Lord Dowódca Erwin okazał się pacjentem idealnym. Nie protestował, nie buntował się. Posłusznie poddawał się bolesnym zmianom opatrunków i wszystkim niezbędnym zabiegom, przyjmował leki i posiłki. Morty wpadł nawet na pomysł, by zacząć prezentować go innym przebywającym na oddziale rannym jako wzór. Nim zdążył wprowadzić swój plan w życie, stan dowódcy poprawił się na tyle, że można było przenieść go do prywatnych kwater. To był dobry znak. Napawający optymizmem. Wszyscy zastanawiali się, kiedy wróci do pełnienia obowiązków dowódcy. Żołnierze czekali na rozkazy.
Ale rozkazy nie nadchodziły.
Erwin wciąż był zbyt osłabiony,. Wciąż musiał dużo odpoczywać i nie wolno było mu wstać i nawet usiąść za biurkiem, wolnego czasu miał więc w nadmiarze. Poświęcał go wymyślaniu strategii, planowaniu. Ostrożnemu odbudowywaniu domku z kart, który tak łatwo runął pod wpływem niespodziewanego ataku. Kiedy tylko czuł się na siłach przeglądał korespondencję, czytał raporty, analizował .Rozmyślał o tym, gdzie w następnej kolejności pojechać, z kim rozmawiać, komu przedstawić swój punkt widzenia. Z kim negocjować a kogo złapać za fraki i porządnie potrząsnąć. Opracowywał jeden plan, po czym kręcił głową dostrzegając w nim jakiś słaby punkt. Szybko zabierał się za wymyślanie następnego, jeszcze bardziej przebiegłego i niezawodnego. A później spoglądał w bok, na pusty rękaw koszuli i uśmiechał się gorzko. Uświadamiał sobie, że w swoich założeniach pominął coś bardzo istotnego.
Jak założyć ekwipunek do manewru mając tylko jedną rękę?,
Jak założyć i zapiąć mundur?
Jak dosiąść konia, jak operować ostrzami?Jak używać pistoletów ostrzegających o pozycji tytanów?
Jak salutować?
Gest, który znał na pamięć, równie naturalny co oddychanie. Dziesiątki... nie, dziesiątki tysięcy razy tłumaczył to swoim żołnierzom. podczas zebrań, przed wyruszeniem na wyprawę, przyjmując nowych rekrutów. Lewa ręka na plecy, prawą zacisnąć w pięść. Ofiarujcie swoje serca.
Jego własne słowa odbijały się po głowie bolesnym echem. stawały w gardle, gorzkie i trudne do przełknięcia. Odczuwał ulgę, gdy słyszał ciche, znajome pukanie do drzwi.

- Wejdź, Rivaille.

- Znów siedzisz i zastanawiasz się, jak się ma tytan, który zeżarł twoją rękę? - rzucił od progu kapral.
Erwin uśmiechnął się lekko. Kątem oka obserwował jak Levi podchodzi do łóżka i przysuwa sobie krzesło. Zastanawiał się, czy nie zasugerować by położył się obok.
- Wymyśliłem nowy żart - obwieścił zamiast tego tonem pełnym posępnej satysfakcji.
- Słucham.
- Wiesz co ma dwie nogi i kilkadziesiąt rąk?
Levi przez chwilę milczał, zastanawiając się nad odpowiedzią,
-Tytan w kwaterach zwiadowców? - zaryzykował.
- Szybko na to wpadłeś.
- Twoje żarty robią się tendencyjne - przyznał bezlitośnie Rivaille i dla potwierdzenia swoich słów pozwolił sobie na nonszalanckie ziewnięcie.
- Znasz lepsze?
- Owszem - odparł kapral., niespiesznie podnosząc się z krzesła. Sądząc po jego minie napawał się jednym z nielicznych momentów w swoim życiu kiedy mógł spoglądać na dowódcę z góry. Jego głos był pewny, spokojny, nie zdradzający żadnych zbędnych emocji. - Żartem jest to, że dowódca twojego formatu całymi dniami wyleguje się w łóżku i użala się nad swoim losem.
Erwin rozważał powiedzenie czegoś w stylu "skąd ci to przyszło do głowy", możliwie jak najbardziej zaskoczonym i urażonym głosem, uznał jednak, że nie ma sensu. Oczywiście, że Levi wiedział. Kto miałby wiedzieć, jeśli nie on? Tylko kapral spędził z nim dostatecznie dużo czasu, by dostrzec różnicę. Tylko on potrafił wychwycić to znużenie kiedy dowódca wyrywał się ze snucia kolejnych planów i spoglądał na szczątki swojej prawej ręki. Tylko on był dostatecznie podobny by zrozumieć myśli jakie przebiegają mu w takich momentach przez głowę. tylko on był dostatecznie arogancki, by zareagować.
- Jeśli martwi cię to, że przestaliśmy cię uważać za dowódcę, to niepotrzebnie - kontynuował z mocą Rivaille. - Dobrze wiesz, że nie wyobrażamy sobie innej osoby na tym stanowisku. Ja sobie nie wyobrażam - dodał po chwili pauzy.
- Na szczęście nie od ciebie to zależy. To, kto stoi na czele zwiadowców zależy od dowódcy generalnego.
- Oraz od ludzi.
- Nie - zaprotestował Erwin, bez trudu domyślając się, co podwładny ma na myśli. - Jeśli zostanę odwołany... albo jeśli rozwiążą organizację, zaakceptujecie to. nie będziecie się buntować, nie będziecie walczyć.
- Zrzędzisz jak stara baba. byłem niemal pewien, że użarło ci rękę, nie jaja.
- Rivaille - odezwał się dowódca. w jego glosie zabrzmiały stanowcze nuty. - Nie będziecie walczyć. Nie będzie rozlewu krwi.
Levi odwrócił wzrok i zapatrzył się w ścianę pokoju.
- Skoro taka jest twoja wola... - mruknął. wzruszając ramionami. Widać było jednak, że wcale nie zamierza tak łatwo przyjąć tego do wiadomości. - Jak się czujesz?
- Dobrze.
- Kłamiesz.
- Znośnie.
- Kłamiesz, na dodatek nędznie. Jak ręka?
- Jaka ręka?
Przez chwilę spoglądali sobie w oczy. Rivaille wyzywająco, Erwin z posępną rezygnacją. Wreszcie dowódca westchnął cicho i odwrócił się twarzą do ściany.
- Bycie moją niańką nie należy do twoich obowiązków, kapralu.
- Nie musiałbym zachowywać się jak niańka, gdybyś ty nie zachowywał się jak rozpieszczony bachor. Dostosowuję się do twojego poziomu, lordzie dowódco
- Jestem wzruszony.
- I słusznie.
- Rivaille... - w głosie dowódcy zabrzmiało znużenie. Levi pochylił się nad nim. Jego oczy wyrażały coś pomiędzy zniecierpliwieniem a troską.
- Jeśli to ma być kolejna wypowiedź z cyklu "nie chcę żebyś się dla mnie poświęcał, narażał i w ogóle litował się nade mną", to daruj sobie - poradził. - Rzygać mi się chce od takiego gadania.
-Chce tylko spostrzec, że od początku próbowałeś się trzymać mnie blisko mnie podczas misji. to nie jest i nigdy nie było twoim obowiązkiem.
Wiem.
- Nie masz żadnej gwarancji, że twoja obecność podczas tej walk cokolwiek by zmieniła. Żaden z nas nie wie, co by się stało, gdybyś tam był.
- Wiem.
Sam mogłeś zostać ranny. Jeśli podobny wypadek kiedykolwiek przydarzy się tobie, to będzie przede wszystkim moja osobista strata.
- Wiem.
- To dobrze - Erwin skinął głową. przez chwilę mierzył podwładnego przeszywającym na wskroś spojrzeniem. Nagle zamknął oczy, a przez jego twarz przebiegł skurcz bólu. Levi uspokajająco położył mu dłoń na jego zdrowym ramieniu.
- Pójdę po pielęgniarkę- powiedział cicho, o wiele łagodniej niż do tej pory.
- Nie, zostań - ku jego zdziwieniu ranny uśmiechnął się lekko, z goryczą. - Nic mnie nie boli. Po prostu...
- Hm?
Erwin milczał przez chwilę, starając się dobrać odpowiednie słowa. Nie jest łatwo przyznać się niższemu stopniem żołnierzowi, że jest się sentymentalnym idiotą.
- Znowu to zrobiłem - przyznał głosem kogoś całkowicie pokonanego.- Znowu próbowałem wyciągnąć rękę i pogłaskać cię po policzku.
Kapral prychnął ze zniecierpliwieniem. Jak zwykle szorstki, arogancki, niewzruszony.
- Masz jeszcze drugą rękę - przypomniał mu brutalnie. Delikatnie przesunął dłonią wzdłuż jego lewego ramienia, aż do nadgarstka. Zaplótł palce wokół silnych palców dowódcy.- Oraz dwie moje - kontynuował, podnosząc lewą dłoń Erwina i przyciskając ją do swojego policzka. - Nie myśl, że pozwolę ci odczuć że czegoś brakuje.
Dowódca przymknął oczy. Powoli zaczynało ogarniać go znużenie. Tępym, nieginącym bólem w prawym ramieniu, natłokiem myśli. Kolejną rozmową o tym, że powinien wziąć się w garść. Tym, jak bardzo Levi starał się mu pomóc i jak mało on mógł mu tym momencie zaoferować w zamian.
- Pójdę już - powiedział cicho kapral, wstając. - Musisz odpoczywać. Hanji wspominała, że chce mnie zobaczyć, Jeśli będziesz czegoś potrzebować, poślij po mnie.
- Naturalnie.
Natychmiast po wyjściu kaprala Erwin osunął się w niespokojny, gorączkowy sen. Nie widział, jak Rivaille wychodzi na korytarz spokojnie zamykając za sobą drzwi. Nie widział, jak marszczy brwi, zaciska dłonie w pięści. Nie widział jak z całej siły kopie w ścianę, a następnie osuwa się po niej na podłogę, skrywając twarz w dłoniach. Z tego jednego Rivaille był rad.