[KiKuro]

Dla Shiyagi.

Woda w czajniku zabulgotała, a czerwona lampka zgasła z cichym pyknięciem. Nucąc pod nosem, Kise wyjął z szafki dwa kubki ustawiając je na blacie kredensu. Wsypał herbatę do każdego naczynia i zalał wszystko gorącą wodą, wciągając przyjemny aromat. Kise lubił zapach herbaty, niemal tak samo jak zapach dobrej kawy. Ale kawa zawsze pachniała tak samo, a herbaty były tak różnorodnie! Odgarnął wilgotne jeszcze po kąpieli włosy, szukając drugiej łyżeczki.

Co prawda trening z drużyną Seirin skończył się jakiś czas temu, ale Kise nadal odczuwał przyjemne zmęczenie. Pomysł wspólnego wyjazdu drużyn Pokolenia Cudów był naprawdę rewelacyjny! A na zmęczenie nie było nic lepszego, jak gorąca herbata wypita z przyjacielem, prawda? W końcu specjalnie na taką okazję Kise kupił zieloną herbatę z opuncją, którą tak lubił Kurokocchi.

No tak, Kurokocchi… Na samą myśl o swojej skrytej, tajnej miłości Kise wyszczerzył się jak głupi do sera. Nie żeby jego tajna, skryta miłość miała o czymkolwiek pojęcie, jednak to nie przeszkadzało Kise darzyć go uczuciem daleko wychodzącym poza uczucia czysto koleżeńskie, a nawet przyjacielskie. A już z braterskimi nie miały nic wspólnego. Kise… Kise po prostu lubił Kurokocchiego bardziej niż powinien. A każda chwila, którą mógł z nim spędzić nie mogła być zmarnowana! Co to to nie.

Uśmiechając się sam do siebie wziął z blatu dwa parujące kubki i obrócił się do wyjścia.

- Witam.

Kise wrzasnął tak, że w życiu, nawet gdyby grozili mu łamaniem kołem, nie przyznałby się, że tak piskliwy i babski głos jest w stanie opuścić jego gardło. A gdyby tego było mało, kubki, które trzymał, wyślizgnęły mu się i z trzaskiem rozbiły o podłogę.

- Kurokocchi… - wydyszał, łapiąc się za galopujące serce. Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczai, jak mamę kochał.

- Przepraszam, wystraszyłem cię. – Zwykle spokojne nieczytelne oczy Kuroko wyglądały na lekko stropione szkodami, jakie poczyniło jego pojawienie się. – Posprzątam…

- Nie! Nie, nie! Ja posprzątam! Hahaha! Gapa ze mnie, ale tak mnie wystraszyłeś, nie spodziewałem się ciebie! – paplał Kise zbierając potłuczoną porcelanę. - Robiłem herbatę i tak właśnie… AŁA! - wrzasnął po raz drugi, tym razem jednak mniej babsko niż poprzednio. Za to zbladł jak ściana i usiadł ciężko na czterech literach.

- O rany… krwawię – wymamrotał słabo, patrząc jak ciemno czerwona krew płynie po jego palcach. Jeżeli istniała jakaś rzecz, z którą nie radził sobie człowiek, który potrafił niemal wszystko, to było to właśnie to.

- Nie wygląda groźnie – stwierdził spokojnie Kuroko, przyglądając się ranie.

- Krwawię… – wysapał, czując, jak robi mu się gorąco i zimno na zmianę.

- Trzeba to przemyć i zakleić, Kise-kun.

- Krwawię… O mamo, krwawię, ja krwawię, Kurokocchi, ja krwawię! – Wyciągnął w panice palec w stronę kolegi, czując, że zaraz albo zwymiotuje, albo zemdleje.

- Kise-kun…

- O rany, o rany, leci mi krew, tyle krwi! Umrę, dostane zakażenia, będą mi musieli OBCIĄĆ rękę! – jazgotał w panice.

Kuroko westchnął zniecierpliwiony.

- Kise-kun, trzeba to przemyć.

- Ja nie chcę stracić ręki! – zawył, lecz umilkł gwałtownie, gdy nieduża, ale niezwykle silna jak na swoje rozmiary dłoń złapała go za nadgarstek zranionej ręki.

- Nic ci nie będzie, Kise-kun, trzeba to tylko przemyć – powiedział opanowanym głosem Kuroko, bez cienia współczucia dla przedśmiertnej agonii Ryouty.

Kise dźwignął się na nogi, gdy Tetsuya pociągnął go w górę i podreptał posłusznie do zlewu, gdzie Kuroko stanowczo włożył jego rękę i odkręcił kran. Woda szybko zmyła tę tonę krwi, która wyciekała z Kise, co sprawiło, że jego żołądek nieco się uspokoił. Ale to nie miało teraz zbyt wielkiego znaczenia, bowiem Kise zagapił się na Kuroko jak sroka w gnat. Kise zawsze podziwiał go za jego pełne spokoju opanowanie. Sam był niezwykle otwartą osobą, kierującą się emocjami, więc może dlatego Kurokocchi wydawał mu się taki… fascynujący? Im dłużej wpatrywał się w oblicze kolegi, tym bardziej czuł się jak szczeniaczek, który widzi swojego ukochanego pana. Z trudem hamował potrzebę dreptania w miejscu i dziękował bogom, że nie posiada ogona, który jak nic bezlitośnie by go zdradził.

Och rany, chyba zaraz nie wytrzyma…

Tetsuya wyjął jego rękę spod bieżącej wody przyglądając się zranieniu.

- Obejdzie się bez szwów, trzeba to tylko zakleić – mruknął Kuroko.

- Uhm… - To, co mówił Kurokocchi i stan jego własnej ręki jakoś nie specjalnie przykuwało aktualnie uwagę Ryouty. Za to przyglądanie się Tetsuyi było w tym momencie jedynym życiowym celem Kise. Dotyk drobnych, ale stanowczych dłoń, delikatnych, gdy wolno owijał jego palec papierowym ręcznikiem…

Nie wytrzyma, no po prostu nie wytrzyma!

- Przytrzymaj tutaj, a ja poszukam apteczki – polecił Kuroko. Kise zrobił, jak kazał przytrzymując przy okazji jedną z dłoni, która posyłała dreszcze po jego kręgosłupie.

- Kise-kun… - Jasnoniebieskie oczy spojrzały w oczy Kise i chłopak po prostu nie wytrzymał. Pochylił się gwałtownie i przytknął usta do ust kolegi. Kuroko ani go nie odepchnął, ani nie zrobił nic innego. To sam Kise, jakby obudził się z letargu, gdy tylko dotknął warg Tetsuyi, odskoczył jak oparzony, zatykając sobie usta dłonią i patrząc ze zgrozą na przyjaciela. Ale czy Kuroko był jeszcze jego przyjacielem po tym karygodnym czynie jakiego się dopuścił?

Wymamrotał w swoją dłoń przeprosiny i po prostu… dał nogę. Uciekł niemal kopiąc się po tyłku przerażony tym co zrobił. Jak mógł! Jak mógł to zrobić! Tak… tak… tak w stylu Aominecchiego! Tak brzydko, brutalnie, bez pozwolenia!

Kise gwałtownie otworzył drzwi i wparował do pokoju.

- Senpaaaaaaaiiiii! – zawył rozpaczliwie.

- Mógłbyś się tak nie drzeć? – spytał Kasamatsu, który siedział po turecku na swoim futonie i wycierał włosy ręcznikiem. – I co ci się stało w rękę?

Kise dopiero teraz spojrzał na rękę, którą trzymał przed sobą, a która była owinięta czerwonym już od krwi ręcznikiem papierowym.

- Ja… ja krwawię… - wyjaśnił, czując, że robi mu się słabo.

- Coś ty znowu zrobił, gamoniu? – westchnął ciężko Kasamatsu.

- Ja… Kurokocchi… krwawię… ja go…

On. Go. Pocałował. POCAŁOWAŁ! KUROKOCCHIEGO!

- Ja… ja go… - wyjąkał, nie mogąc oderwać wzroku od czerwonego prowizorycznego opatrunku i po prostu zemdlał jak najprawdziwsza dama z harlekinów, dla której najlepszą ucieczką od problemów to malownicze omdlenie.