Dzień dobry, dzień dobry! (albo raczej dobry wieczór)

Yalishan, dziękuję za poświęcenie mi swojego czasu. Oryginalność – mam nadzieję – nie będzie problemem. Przyznam się, że od wielu miesięcy nie czytałam żadnego fan fiction po polsku, więc nie jestem pewna, co jest teraz „na topie", a więc nieoryginalne. W każdym bądź razie, dziękuję za miłe słowa i postaram się nie zawieść!

Spark, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem ;) *puff* Widzisz? Wyczarowałam ci nowy rozdział!

TummyRobin, błagam, BŁAGAM, narysuj coś do moich wypocin! Sama jestem artystyczną duszą („no shit, Sherlock…") i nawet mój avatar namalowałam sama, więc wręcz umieram z niecierpliwości, żeby zobaczyć kogoś tworzącego dla mnie :3 Tobie również dziękuję za miłe słowa, bardzo mi pomogły. I tak, nadal twierdzę, że nie umiem pisać prozy.

Anuii, chciałaś więcej? Masz więcej! A co do Toma przeciągającego Harry'ego na mroczną stronę… Cóż, ja bym się tam kłóciła, że będzie na odwrót – ale co ja tam wiem… ;)

AoiSadako, już nie musisz!

Izzy, dziękuję bardzo. :)

Itami Namida, trafiłaś w dziesiątkę. Co do Sama, to jeszcze zobaczymy – nie mam konkretnych planów dla niego. Jeśli bardzo chcesz go jeszcze zobaczyć, mogę coś dla niego wymyślić.

PS. Dziękuję, FrejaAleeera1, za pomoc. Poprawione. Co do Severusa: tak jest, pani generał! Zrobię co w mojej mocy, żeby się poprawić! ;) A Harry czy chce, czy nie chce, i tak zostanie Marysią Zuzią. Co do jego okropieństwa - ostrzegam, że będzie coraz gorzej. W późniejszych rozdziałach pojawią się kawałki, które można by było oznaczyć jako M (mature) czy też nawet E (explicit), a nie standardowe w reszcie historii T (teen). Więęęęc... Ostrzegam już teraz. Dlatego też na wstępie zaznaczyłam, że Harry będzie potworem - bo będzie, i to najgorszym, jakiego mogę napisać.

Dziękuję również wszystkim, którzy śledzą dalszy postęp mojej historii i/lub dodali ją do ulubionych, jak również cichym czytelnikom. Sprawiacie, że jest mi ciepło nawet w zimne, deszczowe dni.

UWAGA! Odrobinka krwi, picia krwi i tortur w rozdziale - nic graficznego, ale i tak ostrzegam.


Rozdział I


23 lipca 1991

Harry leżał na łóżku, czytając książkę – „Księcia" Nicollo Machiavelli'ego. Odgłosy zza okna nie przeszkadzały mu zbytnio, choć były źródłem niewielkiej irytacji. Głównie dlatego, że podczas gdy inne dzieci bezmózgo bawiły się na zewnątrz, on spędzał czas w swoim pokoju, robiąc coś pożytecznego.

Jak zawsze podczas myślenia o tych obrzydliwych larwach, z którymi musiał przebywać, poczuł przypływ nienawiści, zarazem jego własnej, jak i jego kompana. Zaciskając ręce na okładce książki, zmrużył oczy, intensywnością wzroku niemal wypalając dziury w stronie, którą właśnie czytał. Żałosne zwierzęta, słyszał szept na granicy świadomości. Bezużyteczne, kompromitujące rasssę małe potwory. Mugole… Wszyssscy dobrzy tylko jako gnijące trupy.

Harry zdawał sobie sprawę, że nie był tym samym bytem, którym się urodził – jeśli miałby zgadywać, określił by się mianem ludzkiej chimery.

I dlatego też słyszał głosy. Od tego pamiętnego dnia sprzed pięciu lat nie był w stanie pozbyć się z głowy swojego pasażera na gapę. Harry już od pierwszej sekundy ich dziwacznej koegzystencji zdawał sobie sprawę, że jego dziwny gość miesza mu w głowie – i to mocno. Nie zdawał sobie jednak wtedy sprawy, że z czasem jego sytuacja drastycznie się zmieni.

Marvolo, jak sam się przedstawił, miał w sobie tyle mroku, że umysł zaledwie sześcioletniego wówczas chłopca nie był w stanie oprzeć się procesowi scalenia – który na dobrą sprawę sam rozpoczął, aby zapobiec trwałemu uszkodzeniu, a nawet śmierci; szukając większej mocy, wystarczająco dużej, żeby przeżyć, a której sam Harry nie posiadał w jego wieku.

Młodego Pottera nie nazywano geniuszem bezpodstawnie. Jego umysł był szybki i ostry – również, choć nie wyłącznie, przez wpływ Marvola – więc szybko wyciągnął on wnioski. Przez te wszystkie lata obserwował on interakcje ze swoim kompanem, jak również własne zachowanie i sposób myślenia. Różnice między pierwszym kontaktem a teraźniejszością były kolosalne. Przez te lata Marvolo z autonomicznej części jego świadomości przeszedł w jej spójną część, wtopił się w nią wraz z całą swoją mocą… I wszystkimi niemal wspomnieniami, włącznie z całą jego karierą jako władcy ciemności. Jedyne, co pozostało jako osobna część Czarnego Pana, to sporadyczne szepty na granicy świadomości, pełne nienawiści i obrzydzenia, a i te z dnia na dzień przybierały głos coraz to mniej podobny do Voldemorta, a bliższy dziwnej fuzji ich obu.

Część duszy jednego z najstraszliwszych tyranów świata powoli, przez lata sączyła swoją osobowość i umiejętności do jego umysłu jak truciznę… A jego nie mogło by to obchodzić mniej. Po latach współistnienia, udało mu się wypracować pewien system radzenia sobie z tym dodatkowym bagażem doświadczeń, pozostawania Harrym Potterem i Voldemortem w tym samym czasie. Transfer wspomnień Czarnego Pana tylko go wzmocnił, pozwalając na wcześniejszy start w świecie magii niż byłoby to możliwe wcześniej.

Harry zatrzasnął książkę – i tak mógłby wyrecytować ją we śnie, jako że była jedyną lekturą na poziomie w całym sierocińcu – i wstał, odkładając ją na stolik nocny. Przeciągając się, pozwolił swoim oczom przeskanować pokój, nie szukając niczego w szczególności.

Biorąc pod uwagę stan finansowy sierocińca, pomieszczenie było niezwykle luksusowe. Podczas gdy każdy spodziewałby się wąskiego, nieprzyjemnego łóżka i przetartych tkanin, przy oknie stało zadziwiająco wygodnie wyglądające, szerokie łóżko jednoosobowe ze świeżą pościelą. Samo okno, tak samo jak reszta pokoju, było czyste do połysku. Szafa stojąca po drugiej jego stronie była wypełniona ubraniami z wysokiej jakości materiałów. Harry mimowolnie poczuł odrobinę wdzięczności za magiczne rezerwy horkruksu, które przeszły pod jego panowanie, bo to właśnie one pozwoliły mu osiągnąć to wszystko.

Uczucie wdzięczności, choć wcale nie nieuzasadnione, wywoływało w nim niemało irytacji. Harry od kiedy pamiętał nie był w stanie czuć niczego oprócz apatii, znudzenia, satysfakcji (zazwyczaj w wyniku zrobienia czegoś, co zdecydowanie nie powinno cieszyć, jak na przykład wypatroszenie kilku nastolatków, którzy zrobili mu krzywdę) i generalnie raczej mało przyjemnych wariacji złości i niechęci. Podejrzewał, że psychologowie określili by go jako psychopatę, niezdolnego do pozytywnych emocji i manipulującego wszystkimi dookoła. Prawdopodobnie mieliby rację.

Ignorując swoje uczucia, w czym zaczynał być niepokojąco dobry, Harry podszedł do okna, przyglądając się intensywnie bramie wejściowej kościoła.

Jako że wiedział już o magii, wiedział też o Hogwarcie, w związku z czym miał wiele planów do zrealizowania. Jednym z nich było gorące przywitanie wizytującego go nauczyciela. Następnym… Zabezpieczenie się przed śmiercią.

Mroczny uśmiech rozkwitł na jego ustach.


Stwierdzenie, że Severus był niezadowolony, byłoby okropnym niedopowiedzeniem.

Snape nie spodziewał się, że dojdzie do takiego zaniedbania – i to ze strony samego dyrektora. On sam mógł nie lubić ojca dzieciaka, czy też nawet samego Harry'ego, ale nie zmieniało to faktu, że był on też synem Lily. Podczas gdy on spędzał lata za magicznymi barierami Hogwartu dając się ugłaskiwać pewnemu staremu kozłowi, chłopiec Lily – jego kochanej, dobrej Lily, która z pewnością przewracała się w grobie przez cały ten czas – mieszkał w rozpadającym się przykościelnym sierocińcu, w którym z pewnością nie zaakceptowano jego magii. I to w najlepszym przypadku. W najgorszym…

Wystarczy powiedzieć, że Severus nie był dumny ani ze swojego osądu, ani z osądu Dumbledore'a, a nawet czuł odrobinę poczucia winy.

Otrząsając się z rozmyślań, zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi sierocińca, omijając dzieci biegające w zaniedbanym ogródku. Zapukał kilka razy.

– W czym mogę pomóc?

Otworzyła mu siostra zakonna. Jej głos był nieco ochrypły, zdławiony, a w oczach, które wydawały się niezdolne do skupienia na jednym punkcie przez dłużej niż sekundę, czaiły się zalążki szaleństwa.

Severus natychmiast zesztywniał. Nie spędził w tym przeklętym miejscu nawet dwóch minut, a już coś było bardzo, bardzo nie tak. Przeklęty Potter, pomyślał zjadliwie. Jeszcze nawet go nie znam, a już są przez niego problemy. Nieważne jak bardzo niesprawiedliwe było oskarżanie jedenastoletniego chłopca o coś tak niedorzecznego – sam fakt, że był z rodu Potterów sprawiał, że z pewnością przyciągał kłopoty jak magnes.

– Jestem tu, żeby zobaczyć się z Harrym Potterem. – Niewielkie wzdrygnięcie kobiety i jej nagła bladość nie uszły jego uwadze.

– Jest naszym podwładnym. Jest pan z rodziny? Może przyszedł pan go zabrać? – zapytała, słabo ukrywając nadzieję.

– Nie jestem z rodziny… – „ …a gdybym był, wolałbym się zabić, niż być spokrewniony z jego bezmózgim ojcem" zostało z trudem przemilczane – …ale prawdopodobnie będę go w najbliższym czasie usuwać spod pani opieki, przynajmniej na większą część roku. Może przejdziemy do bardziej prywatnego miejsca, żeby omówić detale?

Wydawało się, że kobieta w końcu się opanowała. Skinęła krótko głową i szybko ruszyła w głąb budynku, raz po raz oglądając się przez ramię jakby bała się, że Severus jej ucieknie. W końcu znaleźli się przed drzwiami, prawdopodobnie do jej gabinetu, które otworzyła lekko trzęsącymi się rękoma. Gdyby nie fakt, że był on czarodziejem i wystarczyło kilka słów, żeby zakonnica była nieprzytomna, Snape obawiałby się o swoje życie, kiedy usłyszał dźwięk zamka przekręcanego w drzwiach.

– Proszę usiąść. – Kobieta obserwowała go jak sokół, cała uprzednia słabość zastąpiona determinacją.

– Dziękuję.

– Mówił pan, że Harry będzie usunięty z sierocińca…? – zagaiła niecierpliwie zakonnica.

– Owszem, ale tylko na dziesięć miesięcy w roku. – Severus nie widział sensu w krążeniu wokół tematu. – Mam na imię Severus Snape, jestem profesorem szkoły z internatem dla wybitnie uzdolnionych. Harry Potter został zapisany do niej przez jego rodziców jeszcze zanim się urodził, więc nie ma zbyt dużego wyboru w tej sprawie. Przyszedłem tu dzisiaj, aby osobiście poinformować go o tym i zabrać go na zakupy szkolne, pokryte oczywiście przez jego konto powiernicze.

Kobieta wydawała się gotowa zemdleć z ulgi. Snape miał jednak do niej jeszcze wiele pytań i zamierzał uzyskać odpowiedzi, niezależnie jakich środków będzie zmuszony użyć.

– Muszę jednak przyznać… Nie umknęło mojej uwadze, że zdaje się pani raczej wrogo nastawiona do mojego przyszłego ucznia. Czy coś jest z nim nie tak? Może dręczy inne dzieci? – Nie zdziwiło by go, gdyby młody Potter poszedł w ślady swojego ojca, nawet o tym nie wiedząc.

Nastała chwila ciszy, w której zakonnica wydawała się zastanawiać nad skłamaniem. W końcu jednak wahanie zastąpiła rezygnacja i jej ramiona opadły, tworząc raczej żałosny obraz.

– Nic, co powiem, nie zmieni faktu, że Potter pójdzie do tej szkoły? – Severus skinął krótko głową, zbyt spięty, żeby zdobyć się na coś więcej.

Przez moment miał wrażenie, że czuje w powietrzu czarną magię – jej słodki, kuszący zapach przeciążył jego zmysły – ale w mgnieniu oka uczucie zniknęło, pozostawiając po sobie zimny horror. „Co, do diabła, się tu dzieje?!" – pomyślał, odruchowo masując lewe przedramię. Gdy tylko zdał sobie z tego sprawę, zabrał rękę, jakby się oparzył.

– Harry… – zaczęła kobieta, zbyt zatracona we własnych demonach, by zauważyć dyskomfort swojego gościa – Nie wydaje mi się, żeby był człowiekiem. Pierwszą wskazówką jest jego wygląd – żaden człowiek nie może być tak grzesznie piękny, nie w jego wieku. A jego oczy… – Potężny dreszcz przeszedł przez jej ciało; objęła się ramionami, jakby chciała dodać sobie otuchy. – Jego oczy to dzieło szatana, on cały jest. Ten mały demon jest już przecież mordercą, na Boga, to oczywiste, że jest stworzeniem zła!

– Mordercą? – Wyszeptał Severus, zamrożony. Nie tego się spodziewał.

– Tak – wysyczała zakonnica z ogniem w oczach. – Zabił trójkę starszych dzieci – wypatroszył je, nawet. A później jedna z zakonnic, które zajmowały się dziećmi, zaginęła. I nikt go nigdy nie podejrzewał, tylko ja. Widziałam, jak się śmiał po ich śmierci, jak jego oczy zapłonęły szkarłatem…

Severus nie był w stanie słuchać dalej. Wstał, przewracając krzesło, i po rzuceniu szybkiej, bezróżdżkowej drętwoty w stronę wciąż mówiącej kobiety, rzucił się w stronę drzwi, otwierając zamek…

Tylko żeby odkryć, że nie jest w stanie otworzyć drzwi nawet bez niego.

Cholera!", zaklął w myślach, w panice wyciągając różdżkę i rzucając coraz to silniejsze zaklęcia otwierające. „Muszę ostrzec Albusa!"

– Wybierasz się dokądś, Severusie? – usłyszał uwodzicielski pomruk za sobą.

Snape zamarł w połowie następnego zaklęcia, a jego różdżka wypadła mu z ręki. „Po co martwemu różdżka?", podsunął mu mało pomocnie mózg. Severus odwrócił się powoli.

W samym kącie gabinetu, między ścianą a szafką na dokumenty, świeciły nieziemskim światłem zielone oczy. Po kilku sekundach bez najmniejszego ruchu cienie zaczęły spływać jak woda z sylwetki chłopca, odsłaniając go kompletnie i zapierając dech w piersiach Severusowi.

Zakonnica miała rację. Podczas gdy on myślał zawsze, że Harry będzie dokładną kopią Jamesa, nie mógł by być dalej od prawdy. Problem tylko w tym, że w chłopcu nie było też Lily. Nie, nawet jego oczy nie były takie same – wydawały się być dziksze, starsze, o wiele bardziej przerażające, niż to możliwe. Absolutna symetria twarzy, chociaż elegancka w szlachecki, do zdobycia jedynie przez generacje dobrego doboru partnerów sposób, miała w sobie nutę orientalnego uroku i niebezpieczeństwa.

Severus, opadając na kolana, mógł tylko mieć nadzieję, że świat spłonie tak szybko i bezboleśnie jak to możliwe, bo jeśli Czarny Pan zamierzał wziąć udział w politycznej maskaradzie jako Chłopiec, Który Przeżył, to nie podlegało wątpliwości, że wszyscy są już skończeni.

– Mój panie.

– Ach, Severusie, nieładnie jest kłamać.

Snape dawno nie czuł Cruciatusa swojego pana. Dobra wiadomość była taka, że udało mu się powstrzymać przed rzucaniem się w agonii i wrzeszczeniem wniebogłosy – zła: Voldemort uznał za stosowne utrzymanie klątwy o kilka minut dłużej niż zazwyczaj.

Gdy w końcu klątwa została zdjęta, Potter przeszedł wolnym, wdzięcznym krokiem za biurko, gdzie usiadł, nie dbając o zakonnicę, którą strącił z krzesła. Severus śledził go wzrokiem przez cały ten czas, oddychając ciężko i starając się ignorować ból i przechodzące go dreszcze.

Magia Czarnego Pana nadal była tak samo odurzająca jak zawsze – a nawet bardziej.

– Wiem, że mnie zdradziłeś, Snape. Twoje bariery oklumencyjne nie są dla mnie przeszkodą. – Severus odruchowo wzmocnił mury wokół swojego umysłu, czując się kompletnie upokorzony – w końcu w niektórych kręgach słynął z siły swoich mentalnych fortyfikacji bardziej niż ze swojego talentu w eliksirach. Oczy Pottera zapłonęły jednak na chwilę szkarłatem, przypominając mu niepotrzebnie, z kim ma do czynienia, i zmniejszając znacznie jego wstyd. – Jednak w związku z twoim niebywałym talentem, postanowiłem być miłosiernym panem. Myślę, że najwyższy czas, żebyś złożył mi Przysięgę Krwi, Severusie. Jeżeli cenisz swoją głowę tam, gdzie się obecnie znajduje, radzę, żebyś nie zastanawiał się zbyt długo.

Duma i instynkt samozachowawczy Snape'a były w stanie wojny. Severus bardzo cenił swoją głowę, tak samo jak resztę ciała, dokładnie tam, gdzie była, i nie chciał jej stracić. Logicznym więc wyjściem było danie Czarnemu Panu czego chciał, prawda? Z drugiej strony, Przysięga Krwi czyniła go prawdziwym sługą Voldemorta, przez krew i magię, oznaczając, że byłaby to zdrada Jasnej Strony.

Jednak najgorsze było to, ze Severus był już związany przysięgą lojalności z Harrym Potterem – nawet, jeśli było to tylko jego ciało – i nie mógł mu odmówić.

…Czuł, że jest na krawędzi zawarcia paktu z diabłem.

– Oczywiście, mój panie. Czego sobie życzysz w jej ramach?

– Absolutnej lojalności i posłuszeństwa.

Spodziewając się podobnej odpowiedzi, Snape skinął tylko głową i przystąpił do wykonywania rozkazu. Nadal klęcząc na twardej, drewnianej podłodze, sięgnął po leżącą nieopodal różdżkę, natychmiast przywołując ze swojego ołtarza w Hogwarcie srebrny puchar i nóż ofiarny. Ponownie rzucając różdżkę, chwycił za ostrzę i zaczął, robiąc spore nacięcie na dłoni:

– Ja, Severus Tobiasz Snape, ślubuję swoją niepodzielną lojalność i posłuszeństwo… – Severus zawahał się, nie będąc pewnym, jakiego tytułu użyć. Szybko rzucił okiem na Czarnego Pana, dając do zrozumienia, że będzie niezbędna jego pomoc.

– Ślubuj Harry'emu Potterowi, Severusie. Nie zamierzam opuszczać tego ciała. – Wzrok Voldemorta nie opuścił go ani na chwilę, zdając się czerpać przyjemność z widoku krwi nadal leniwie płynącej z rany.

– …Harry'emu Potterowi, od dziś aż po dzień, gdy ziemia mnie pochłonie – skończył szybko Snape, wbrew sobie drżąc z przyjemności, gdy magia Pottera i jego połączyły się, tworząc nierozerwalną więź. Krew w pucharze zmieniła kolor na toksyczną zieleń, łudząco podobną do niesławnego zaklęcia niewybaczalnego.

– Niechaj tak będzie. Przyjmuję twoje śluby, Severusie Snape.

Czarny Pan machnął od niechcenia ręką, przywołując do siebie puchar. Po szybkim rzuceniu okiem na płyn, bez ceregieli przechylił czarę i wypił jej zawartość. Krzywiąc się lekko, odstawił naczynie. Jego wzrok znów znalazł oczy Snape'a, który nie był w stanie przerwać kontaktu. Bynajmniej nie z braku chęci.

– Żądam absolutnej dyskrecji na temat mojego powrotu i wszystkiego, co się dzisiaj wydarzyło, jak również tego, co się wydarzy później. Nie możesz rozmawiać o tym z nikim – nie z Dumbledorem, nie z Malfoyami, zabraniam ci nawet wkładania tych wspomnień do Myślodsiewni, zabraniam ci pisać o nich w dzienniku, jeśli taki posiadasz. Moja prawdziwa tożsamość ma pozostać sekretem, czy to jasne? Nie docenię żadnego narażania go na odkrycie i radzę, jeśli będziesz o tym pamiętał – Czarny Pan rozkazał, pochylając się nieco do przodu ze zmrużonymi niebezpiecznie oczami. Pomimo pozornej różnicy wieku, akcja ta wywarła w Severusie pożądany dreszcz strachu.

– Oczywiście, mój panie.

– Dzisiaj będziesz mi towarzyszyć na ulicę Pokątną. Podczas gdy ja zajmę się Olivanderem i szkolnymi zakupami, ty pójdziesz na Nokturn i znajdziesz wampira imieniem Vox… – Tutaj Voldemort sięgnął do kieszeni i wyciągnął czarną kopertę, zamiast wosku zapieczętowana, jak się wydawało, krwią utrzymywaną w pożądanym kształcie przez zaklęcie, następnie wstał i podszedł do drzwi, po drodze wręczając Severusowi list. – …i przekażesz mu to. Nie przerasssta cię ta misja, mam nadzieję? – zaszydził Czarny Pan, przeciągając „s" w zdecydowanie nieodpowiedni dla jedenastolatka sposób.

– Nie, mój panie. Dostarczę twoją korespondencję najszybciej, jak to możliwe. – Snape mógł się jedynie modlić, żeby drętwość jego dolnej części ciała uchroniła go przed niechybnymi konsekwencjami tego uwodzicielskiego głosu.

– Wspaniale. Teraz chodź, mam wiele rzeczy do zrobienia i bardzo mało czasu. – Głos Czarnego Pana, choć beznamiętny, był rozmyślnym, niskim pomrukiem. Wstając, Severus przeklinał po stokroć reakcje swojego ciała, pewien, że jego pan doskonale wiedział, co robi.