- Nie.
Snape drgnął i zacisnął mocno powieki. Gdy ponownie otworzył oczy, nie było w nich widać zaskoczenia. Harry nie dostrzegł nawet prawdziwej złości.
- Dobrze. Nie będę cię więcej kłopotać – powiedział Snape lodowato.
- Nie rozumiesz, ja, ja nie mogę…
- Wiem, Potter. Nie możesz złamać prawa, które przysięgałeś chronić. Nie potrafię ci powiedzieć, jak znużony jestem upartymi jak osioł idiotami z Gryffindoru. Weź stąd to przekonanie o swej nieomylności i zostaw mnie na pastwę swoich kolegów i ich niezbyt delikatnych łask – rozkazał Snape.
- Po prostu zamknij się na chwilę i daj mi pomyśleć, dobrze? - poprosił Harry.
- Pomyśleć? Co ty…
Podczas gdy plan formował się w jego umyśle, uciął coraz bardziej wściekłe pytania Snape'a swoim własnym:
- Jeżeli wydostanę cię stąd, czy dasz mi swoje słowo, że będziesz się trzymał z dala od Londynu?
- Co?
- Lewis, Auror, który cię tu ściągnął i kilku innych, których widziało cię dziś, często patrolują Pokątną i Nokturn. Rozpoznają twoją twarz, jeśli cię znów zobaczą, nawet w tłumie. Jeżeli cię stąd wydostanę, nie możesz wrócić w ten rejon, nie przez długi, długi czas.
Ku jego dezorientacji, wyraz twarzy Snape'a stał się jeszcze bardziej wściekły.
- Nie wydaje mi się to zabawne ani trochę. Myślałem, że wyśmiewanie się ze skazanego człowieka byłoby poniżej twojej pretensjonalnej Gryfońskiej moralności.
Jego własna cierpliwość ostatecznie sięgnęła końca i wybuchnął:
- Usiłuję uratować twoje życie ty niewdzięczny draniu. Zamknij się i daj mi pomyśleć przez minutę.
Snape wydawał się oniemiały. W końcu spytał:
- Potter, cela jest zabezpieczona przed magią. Co zamierzasz zrobić? Wynieść mnie stąd w kieszeni?
- Właściwie, to jest dokładnie to, co planuje zrobić – odparł, napawając się osłupiałą miną na zwykle opanowanej, zgorzkniałej twarzy.
Harry sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął dowody, które wcześniej tej nocy zmniejszył. Przechodząc przez celę do pustej ściany po prawej stronie drzwi, pochylił się i położył zawiniątko wielkości znaczka na podłodze. Zamykając oczy, przyciągnął całą swoją pokaźną moc.
Zabezpieczenia były silne. Nawet dla niego to nie była prosta sprawa. Czuł pot zbierający się na jego czole i wzrok Snape'a utkwiony w jego twarzy. Lecz wreszcie, gdy pchnął, osłony poddały się. Maleńki obiekt, który umieścił na zimnych szarych płytkach spuchł, dopóki nie urósł do pustych czarnych butów, ubrań i peleryny.
Kolejny moment koncentracji i zmienił pelerynę w szaty Snape'a. Wziął do ręki różdżkę wampira, po czym włożył ją do kieszeni. Będzie tego potrzebował później.
- Bardzo imponujące – miękki głos Snape'a odezwał się za nim. - Czy twoi współpracownicy wiedzą, że potrafisz przechytrzyć ich najlepszą ochronę?
- Czy myślisz, że żyłbym i chodził wolno, gdyby wiedzieli? - odpowiedział Harry.
- Potter… nie proszę cię żebyś to robił. Prosiłem tylko o zachowanie mojej anonimowości – sztywno stwierdził Snape.
- Jeśli nie zrobi ci to różnicy, to wolałbym jednak zachować twoje życie. Chcesz żyć, czyż nie?
Snape spuścił wzrok i pokiwał głową niechętnie. Oprzytomniał na tyle szybko, by spytać:
- Mogę dowiedzieć się co zaplanowałeś, skoro najprawdopodobniej obaj stracimy życie z powodu twojego pomysłu? Czy z tych szat wycieka to, co myślę?
- Mój przełożony był na przerwie na jedzenie, gdy wróciłem do kwatery głównej. Nie miałem okazji złożyć raportu z tego, co stało się z wampirem dziś w nocy, w Uliczce Oka Traszki. Miałem zostawić dowody u Kryminalnych po tym jak zobaczyłem się z… więźniem. Nie ma powodu dla którego zabójca nie mógł umrzeć w tej celi, zamiast na zewnątrz, na ulicy.
- Zamierzasz dla mnie popełnić oszustwo wobec swoich współpracowników? Udawać, że ten wampir jest mną? - spytał Snape.
- Słuchaj, nie podoba mi się ten pomysł, dobrze? Ale to jedyne rozwiązanie, które przychodzi mi do głowy.
- Mógłbyś wyjść stąd w tej chwili. Właściwie, nalegam żebyś właśnie to zrobił. - Snape zszokował go.
- Jednak wciąż chcesz bym ukradł twoją różdżkę? - na skinięcie głową Snape'a, stwierdził, - wiadomość do ciebie. Profesorze, to także jest łamanie prawa.
- To mniejsza zbrodnia.
- Naprawdę sądzisz, że mojemu Szefowi zrobiłoby to różnicę? Jeśli zamierzam złamać zasady, to zrobię to z cholernie dobrego powodu – jak ratowanie twojego żałosnego tyłka – powiedział Harry.
- Nie ma powodu żebyśmy obaj tracili życie.
- Jeśli to wszystko się uda, to nikt nie umrze. Nie zostawię cię tu na śmierć za zbrodnie, których nie popełniłeś. Wstań, żeby zaklęcie zmniejszające trafiło tylko w ciebie, nie w łóżko.
Gdy Snape ani drgnął, Harry zirytował się:
- Chcesz żyć, czy nie?
Snape spojrzał na niego dziwnie i powiedział:
- Chcę tylko abyś wiedział, że mam złe przeczucia co do tego planu.
- Miałeś złe przeczucia w związku z każdą rzeczą, którą robiliśmy w czasie wojny – stwierdził Harry, bardziej zirytowany niż zły.
- I jak często miałem rację? - zakwestionował Snape.
- Nie w tym rzecz – uśmiechnął się, bo częściej niż nie, Snape miał rację i działania Zakonu nie udawały się.
- Nie, niech niebo wzbroni, by ta logika kiedykolwiek znalazła się umyśle Gryfona – odparł. - Podejrzewam, że oboje zginiemy albo zostaniemy uwięzieni za kilka minut. Myślę, że powinienem powiedzieć, że...
- Tak? - pospieszył go Harry, nie dbając o to co Snape powie, byle tylko podniósł swój chudy tyłek z tego łóżka, by mógł go bezpiecznie zmniejszyć.
Brzmiąc jakby zmuszał się do wypowiedzenia słów, Snape stwierdził:
- Doceniam to, co próbujesz dla mnie zrobić. Nie oczekiwałem tego.
- Wiem. Jeżeli nam się nie powiedzie, to był tylko mój pomysł. Więc nie musisz czuć się winny, dobrze? A teraz, czy mógłbyś wstać z tego łóżka?
Snape ociągając się, wstał
Zapomniał jak wysoki był mistrz eliksirów. Nawet teraz, Snape był od niego wyższy o jakieś sześć cali. Musiał mieć jakieś 6,4 albo 6,5 * stóp wysokości.
Harry zamknął oczy i skupił swoją moc na czarodzieju. Gdy otworzył je minutę później, wydawało się, że Snape'a nie ma już w pomieszczeniu. Spojrzał na podłogę, gdzie Snape wielkości myszy patrzył na niego spode łba w oczywistej irytacji.
Tłumiąc uśmiech, uklęknął i położył dłoń płasko na podłodze, naprzeciw byłego nauczyciela. Z twarzą wykrzywioną w niesmaku, Snape stanął na jego ręce. Był lekki jak piórko. Używając drugiej dłoni by upewnić się, że nie upuści malutkiego mężczyzny, ostrożnie przeniósł Snape'a do pustej lewej kieszeni szaty.
- W porządku? - spytał.
Stłumione piśnięcie, który mogło oznaczać potwierdzenie, zabrzmiało w pobliżu jego biodra, jednak odpowiedź była zbyt wysoka, by ją zrozumiał. Sądząc, że dziesięć minut w niewygodzie było lepsze niż kołek w serce jutro rano, Harry spojrzał po raz ostatni na ubrania na podłodze, które usiane były popiołem u góry szaty i przy rękawach.
Tak jak zamierzał, wszystko wyglądało jakby stworzenie umarło tutaj.
Sprawdził, by się upewnić, czy różdżka wampira wciąż spoczywała bezpiecznie w jego kieszeni. Gdy usunął glamour, kryjący jego poplamione krwią szkarłatne szaty Aurora, wyszedł do sali.
Nie było trudno udawać wstrząśniętego, gdy Jim Griffin podbiegł do niego. Jeśli to się nie uda, on i Snape byli skończeni.
- Harry, wszystko w porządku? Mój boże, człowieku, co ci się stało? - pobladły strażnik zapytał, a jego brązowe oczy spojrzały na dół zabrudzonej szaty Harry'ego.
- To coś mnie zaatakowało. Na szczęście wciąż miałem kołek w kieszeni.
- Nie żyje? - Griffin minął go. Drzwi celi otworzyły się dla niego i stanął patrząc przez moment, po czym skomentował:
- Chyba jednak nie będziemy potrzebować jednostki utylizacyjnej. Dobrze się czujesz Harry?
Skinął głową.
- Tak. Idę się umyć, a potem złożę raport szefowi. Dzięki za pomoc Jim.
Harry zapisał sobie w pamięci, że jeśli kiedykolwiek będzie dowodził, to nie pozwoli by Griffin zostawał sam, zwłaszcza w miejscach tak ważnych jak to. Nawet na pierwszym roku pytałby kogoś z czystą twarzą i rękami o to, w jaki sposób przeszył kołkiem wampirze serce.
Następna godzina była rozmazaną plamą pełną raportów i sprawozdań. Szef był bardzo pomocny, tak jak reszta pracowników. Wydawało się, że im ulżyło, że nie będą musieli zajmować się utylizacją wampira.
Co jakiś czas mógł poczuć malutką, ciepłą postać Snape'a, która poruszała się w jego kieszeni, ale poza tym prawie zapomniał, że mężczyzna tam był.
Gdy Harry mógł wreszcie iść do domu, zatrzymał się na moment w pokoju dowodów. Podmienienie różdżki martwego wampira na tą profesora było prawie za łatwe. Martwiąc się, że Ministerstwo Magii jest tak narażone na ataki od wewnątrz, skierował się do miejsca, z którego mógł się aportować i wyruszył do domu.
Będąc w mieszkaniu, szybko aportował się do głównej bramy Hogwartu.
Pomimo tego, że czuł się jakby był na nogach całą noc, to do świtu pozostało jeszcze kilka godzin.
Śnieg wciąż padał; był mocniejszy tutaj, na północy. Sięgał na wysokość stopy ponad ziemię. Zamek wyglądał jak z bajki, okryty lśniącym białym płaszczem. Patrząc na, w większości ciemne okna Hogwartu, jego eleganckie wieżyczki i iglice, Harry poczuł silną nostalgię. Merlinie, jak bardzo tęsknił za tym miejscem. Jedyne szczęśliwe chwile, które znał, spędził tutaj, z Ronem i Hermioną.
Ale te dni dawno przeminęły, tak samo jak oni.
Snape poruszył się w jego kieszeni, przypominając mu, po co tu przybył.
Uważnie wyjął swojego pasażera z kieszeni. Mistrz eliksirów w jego dłoni był jak lalka. Choć pewnie wyglądał bardziej jak mugolska zabawkowa figurka niż jakakolwiek lalka, która Harry widział.
Trzymając ostrożnie Snape'a na dłoni, wyjął czystą chusteczkę i schylił się. Wolną ręką położył białą bawełnianą chustkę na śniegu. Nie chciał kłaść Snape'a i zgubić go w stercie lodowatego puchu. Myślał, że biedny drań miał wystarczająco dużą traumę jak na jedną noc.
Zniżył Snape'a na chusteczkę, jak gdyby był z porcelany. Pomimo jego uwagi, mężczyzna przewrócił się na plecy na nierównej, ruchomej powierzchni. Czuł się dziwnie, widząc małą, wykrzywioną twarz, spoglądającą na niego z takiej nieeleganckiej, bezbronnej pozycji.
Prawie oczekiwał, że Snape zacznie rosnąć zanim wymówi zaklęcie, ale wtedy przypomniał sobie, że miał różdżkę mistrza eliksirów w kieszeni. Wiedząc, że Snape'a nie raduje obecna sytuacja, szybko wymamrotał przeciwzaklęcie.
Nawet po prawie dziewiętnastu latach, praktyczne wykorzystanie magii zdumiewało go. Patrzył jak mała forma rośnie, aż wreszcie musiał wygiąć głowę, by wciąż patrzeć mężczyźnie w oczy. Śnieg skrzypiał pod jego stopami, gdy Snape nabrał wagi i zapadł się w niego.
Znów przyćmiewał go wzrostem.
Gdy czar powiększający przestał działać, stali i gapili się na siebie w mroźnej nocy, a ich oddechy tworzyły obłoczki w lodowatym powietrzu.
Żaden z nich nie wiedział co powiedzieć, ale cisza nie wydawał się niezręczna. Po raz pierwszy odkąd pamiętał, nie było między nimi żadnych uraz.
W końcu Snape stwierdził:
- Niewiele osób zrobiłoby to, co ty zrobiłeś dziś dla mnie Potter.
- Niewielu zrobiłoby to, co ty, gdy szpiegowałeś Voldemorta dla Zakonu – odpowiedział.
- Mimo to, ja… mam u ciebie dług. - te słowa przyszły ciężko dumnemu mężczyźnie.
Wiedząc, jak Snape nienawidził bycia zobowiązanym, przypomniał mu:
- Nie jestem w stanie zliczyć ile razy uratował mnie pan, gdy byłem młodszy. Wciąż jestem dłużny za kilka razy. Nie jesteśmy nawet w pobliżu wyrównania rachunku.
Snape nie powiedział nic, ale pewna twardość zniknęła z jego twarzy.
- Oh, wciąż mam coś twojego – przypomniał sobie Harry i oddał Snape'owi jedenastocalową mahoniową różdżkę, którą ukradł z półki na dowody.
- Dziękuje – Snape uroczyście przytaknął, przyjmując swoja własność.
- W takim razie dobrej nocy, profesorze – powiedział.
Zimno nocy zaczynało zwiększać zarówno jego wyczerpanie jak i ból ran, które otrzymał walcząc z wampirem. Tym drugim wampirem.
Wciąż nie mógł w pełni pojąć jak to możliwe, że Snape był podobny do tego ohydnego stworzenia, które dziś zabił. Ale, jak przypuszczał, było tak jak Albus Dumbledore zawsze twierdził – to wybory ludzi determinowały, kim naprawdę byli. Severus Snape miał tyle samo wspólnego z tym godnym pogardy potworem, co on z Voldemortem, pomimo, że ktoś z zewnątrz mógłby dostrzec podobieństwa pomiędzy nimi.
Snape wydawał się zaskoczony, choć Harry nie rozumiał dlaczego. Zaciekawiony stłumił ziewnięcie i spytał:
- No co?
- Myślałem, że będziesz chciał się zobaczyć z Minervą, żeby potwierdzić to, co ci mówiłem - odparł Snape.
- O 3.32 nad ranem w środku tygodnia? Wiem, że wydaje ci się, że wszyscy Gryfoni uwielbiają niebezpieczeństwo, ale nawet my wiemy kiedy ostrożność jest lepszym wyborem niż męstwo.
Kąciki bladych, cienkich ust Snape'a drgnęły w stłumionym uśmiechu.
- A więc dobrej nocy Potter.
- Profesorze? - zawołał impulsywnie, gdy Snape przeszedł przez wysokie wejście przy którym stali wcześniej.
- Tak?
- Mógłbym przyjść z wizytą w przyszłym tygodniu? Mam kilka pytań.
W przeszłości Snape nie traciłby czasu, zanim powiedziałby mu co dokładnie może sobie zrobić ze swoimi pytaniami, ale dzisiejszej nocy nie pojawiła się drwina ani odmowa. Zamiast tego zabrzmiało niechętne:
- Myślę, że choć tyle jestem ci winien.
- Nie musisz… - Harry zaczął protestować.
- Muszę. Bagatelizujesz to, że mi uwierzyłeś i pomogłeś. Doceniam na jakie ryzyko naraziłeś się dla mnie, tak jak i… zaufanie, którym mnie obdarzyłeś, wyjętego spod prawa potwora, który wrócił prosto do szkoły pełnej niczego nie wiedzących dzieci. Byłbyś głupcem gdybyś się nie przejmował. Dla samego siebie powinienem rozwiać twoje wątpliwości. Czy piątek wieczór to wystarczająco szybki termin, powiedzmy koło 20, po szlabanach?
Myślał, że Snape będzie z nim bardzo walczył o to spotkanie. Zbyt łatwe przyzwolenie i chłodna logika były niepokojące.
- W porządku, mnie pasuje. Dziękuje.
- Myślę, że ja powinienem był to powiedzieć – poprawił go Snape, podnosząc brew wytwornie. - W takim razie do piątku.
- Do widzenia panu.
Gdy Snape odwrócił się i poszedł w kierunku zamku, Harry aportował się do domu.
