Kopciuszka! Że niby kobieta potrzebuje mężczyzny do szczęścia i że bez niego do niczego nie dojdzie! I potem uczennice, zamiast pracować, będą czekać na jakiegoś palanta, który się nimi zajmie! Do tego, co gorsza, kompletne wypaczenie pojęcia miłości damsko-męskiej! Łączenie jej z bólem, cierpieniem, przecież nie tak powinno być! I w konsekwencji tego kobiety lgną do mężczyzn, którzy je krzywdzą, bo tym jest dla nich miłość! Przecież wie pan, na czym polega tak zwany syndrom kobiet kochających za bardzo, prawda?
Nie, mistrz eliksirów nie wiedział, natomiast nagle spojrzał z szacunkiem na Weasleya. Do pięćdziesiątki? On by tej Gryfonki nie zaprosił na randkę i do setki! Nawet to poklepanie jej po ramieniu wydawało się teraz heroicznym wyczynem.
- …i jeszcze to samobójstwo na końcu, wspaniały przykład dla młodzieży! – perorowała niezrażona brakiem reakcji Granger.
Snape zerknął na McGonagall, szukając pomocy, ale kiedy zobaczył błysk dumy w jej oczach, poddał się.
- Dzięki za wsparcie – prychnął tylko cicho, na co Minerwa roześmiała się bezgłośnie i poklepała go po ramieniu.
- Pac-pac?
Snape odsunął się od Opiekunki Gryffindoru ze zdegustowaną miną. Nagle zrozumiał, jaka będzie Granger za pięćdziesiąt lat. Ciekawe, czy Dumbledore dałby mi dodatek do pensji za posiadanie wewnętrznego oka, zastanowił się. Mógłbym wziąć lekcje Trelawney.
- Ehm… tak, dobrze. To, yy… - zaczął nieskładnie Severus, kiedy cisza uświadomiła mu, że Granger skończyła swoją tyradę. – Jeszcze ktoś? – Cisza nie zmniejszyła się nawet o pół decybela.
Snape westchnął ciężko. Nie przygotował planu B, był pewien, że uda mu się przeforsować „Miss Saigon", ale po tym przemówieniu nie mógł się upierać. Jego reputacja była ważniejsza niż sentyment do spektaklu. Nie przewidział po prostu, że ktoś tak otwarcie może wyśmiać jego propozycję. Jego, mistrza eliksirów, nazywanego po kątach Postrachem Hogwartu (i Ślizgońskim Bogiem Seksu – aŁtorka nie mogła się powstrzymać, ale naprawdę się kaja i obiecuje, że to był przedostatni raz!). I w ogóle o co chodziło tej durnej Granger? Przecież „Miss Saigon" było takie… takie ładne. Historia Kim należała do tych poruszających i – jak Severus uważał prywatnie – magicznych. Zawsze podczas sceny samobójstwa miał jakby nawrót przeziębienia czy grypy i tej tworzącej się dziwnej guli w gardle nie potrafił wyjaśnić inaczej jak magią. A ta idiotka sprowadziła to wszystko do jakichś psychologicznych aspektów i syndromu kobiet-które-coś-tam-coś-tam!
- Twój umysł jest tak beznadziejnie doczesny… - warknął jeszcze do Granger, nie mogąc się powstrzymać. Obrażać „Miss Saigon", też coś!
- A wie pan, że już mi ktoś tak powiedział?
- Doprawdy? W takim razie osoba ta jest godna mojego najwyższego szacunku.
- Przekażę profesor Trelawney przy najbliższej okazji.
Nienawidził jej. Naprawdę nienawidził tej przemądrzałej Gryfonki z całego serca.
- A co powiecie na „Upiora w operze"? – zapytała nagle Sprout.
Severus zmierzył Pomonę uważnym spojrzeniem. Dotąd nie wykazywała najmniejszego zainteresowania organizacją musicalu. Ale „Upiór" nie był zły. Nie wpływał na Snape'a aż tak, jak „Miss Saigon" albo „Piękna i Bestia", jednak nauczyciel lubił jego atmosferę. I przy pomocy magii mógłby stworzyć z niego coś wielkiego. Tak, „Upiór w operze" nie był zły.
- Ktoś ma coś przeciwko? – syknął, rzucając szybko niewerbalne Silencio na Granger.
Nikt nie ważył się odezwać. Repertuar został wybrany.
Tydzień później całą szkołę zdobiły plakaty ogłaszające przesłuchania do musicalu. Dziewczyny mogły starać się o rolę Christine lub Carlotty, a chłopcy - Erika lub Raoula. Severus miał nadzieję, że resztę obsady wyłowi podczas tej samej sesji.
- Dobrze, Granger – warknął. – Ostatnie rozwieś w pobliżu sowiarni i na schodach do Wieży Astronomicznej.
Dziewczyna posłusznie zebrała cienki już stosik afiszy i odmaszerowała. Snape uśmiechnął się pod nosem. Ukaranie Gryfonki za wrzaski podczas zebrania wyszło mu niezwykle… owocnie. Przynajmniej miał z głowy reklamę.
Właśnie. Reklama. To mu przypomniało o czymś, o czym bardzo nie chciał myśleć. No ale w końcu podjął już decyzję…
Kilka minut później Snape, zaciskając zęby, wspinał się do Wieży Gryffindoru. Nienawidził prosić. A prosić o coś Pottera…? Miał wrażenie, że bez wizyty u Poppy się nie obejdzie. Naprawdę miał mdłości.
- Potter! – rzucił, przechodząc przez dziurę pod portretem. – Czy… czy mógłbyś wyjść na chwilę? Muszę z tobą porozmawiać – wydusił, starając się przybrać neutralny wyraz twarzy. Czy to na pewno było tego warte?
Harry spojrzał zdumiony na nauczyciela, ale posłusznie wyszedł za nim z Pokoju Wspólnego.
- Ee… coś się stało, profesorze? – spytał, patrząc z niepokojem na milczącego Snape'a. – Trochę… dziwnie pan wygląda. Może pójdę po dyrektora albo panią Pomfrey?
- Potter! – wrzasnął mistrz eliksirów. – Znaczy, nie, wszystko w porządku.
Harry wytrzeszczył oczy, ale nic więcej nie powiedział. Snape upomniał się w myślach. Miał być miły. Nikt nie mówił, że pójdzie łatwo.
- Więc, Potter… – zaczął ponownie z grymasem imitującym uśmiech. – Robimy musical.
- Wiem, profesorze. Dean robił rysunki na afiszach Hermiony – odparł ostrożnie chłopiec.
- Tak… Uhm… Ładne… ładne plakaty, prawda?
Harry błyskawicznie wyciągnął różdżkę i przystawił ją do gardła nauczyciela.
- Jeden ruch i zginiesz - syknął. – Kim jesteś?! Jak się tu dostałeś?!
- Potter! Na głowę upadłeś?! Ty bezwartościowy, tępy bufonie! Jesteś taki sam jak twój ojciec!
- Och! – zawołał zakłopotany chłopiec i opuścił różdżkę. – To jednak pan, profesorze?
- Tak – burknął obrażony Snape. Taki wybuch, atak na nauczyciela, a on nie może nawet odjąć gnojkowi punktów! Nie odrobiliby tego przez dziesięciolecia… - Zamierzasz wziąć udział w przesłuchaniach?
- Ja?! W życiu!
- Przyjmę cię na zaawansowane eliksiry – wydusił Snape.
- Co? Ja nawet nie umiem śpiewać!
- Potter, musisz wziąć udział w musicalu. W zamian za to przygotuję cię do owutemów z eliksirów!
- Ale dlaczego, profesorze?!
- To pomoże w wojnie – skłamał gładko Snape. – Muszę udowodnić Czarnemu Panu, że zdobywam twoje zaufanie – wyjaśnił. W końcu Potter był tępy, więc…
- To niech mnie pan po prostu przyjmie na eliksiry – odparł chłopiec z krzywym uśmiechem. – Nie śpiewam.
Cóż. Może nie aż tak tępy.
- Potter…!
- Nie, profesorze. A teraz przepraszam, ale muszę zrobić zadanie z transmutacji – powiedział spokojnie chłopiec i wrócił do Pokoju Wspólnego.
O nie. Tak to się nie skończy. Snape musiał mieć Pottera w obsadzie. Gdyby Wybraniec zagrał w „Upiorze", cały czarodziejski świat chciałby zobaczyć ten musical. A Snape, jako reżyser, z uprzejmym uśmiechem (planował poćwiczyć go odpowiednio wcześniej przed lustrem) odbierałby gratulacje.
Tak, zdecydowanie. Potter nie miał pojęcia, co go czeka.
Przesłuchania odbywały się w Wielkiej Sali. Po śniadaniu wszystkie stoły zostały zastąpione przez niezliczone rzędy ławek, przed którymi ustawiono stół dla Severusa i chętnych nauczycieli. Snape z radością powitał nieobecność Dumbledore'a. Obawiał się, że przy nim mógłby stracić swój wystudiowany chłód.
- Dobrze, zaczynamy – warknął, wchodząc na prowizoryczne podwyższenie wyczarowane przez Flitwicka. – Kandydaci przy wejściu otrzymali numerki, zgodnie z którymi – kolejno - będą wychodzić na scenę i prezentować swoje możliwości. Proszę tylko najpierw podać imię, nazwisko i rolę, o którą się staracie.
Jako pierwsza na środek wyszła Millicenta Bullstrode, co Snape przyjął wytrzeszczeniem oczu. Co prawda najbardziej liczyły się możliwości wokalne, ale – na litość Merlina! – gabaryty też miały znaczenie! Zwłaszcza jeśli ktoś starał się o rolę Christine, do czego przyznała się głębokim basem Ślizgonka.
To będzie długi dzień, pomyślał Severus i machnął zrezygnowany ręką, dając znak uczennicy, że może zaczynać.
- Panie profesorze, jak pan mógł? Ledwo przekroczyłam auli próg – zaczęła Millicenta, układając usta w kuszący dzióbek.
Snape poczuł, że się poci.
- Jak pan mógł? W pustej sali, co się aulą zwie, pan tak do tablicy przyparł mnie… - kontynuowała Bullstrode, kołysząc biodrami.
Snape uznał, że musi to przerwać, zanim dziewczyna zrobi shimmy.
- Tak, dziękujemy – rzucił gwałtownie i opadł na krzesło.
Millicenta uśmiechnęła się słodko i zbiegła po schodkach z gracją młodego trolla.
Dlaczego on nie zaznaczył, że kandydaci mają przygotować się z partii wybranej postaci z „Upiora"?! Nie musiał podnosić wzroku, by wiedzieć, że Minerwa obserwuje go z drwiną.
– Następny.
- Pansy Parkinson, również Christine – oznajmiła pewnie dziewczyna, wychodząc na scenę. – Sonorus – mruknęła, wskazując różdżką na swoje gardło.
Snape poczuł swoistą dumę na myśl, że Ślizgoni wyprzedzili wszystkich, wypierając jednocześnie ze świadomości występ Millicenty. Pansy na szczęście zatarła złe wrażenie, wykonując bardzo udanie „Non, je ne regrette rien". Nie był to może porywający występ, ale absolutnie poprawny i ukazujący spore możliwości wokalne dziewczyny. Snape posłał uczennicy spojrzenie pełne uznania i poprosił kolejną osobę.
Następne dwie godziny okazały się koszmarem. Jedynie dwoje uczniów, McLaggen i Smith, zaprezentowali jako-taki poziom; wszyscy pozostali zawodzili, jakby im rogogon nadepnął na ucho. W dodatku dziewięć na dziesięć utworów pochodziła z radiowego programu LMP, czyli Listy Mugolskich Przebojów, o czym McGonagall poinformowała uprzejmie Severusa, gdy ten doprowadzony do ostateczności przyznał, że nie zna większości piosenek. Kiedy z sześćdziesiątym ósmym numerkiem na scenę wyszła Pomona Sprout i zaczęła gromko: „I saw him dancin' there by the record machine, I knew he must have been about seventeen…", Snape nie miał siły na tłumaczenie, że przesłuchania są dla uczniów, tylko wstał, ogłosił przerwę i wybiegł z Wielkiej Sali odprowadzany wrzaskliwym „I love rock'n'roll".
Mistrz eliksirów odgarnął włosy z twarzy i oparł się ciężko o ścianę. Naprawdę było mu słabo. Co prawda przeznaczył na casting cały dzień, ale mimo wszystko myślał, że uczniowie śpiewają nieco lepiej. Albo mają nieco więcej samokrytycyzmu.
- Panie profesorze?
- Czego, Granger? – warknął niechętnie.
- Chciałam w musicalu…
- To numerek i w kolejkę – przerwał jej, nie mając nawet siły na złośliwości.
- Nie. Chcę być suflerem. Rodzice przysłali mi scenariusz, znam już go na pamięć i pomyślałam, że…
Snape zamyślił się. Nie był pewny, czy w musicalach są suflerzy, ale z drugiej strony… większość tych idiotów nie była w stanie zapamiętać nawet kolejności dodawania składników na eliksirach. Przemądrzała Gryfonka mogła się przydać.
- Świetnie, Granger, masz tę funkcję – powiedział z obłudnym uśmieszkiem. – Ale na następną przerwę, za godzinę, przyprowadź mi Pottera.
- Ale…
- Chcesz być suflerem czy nie?!
Dziewczyna skinęła głową w odpowiedzi i wróciła na salę. Snape, chcąc nie chcąc, poszedł w jej ślady.
Tuż po przerwie okazało się, że Sprout nie była jedynym pracownikiem Hogwartu, który wpadł na pomysł wzięcia udziału w przesłuchaniach. Z wdzięcznym numerkiem sześćdziesiąt dziewięć na podwyższenie wkroczył Argus Filch. Snape miał ochotę się rozpłakać, gdy zobaczył woźnego, który skrzeczał „I will always love you", trzymając w objęciach Panią Norris. Siedząca obok Severusa Minerwa pokładała się ze śmiechu, zasłaniając usta wyczarowaną naprędce arafatką.
Gdy podniosła się Trelawney, Snape był bliski samobójstwa. Szpiegowanie Czarnego Pana było lżejszą pokutą za grzechy niż te przeklęte przesłuchania! Chichot dochodzący ze strony uczniów przekonał go, że nie jest sam w swoich odczuciach.
- Sybilla Trelawney, rola Carlotty – powiedziała nauczycielka, obrzucając salę całkiem bystrym – jak na siebie – spojrzeniem.
Severus zastanawiał się, po ilu sekundach będzie mógł jej bezpiecznie przerwać, ale zamarł, gdy tylko Trelawney zaczęła śpiewać. Była genialna. Była genialna i sądząc po tym, jak zręcznie manipulowała całą salą, świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Miała głęboki, dźwięczny głos o wprost nieprawdopodobnej skali. Snape zdążył jedynie pomyśleć coś o rejestrze gwizdkowym, zanim mózg odmówił mu posłuszeństwa. Kiedy Sybilla doszła do „Has no one told you she's not breathing?", wszyscy wciągnęli ze świstem powietrze. Kiedy śpiewała „Don't try to fix me, I'm not broken", przeszły ich ciarki. Przy "I'm still here all that's left of yesterday" większość ocierała oczy, a Severus modlił się, by nie musiał do nich dołączyć.
- C-co to było? – wymamrotał, gdy tylko udało mu się otrząsnąć.
- Evanescence, „Hello" – rzuciła któraś z uczennic. Nie żeby Snape'owi to wiele powiedziało.
Trelawney, widząc, że sala wraca do życia, uśmiechnęła się triumfem, ukłoniła lekko i zeszła ze sceny. Dopiero po chwili sala rozbrzmiała gromkimi brawami.
Następne osoby szybko przerwały postsybillowe katharsis. Większość była przeciętna, część beznadziejna, a szczytem okazał się McMillan śpiewający „I'm a Barbie Girl". Sądząc po wściekłych spojrzeniach, które kierował w stronę Goldsteina, przegrał jakiś zakład.
Jako ostatni przed przerwą na scenę wyszedł Draco Malfoy, burczący coś niepochlebnego pod adresem mistrza eliksirów. Severus uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że chłopak bardzo dobrze śpiewa. Wiedział także, że śpiewać nienawidzi, co nie bardzo podobało się jego matce (w końcu nie po to tyle galeonów poszło na lekcje śpiewu, żeby teraz…). Wystarczył więc jeden list do Narcyzy, w którym Snape mimochodem wspomniał o organizacji musicalu, by pani Malfoy odpowiednio wpłynęła na swoją latorośl.
Każdy, by nie brać udziału w czymś, na co nie ma ochoty, udawałby, że się do tego kompletnie nie nadaje. Każdy, z wyjątkiem z Malfoya. Draco, jeśli już miał występować, musiał pochwalić się swoimi zdolnościami. Severus zdawał sobie z tego sprawę, wiedział, że chrześniak go nie zawiedzie.
- Draco Malfoy – warknął chłopiec. – Raoul, Erik, jakaś sprzątaczka, mam to w nosie.
Cóż. Jakoś odreagować musiał.
- Et si tu n'existais pas – zaczął z nienaganną francuską wymową. - Dis-moi pourquoi j'existerais?
Co prawda sala nie zamarła jak podczas występu Trelawney, ale wszyscy z przyjemnością wsłuchiwali się w ten łagodny głos o ciepłej barwie – tak różny od codziennego, zimnego tonu Ślizgona – i spoglądali na chłopca z podziwem.
- Bardzo ładnie, Draco. Dziesięć minut przerwy!
- Potter, musisz zagrać w tym musicalu!
- Nie biorę nawet udziału w przesłuchaniach!
- Nie musisz, dostaniesz rolę Upiora!
- Och, świetnie, to propozycja, na którą czekałem…
- …
- Dlaczego tak panu na tym zależy?!
- Bo będziesz świetną reklamą!
- Do widzenia.
- Granger, przyprowadź mi Pottera na następną przerwę.
- Obawiam się, że mnie nie posłucha, profesorze.
- Minerwo, czy mogłabyś przekazać Potterowi, żeby pojawił się tu na następnej przerwie?
- Oczywiście, Severusie, ale…
- Dziękuję.
Z numerkiem sto czwartym wyszedł na scenę Neville Longbottom. Snape był zaskoczony, że Gryfon nie obawia się spotkania z żywym wcieleniem swojego bogina. Był zaskoczony jeszcze bardziej, kiedy chłopak zaprezentował całkiem przyzwoite wykonanie „New York, New York". No dobrze, bardzo udane wykonanie. A Franka Sinatrę to nawet Severus znał i lubił. Trzeba będzie dać jakąś rolę Longbottomowi, zanotował w myślach z nieznacznym skrzywieniem ust. Talent czy nie, to dalej ten sam pozbawiony zdolności warzycielskich Gryfon. Można go docenić, ale nie trzeba się z tego cieszyć.
Z każdą kolejną osobą Snape załamywał się coraz bardziej. Została jeszcze jakieś pięćdziesięcioro uczniów do przesłuchania, a on nadal nie miał swojej obsady. Wiedział, że zdecyduje się na Parkinson, Malfoya, Longbottoma, planował też jakąś rolę dla Trelawney i… tyle. Na upartego mógłby wybrać jeszcze kilka osób, które nie były zupełną katastrofą, ale na tym kończyła się lista ich zalet. Czy wszyscy wielcy twórcy napotykali podobne trudności na drodze do sławy? – z pewną dozą melancholii zapytał sam siebie Severus, podczas gdy jakaś pierwszoroczna Krukonka nuciła dość niewyraźnie „Pufki małe dwa".
- Przerwa! – wrzasnął, gdy dziewczynka doszła do końca drugiej zwrotki. Kolejne „Si bon, si bon, sialalalala" nieodwracalnie zniszczyłoby jego mózg.
- Pani profesor, pani mnie wzywała?
- Profesor Snape chciał coś od ciebie.
- O nie.
- Potter!
- O nie!
- Potter!
- NIE!
- Potrzebujesz eliksirów, żeby zostać aurorem.
- I nagle się tak pan martwi o moją przyszłość?
- Nie dyskutuj ze mną, będziesz Upiorem!
- Nie. Biorę. Udziału. W tych cholernych przesłuchaniach!
- Potter, wracaj!
- Minerwo, czy mogłabyś poprosić pana Pottera, żeby zjawił się tu za godzinę?
- Nie jestem sową, Severusie. I nie będziesz zmuszał mojego ucznia do zwiększania atrakcyjności twojego musicalu.
- Albusie, mam do ciebie prośbę.
- Tak?
- Czy mógłbyś wysłać Pottera do Wielkiej Sali za jakąś godzinę? Muszę z nim porozmawiać.
- Oczywiście, Severusie.
Przeklęta Minerwa, pomstował w myślach Snape. Zero solidarności! Jakby nie mogła sama poprosić tego bachora, na pewno by jej posłuchał! Ale nie… I jeszcze miała czelność się śmiać z ich rozmowy! Następnym razem zamiast serum wygładzającego zmarszczki dostanie mieszankę wszystkich sproszkowanych odchodów, jakie mam w laboratorium, postanowił mściwie.
Z ponurych rozmyślań wyrwała Severusa Cho Chang. Daleko jej było do Sybilli czy nawet Pansy, ale śpiewała dobrze. I przynajmniej wybrała coś z czarodziejskiego repertuaru. Szkoda tylko, że były to Fatalne Jędze. Snape liczył po cichu na Celestynę Warbeck. Usłyszeć porządne wykonanie „Kociołka pełnego gorącej miłości"… Oczywiście skwitowałby to pogardliwym prychnięciem, ale... no, mimo wszystko. Ostatecznie był mistrzem eliksirów i ten utwór interesował go wyłącznie z zawodowego punktu widzenia.
Po kolejnych trzydziestu minutach Snape zauważył z przerażeniem, że przesłuchania dobiegają końca. Boot… Creevey… Creevey… Greengrass… Każde gorsze od poprzedniego. Kiedy na scenę wyszła Ginny Weasley, Severus nie czuł już niczego poza znużeniem.
- Sparkling angel I believed – zaczęła czystym, nieco drżącym sopranem dziewczyna. - You were my saviour in my time of need.
Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że Weasley jest niepewna i bardzo stremowana, ale Severusa to nie interesowało. Utkwił pożądliwe spojrzenie w Gryfonce. Czuł się tak, jakby właśnie spełniły się jego wszystkie marzenia. Miała nieszkolony głos, ale śpiewała czysto i tak… tak delikatnie, z taką słodyczą, że… Snape wiedział, że to musi być ona. Znalazł swoją Christine.
Kiedy dziewczyna skończyła, Severus z cierpiętniczą miną podziękował wszystkim za udział w przesłuchaniu i poinformował, że wybrane osoby dostaną sowy z informacją o spotkaniu. Został mu już tylko Upiór. Tym razem nie zamierzał bawić się w półśrodki.
- Ile razy mam mówić, że nie śpiewam i nie gram w tym głupim przedstawieniu?!
- Szlaban, panie Potter, za wielokrotne podniesienie głosu na nauczyciela. W ramach kary weźmie pan udział we wszystkich próbach i zagra pan główną rolę w „Upiorze".
- Co?! Nie może pan!
- Nie, nie mogę. Ale mogę się upewnić, że otrzyma pan szlaban podczas każdego meczu quidditcha w tym roku, panie Potter.
Severus wracał do lochów z poczuciem dobrze wypełnionego zadania. Przepełniała go satysfakcja z osiągnięcia celu i – wcale nie mniejsza – z oburzenia Pottera, kiedy bachor zdał sobie sprawę, że nie ma wyjścia. Jakby nie mógł zgodzić się po dobroci… Tak, dzieciak otrzymał dobrą lekcję, Severus mógł sobie pogratulować. I posłuchać „Kociołka". W końcu należała mu się jakaś nagroda.
