I rozdział

- Ronaldzie, proszę, bądź rozsądny.

Kobieta odstawiła szklankę na stół, uczyniła to z takim rozmachem, że wylała z naczynia część płynu. Rozejrzała się po swojej jasnej, przestronnej kuchni. Hermiona nie dopuściłaby do tego by coś w jej mieszkaniu było brudne i zaniedbane. Machnęła różdżką usuwając ze stołu plamę po herbacie. Mimo, że od ślubu jej i Rona minęło kilka lat to nadal było „jej mieszkanie". Jedynym, niepasującym do wystroju kuchni elementem była ruda czupryna Ronalda, która nijak nie zgrywała się z pastelowo błękitnym odcieniem kafelków.

- Ron… - zaczęła ponownie, gdy tylko opanowała ściekającą z blatu wodę.

- Hermiono – żachnął się mężczyzna, podnosząc się powoli z krzesła. – Dobrze wiesz, że nareszcie stać nas na to żeby utrzymać dziecko. Teraz, kiedy podpisałem umowę mogę, jako auror, otrzymać więcej zleceń. I mógłbym popracować też na boku, jeśli sytuacja by tego wymagała. Gdybyś tylko się zgodziła moglibyśmy sprzedać to mieszkanie i kupić coś większego. Albo zbudować domek niedaleko Nory, mama ucieszyłaby się, gdyby mogła pomóc nam przy dzieciach. Wiesz, że teraz jedyną radością są dla niej wnuki, za rzadko tam bywamy.

Kobieta nadal siedziała przy stole, przesuwała palcami po krawędzi szklanki. Odczekała spokojnie, aż jej mąż skończy mówić i popatrzyła mu prosto w oczy. To nie była ich pierwsza rozmowa na ten temat i powoli zaczynał ją irytować upór Ronalda. Zdawała sobie, oczywiście, sprawę z jego pragnienia zostania ojcem, lecz jej cele były troszkę inne. Przynajmniej na ten moment ich wspólnego życia. Teraz zaczęło jej się wydawać, że może nie do końca omówili je przed zawarciem małżeństwa. Całkiem prawdopodobna stała się też kwestia tego, że nigdy nie poinformowała męża o braku instynktu małżeńskiego, który kłócił się z weasleyowską tradycją wielodzietności. Prawdopodobnie nigdy nie padło między nimi pytanie: gdzie i co będziesz robić za dziesięć lat? Podejrzewała jednak, że na tym etapie, ich odpowiedzi mogłyby diametralnie różnić się od siebie.

- Daj spokój – przerwała mu, zniecierpliwiona. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że dopiero niedawno zaczęłam pracę i to czy ją zatrzymam zależy od mojej dyspozycyjności i i tego czy będę mogła spędzać w biurze szesnaście godzin na dobę. Gdzie w tym czasie mam umieścić ciążę, a potem opiekę nad dzieckiem? Między Ministerstwem, gotowaniem, sprzątaniem i słuchaniem o tym, jakie wspaniałe jest uganianie się za pozostałymi śmierciożercami, na sen pozostaje mi jakieś pięć godzin dziennie. Nie oczekuję od ciebie, że bardziej zaangażujesz się w życie domowe, wiem jakie obowiązki na tobie spoczywają, dlatego uważam, że decyzja o dziecku jest dla nas zdecydowanie przedwczesna.

- Ale Hermiono, moi rodzice w naszym wieku…

I wtedy wybuchła wojna. Postronni obserwatorzy mogliby twierdzić, ze nie dorównywała ona potyczkom czarodziejów w '98 lecz Ronald Weasley odebrał to troszkę inaczej, był pewien, że przez długi czas będzie odczuwał konsekwencje tego starcia. Dla Rona matka była wzorem kobiety idealnej, takiej, którą każda żona, żona przy zdrowych zmysłach, powinna naśladować lub przynajmniej wyrażać chęć pozostania w przyszłości kopią Molly Weasley. Jego siostra, Ginny, była akurat w ciąży. Nie dość, że nie zgłaszała niezadowolenia, to bardzo chwaliła sobie swój stan i nie wykluczała w przyszłości posiadania większej ilości potomków. Ostatecznie Ginny rodziła dzieci rok po roku, aż do trzeciego (nad czym bardzo ubolewała), kiedy to zdrowie odmówiło jej posłuszeństwa. W związku z powyższym, Ron, uważał postawę małżonki za ,co najmniej, nieodpowiednią, a czasami wręcz godną pogardy.

Ron zatrzymał się na środku kuchni, do tej pory spacerował niespokojnie i bawił się swoją różdżką. Mimo tego, że wyrósł już z wieku nastoletniego, jego ramiona i nogi nadal były trochę za długie, ktoś ze zbyt bujną wyobraźnią mógłby porównać go do wyrośniętego pająka. Biorąc pod uwagę jego wyjątkowy lęk przed tymi stworzeniami porównanie owo stawało się jeszcze zabawniejsze Hermiona przyjrzała mu się, nie ukrywając lekkiego obrzydzenia jakie pojawiło się na jej twarzy. Też nie lubiła pająków. Mężczyzna patrzył, jak jego żona wstaje z fotela. Zrobiła to powoli. Bardzo, bardzo wolno odłożyła różdżkę na stół. Gdyby trzymała ją w ręce mogłoby dojść do czynów, których bardzo by później żałowała.

- Ro-nal-dzie We-as-ley! – powiedziała przeciągając sylaby i delikatnie podnosząc głos. Nie krzyczała, nie musiała krzyczeć, by wywrzeć na mężu wrażenie. Mężczyzna rozpoznawał zmiany, jakie występowały w jej twarzy tuż przed wybuchem niekontrolowanej złości. – Czy ja jestem twoją matką? A może wyglądam, bądź zachowuję się jak ona? Co ty sobie, do cholery, wyobrażasz?! – Hermiona wbiła palce w krawędź stołu, kostki jej dłoni zbielały.

Słowa żony wwierciły mu się w mózg, jej wzrok przeszył go na wylot. Uświadomił sobie, że znowu czeka go tydzień snu na niewygodnej kanapie.

Po pracy, Ronald, wracał do czystego, zadbanego mieszkania, pełnego książek i przepełnionego zapachem lawendowych świec. W lodówce lub piekarniku znajdował przygotowany posiłek, a żonę pod prysznicem bądź w łóżku. Czasem, z powodu natłoku obowiązków, nie udawało mu się wrócić z pracy na tyle wcześnie by zastać Hermionę przytomną i nawiązującą werbalny kontakt. Jego młoda żona wracała po kilkunastogodzinnej zmianie do domu, często transmutowała zamówioną w mugolskim barze pizze w normalnie, pożywnie i zdrowo wyglądający posiłek, po czym odkładała go dla męża. Nie była z tego dumna lecz usprawiedliwiała się natłokiem obowiązków i brakiem talentu do sporządzenia czegoś jadalnego w czasie krótszym niż kilka godzin. Ron udawał, że nie zauważa różnicy między domowym klopsem z ziemniakami, a pizzą zmienioną zaklęciem w zapiekankę z brokułami.

Tu, gdzie teraz się znalazł, było inaczej. Ron potknął się w ciemnym, zagraconym przedpokoju i wyrżnął, jak długi na podłogę.

-Oż, na pełne cudów gacie Merlina! – krzyknął. Z jednej ręki wypadła mu walizka, z drugiej neseser, różdżka wbiła się w bliżej nieokreślone miejsce w okolicy żeber.

Drzwi do sypialni państwa Weasley otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W progu, odziana w bury, stary szlafrok, stanęła Molly. Przyjrzała się z troską swemu dziecku, leżącemu na podłodze i klnącemu cicho pod nosem.

- Chodź synu, podgrzeję ci zupę – powiedziała i skierowała się do kuchni.

Gabinet, w którym pracowała, był niewielkim pomieszczeniem ze ścianami pomalowanymi na surową, czystą biel i jasnymi drzwiami. Miało to optycznie powiększyć tę klitę bez okna, lecz Hermionę nie tak łatwo było oszukać. Wiedziała, że jeśli będzie sumienna zasłuży na coś lepszego. Nie chciała zgodzić się na wspaniałe, wygodne biuro na drugim piętrze Ministerstwa, które otrzymać miała tylko za to, że była przyjaciółką Harry'ego Pottera. To irytowało ją chyba najbardziej. Sądziła, że po wojnie będzie mogła zostać, po prostu, Hermioną Granger. Nie przyjaciółką Wybrańca, nie dziewczyną Weasleya, nie jedną ze Złotej Trójki i nie bohaterką wojny. Tylko Hermioną, która otrzymuje od życia to, na co sama sobie zapracuje.

Ułożyła dokumenty alfabetycznie w przegrodach, zasunęła szufladę, przetarła blat biurka i z głośnym westchnieniem ukryła twarz w dłoniach. Miała za sobą wyjątkowo ciężki dzień w Departamencie i naprawdę nie miała siły wracać do domu. Zwłaszcza, że od dwóch dni mieszkanie stało puste, Ron nie wytrzymał ciszy i wyprowadził się na kilka dni do Nory. Nie żeby jakoś specjalnie jej to przeszkadzało, ale wiedziała z jaką reakcją rodziny może się liczyć. Na kolejnym proszonym obiedzie u Molly nasłucha się wielu cierpkich słów na swój temat. Swoje kontakty z teściową uważała za poprawne, a czasem nawet przyjazne, jednakże po każdej z jej małżeńskich kłótni, matka Rona przez jakiś czas traktowała ją chłodno, a w gorszych przypadkach, patrzyła na nią jak na coś obrzydliwego, znalezionego w zupie. Hermiona nie oczekiwała od pani Weasley bezwarunkowej miłości, lecz takie sytuacje bolały ją szczególnie. Harry'ego i Angelinę traktowała, jak swoje własne dzieci, z tym, że Potter od lat cieszył się jej szczególnym uwielbieniem. Pozycja Hermiony plasowała się, gdzieś na szarym końcu za Fleur, która zdobyła względy teściowej rodząc jej piękne wnuczęta. W związku z tym sytuacja młodej pani Weasley nie wyglądała zbyt dobrze.

Dziewczyna westchnęła ponownie i zgasiła lampkę znajdującą się na biurku. Było już grubo po dziewiątej, a w domu czekał na nią tylko rozwścieczony samotnością kot i zimna pizza. Życie po wojnie nie było najweselsze.