Dziękuję za komentarze. ToJa cieszę się, że spodobał ci się mój pomysł. FrejaAleeera1 proszę bardzo, oto początek historii.
Początek historii będzie zawiły, ale z każdym kolejnym rozdziałem będzie się wiele wyjaśniać.
Ostrzeżenie: odrobina wulgaryzmów.
Rozdział niebetowany.
kursywa -myśli
pogrubienie - wężomowa
Rozdział 1 – Komnata Tajemnic
Otworzył oczy by po chwili zamknąć je z oślepiającym bólem. Z ostrożnością otworzył ponownie oczy.
Biel. Wszechogarniająca biel. Czyżby umarł? Nie, za bardzo bolała go głowa nie wspominając reszty ciała. Skoro nie jest w zaświatach, to …
- Już się obudziłeś kochanieńki?
W jego kierunku kroczyła Madam Pomfrey z tacą pełną eliksirów. A więc Skrzydło Szpitalne, wprost cudownie.
Westchnął cierpiętniczo, przełykając eliksiry przygotowane przez pielęgniarkę. Za jakie grzechy muszę łykać to świństwo?! I kto u diabła robi takie ohydne eliksiry?!Eh, Snape. I wszystko jasne.
Po dokładnym zbadaniu opuścił ten przybytek piekielny na ziemi. Szedł zamyślony, opustoszałymi korytarzami, w kierunku wieży Gryffindoru. Dwa dni. Tyle był nieprzytomny i nikt nie wiedział czemu nie chciał się budzić. Nikt poza nim samym. Uśmiechnął się. Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Czas rozpocząć grę.
xXx
Rozmowa z dyrektorem rozwścieczyła go. Pieprzona przepowiednia, poprawka kolejna pieprzona przepowiednia, która rujnuje mi życie. Tom i tak nie może mnie zabić. Syriusz zginął, i to była jedynie jego wina. Oklumencja. Pieprzona oklumencja. Cholerna blokada rdzenia ! Pieprzony staruch! Och zapłaci on, zapłacą wszyscy ! Czuł jak jego i tak ograbiona magia budzi się do życia. Zacisnął dłonie wbijając paznokcie w skórę, zostawiając na niej krwawe półksiężyce.
- Uważaj, bo ktoś może Ciebie zobaczyć, Harry.
Odwrócił się błyskawicznie z różdżką w dłoni celując w …
-Luna. Co ty tu robisz?
Uspokoił się chowając różdżkę do rękawa szaty. Ona nie stanowi zagrożenia.
- Nie powinnaś być na uczcie?
- Mogę Ciebie o to samo spytać.
Uśmiechnęła się na ten swój lunowaty, marzycielski sposób.
- Zabrali moje wszystkie rzeczy. – Podeszła do niego. – Wiesz niektórzy nazywają mnie Pomyluną. – Szepnęła mu na ucho. – Powinieneś odwiedzić Komnatę zanim opuścisz szkołę, Salazarze.
Jego oczy się rozszerzyły i syknął cicho. – Skąd…
- Nie jestem wrogiem, ale niektórzy z twoich przyjaciół tak. Uważaj na ogień. – Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. – Powodzenia. – I odeszła nucąc starą, ale dobrze znaną mu melodię. Patrzył za nią zaintrygowany. Kim ty jesteś, Luno?
xXx
Stanął w zapomnianej łazience przed umywalką. Całe szczęście nie było w pobliżu ani Marty ani żadnych uczniów. Wszyscy są na uczcie, pomyślał, wszyscy oprócz mnie. Dotknął opuszkami palców węża wyrytego na kranie i syknął, Otwórz się. Umywalka odskoczyła ukazując wylot olbrzymiej rury. Podszedł do krawędzi sycząc schody. Te ukazały się od razu. Zszedł kilka stopni w dół i zatrzymał się. Spojrzał w górę. Nie dobrze jeśli ktoś zobaczy otwarte wejście. Zamknął je syknięciem , jednocześnie przywołując kulę światła, która podążała w dół oświetlając mu drogę.
xXx
Znalazł się u wejścia ogromnej, długiej komnaty wypełnionej dziwną zielonkawą poświatą. Na końcu komnaty, na tle ściany znajdował się ogromny posąg. Od czasu gdy ostatni raz odwiedzał to miejsce minęły trzy lata i nic się nie zmieniło. Wróć, zmieniło się. Gdzie do cholery jest ciało Mortis?! Zabił ją, niechcący bo nie wiedział kim jest, ale ją zabił. Ciało bazyliszka nie rozkłada się od tak sobie, powinno leżeć tu w nienaruszonym stanie. Szybkim krokiem przemierzył komnatę zatrzymując się przed posągiem. Opadł na jedno kolano i pochylił głowę w geście hołdu. Zbudował ta komnatę ,jak i stworzył ten posąg jako hołd. Teraz klęczał przed nim, martwym od półtora tysiąca lat, jego opiekunem, jego mistrzem, jego podporą, jego dziadkiem. Był jego jedynym uczniem. Nikogo nie chciał wziąć pod swoje skrzydła. Nawet mnie, aż do tego okropnego wypadku. Potrząsnął głową. Nie czas teraz na wspomnienia. Wstał i ruszył prosto przed siebie. Za posągiem znajdowała się na pierwszy rzut oka tylko ściana. Na ścianie został wyryta rzeźba. Herb. Herb jego rodu. Srebrny miecz skierowany ostrzem w dół z którego kapała krew, opleciony został szmaragdowo zielonym wężem z otwartą paszczą. Położył dłoń na głowicy miecza i syknął. Zielona poświata ogarnęła fragment ściany z herbem . Salazar zamknął oczy, a gdy ponownie je otworzył ściany już nie było. Ruszył pod łukiem podpieranym przez węże w głąb korytarza. Kula światła sunęła przed nim zapalając pochodnie. Zatrzymał się w okrągłej komnacie z licznymi drzwiami. Wybrał drugie od lewej i wszedł do swojego gabinetu połączonego z biblioteką. Podszedł do rzeźby przedstawiającej smoka w koronie zionącego ogniem. Dotknął piątej cegły na prawo od korony i wcisnął ją. Coś w ścianie kliknęło i kilka cegieł zniknęło ukazując schowek, w którym znajdowało się drewniane pudełko i kilka książeczek zapisków. Zabrał wszystko, chowając do kieszeni zapiski. Pudełko postawił na biurku i otworzył ostrożnie. W środku znajdowała się różdżka z czarnego drewna. Uśmiechnął się biorąc ją do ręki. Poczuł ciepło rozchodzące się po jego ciele, nie tak silne jak w przypadku jego drugiej różdżki. W końcu to jego zapasowa różdżka. Druga zapewne jest u Gringotta. Kochana Igerne. Zajrzał do biblioteki i zmarszczył brwi. Brakowało kilku tomów ksiąg o czarnej magii i magii umysłu. Westchnął, kręcąc głową. Tom.
xXx
Gdy znalazł się już w głównej komnacie Komnaty zamarł dostrzegając ruch po prawej stronie.
Odwrócił się gotowy przekląć intruza, kiedy coś olbrzymiego rzuciło się w jego kierunku, zwalając go z nóg. Uderzył głową o kamienną podłogę zamykając na chwilę oczy, gdy je otworzył ujrzał nad sobą parę ociekających jadem kłów. To już wiem gdzie się podziała Mortis.
- Ty cholerny gadzie! – syknął na nią wściekły. – Coś ty sobie myślała!?
Olbrzymia wężyca cofnęła się, przekrzywiając głowę. Kiedy Salazar wstał owinęła się wokół jego ciała i polizała po policzku.
- Tęskniłam, mój mały.
- Tęskniłam?! Tęskniłam?! O mało Ciebie nie zabiłem ! – spojrzał na nią i zmrużył oczy. – Czy to Ciebie bawi moja droga? – Wysyczał cicho.
- Nie. – zaprzeczyła szybko. – Wszystko miałam pod kontrolą.
Uniósł sceptycznie brew i nadal przyglądał się jej nieufnie w końcu i tak wyciągnął do niej rękę.
- Choć, wracasz ze mną.
Wężyca jak na rozkaz dotknęła jego dłoni swoim łbem powoli kurcząc się i owijając wokoło jego nadgarstka. Salazar ruszył w stronę wyjścia z komnaty.
- Zaraz zaczną mnie szukać. Musimy wracać do Wieży.
- Wieży? Nie powinieneś być w Lochach?
- Nie moja miła, jestem gryfonem…
Po chwili usłyszał rozbawiony syk.
- Mam nadzieje, że Godryk przewraca się w grobie.
