Cassie McKinley, przykro nam, że tyle przyszło Ci czekać, niestety pojawiły się problemy techniczne (mój laptop został uszkodzony). Mamy nadzieję, że mimo to nie zniechęci Cię to do dalszego śledzenia tego tłumaczenia.

Anuii, kłopoty go nie szukają, on je przyciąga! :D Strasznie nam miło, że tekst ma już swoich fanów, których ucieszy jego obecność 'po polskiej stronie fandomu'.

Anonimowi również dziękujemy za tych kilka pokrzepiających słów! Cieszy nas, że tekst gromadzi wokół sobie coraz większe grono odbiorców.

Nie przedłużając, po chwilowym zaradzeniu problemom technicznym zapraszam na kolejną część, tym razem przetłumaczoną przez drrream 3


Harry uznał, iż Remus miał rację. Miał mocną głowę.

Gdy się ocknął, odczuwał ból i było jasne, że napastnicy oczekiwali, iż nie odzyska przytomności tak szybko, gdyż był przerzucony przez ramię jednego z nich i zdawało się, że opuszczają dom. Słyszał ich kroki i czuł panujący wokół chłód. Musieli już być na zewnątrz. Szli przez miasto bóg wie dokąd.

Harry postanowił się nie wiercić; lepiej, żeby nie wiedzieli, iż był przytomny. Ostrożnie przeanalizował swoje położenie. Urazy? Jedynie boląca głowa. Napastnicy? Przynajmniej czterech albo pięciu, jeśli dobrze policzył. Broń? Żadna. Cholera, pomyślał chłopak z irytacją. Jaki sens sprzedawać te wszystkie urządzenia, skoro nie nosił żadnego z nich przy sobie? Destynacja? Nieznana.

Zajebiście. Remus na pewno by się wkurzył. Prawie słyszał jego głos, mówiący: „Gdybyś tylko przyłączył się do Feniksa, nikt by nie śmiał..." I tak dalej. Syriusz stałby tuż obok, kiwając głową na każde jego słowo. To on był bardziej żywiołowy i gadatliwy – często przerywał ludziom w pół słowa i dawał się ponieść dyskusji. Lecz, gdy tylko Remus otwierał usta, Syriusz zamykał swoje i aprobował jego zdanie w milczeniu. Harry'emu zostawało jedynie zdumienie na myśl o takim związku.

— Nie powinniśmy byli go tam zostawiać! — krzyknął ktoś po prawej Harry'ego.

Zostawiać? Więc zostawili swojego kompana w jego warsztacie, by mógł wykrwawić się na śmierć? Co za gówno.

— I tak by umarł, przestań się mazać — rozkazał mężczyzna niosący Harry'ego.

— Ale...!

— Powiedziałem: przestań! Chcesz obarczać lorda kaleką? — Jego głos przepełniał chłód i nie było w nim krzty litości.

— Nie, ale...

— To dobrze. Nie wspomnę więc o twoim wątpliwym zachowaniu dzisiejszej nocy.

— Ja nie...

— Nie wykonywałeś rozkazów? Z pewnością.

— Wykonywałem! Rozkazano nam...

— Go zaprosić. Nie atakować i rozwalić mu sklep. Co by się wydarzyło, gdyby całe miejsce wybuchło? On powiedział ci, co mówi się o tym miejscu, jak plotkują, że jest... wybuchowe.

— Powiedział, by przyprowadzić go za wszelką cenę. Nie chcieliśmy przecież...

— Jesteśmy na miejscu — przerwał mężczyzna niosący Harry'ego. Poruszył ramieniem, jakby sięgał gdzieś do przodu, po czym chłopak usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Pomieszczenie wypełniał śmiech i ożywione rozmowy, którym towarzyszył szczęk talerzy i dzwonienie szkła.

— Tu jesteście, kochane ptaszki! Przynieśliście mi prezent? — skrzeczała kobieta, której śmiech wydawał się pełen szaleństwa.

— On nie jest twoją zabawką, Bellatriks.

— Nawet odrobinę? Mały szczur musiał wiedzieć, że zostanie ukarany! Bo czemu ignorowałby zaproszenie? Chciałeś, bym trochę się z tobą pobawiła, hm?

Ostatnie zdanie wyszeptała Harry'emu do ucha. Słyszał ją wyraźnie mimo wciąż założonej na głowę torby. Musieli znajdywać się w jakiejś knajpie, sądząc po odgłosach. Ale o czym oni mówili? To nie jego wina, że go nie zaprosili.

Torba została zerwana z jego głowy, a on sam pchnięty na podłogę. Harry szybko odnalazł równowagę i rozejrzał się dookoła, ale wtem kobieta chwyciła go za włosy i przyciągnęła jego twarz ku swojej na nieprzyjemnie bliską odległość. Miała ciemne oczy i takie same, kręcone włosy, grube brwi oraz pełne usta. Może uznałby ją nawet za atrakcyjną, gdyby nie wyglądała jak wariatka. Oddychała ciężko, wciąż szczerząc się do niego. Szaleńczy błysk w jej oczach był bardziej efektowny, niż krzykliwa, czerwona tabliczka z napisem „Niebezpieczeństwo!", którą zawiesił przed sklepem.

— Więc, kochanieńki, powiedz, dlaczego uznałeś nas niegodnymi twojego czasu? Nie krępuj się, umieramy z ciekawości.

Rozmowy w knajpie zupełnie ucichły. Wszyscy ich obserwowali.

— Nie dostałem zaproszenia na to... zgromadzenie. Przykro mi to mówić, ale słyszałem, że traktujecie gości jak króli — odparł sarkastycznie Harry. Kobieta wybuchnęła śmiechem i pchnęła na sam środek pomieszczenia. Harry był tu już wcześniej, kiedy jego przyjaciele uznali, że potrzebował się bardziej socjalizować. Po chaosie (,który zapanował?), większa część miasta była opuszczona. Ale stary Tom lubił tę knajpę i odbudował ją tak dobrze, jak potrafił. Wszystko wyglądało na poprzecierane oprócz baru, a większość stolików i kilka pokoi na górze wciąż były wyłączone z użytku.

Harry i Tom żyli w przyjaźni. Nie była to tak bliska relacja, jaką dzielił z Remusem i Syriuszem, ale stary Tom, tak jak Harry, nie należał do żadnej grupy. Jego bar był neutralnym terytorium odpowiednim do negocjacji czy miłego spędzenia wieczoru, skoro nie było nic innego do roboty. A odkąd Tom nauczył się robić własny alkohol, pub stał się często odwiedzanym miejscem.

Oczy Harry'ego szukały go za ladą. Znalazły. Twarz mężczyzny wyglądała na zmartwioną, ale poza tym wydawała się pozbawiona wyrazu. Miał zasadę, by się nie angażować, tak jak Harry.

— Masz czelność mnie okłamywać, szczeniaku? To nie jest miłe, rodzice nie nauczyli cię szacunku? Na pocztę się odpowiada. Tak, to bardzo ważne, aby zawsze sprawdzać korespondencję — zamruczała.

Poczta? Korespondencja? Kurwa, pomyślał Harry. Już wcześniej słyszał te terminy, ale nie mógł przypomnieć sobie, co znaczyły. Wszystko sprzed upadku, co nie dotyczyło nauki, nie miało dla niego znaczenia.

— Nie dostałem waszego zaproszenia — powtórzył. — Naprawdę.

Spojrzała na niego uważniej, słysząc szczery ton. Z konsternacją zwróciła się do jego porywaczy i posłała im odpowiednie spojrzenie.

— Dostarczyliśmy mu list, przyrzekam! — krzyknął jeden z nich. Harry uznał za zabawne to, jak przerażeni byli ci ludzie w stosunku do własnego lorda i jego popleczników. Rozpoznał jego głos; to był ten, który lamentował nad zostawieniem w sklepie ich towarzysza.

— Sprawdziliśmy, kiedy tam przyszliśmy. Miał list!

Bellatriks odwróciła się znów do niego z triumfem w oczach.

— Kłamca — zaświergotała. — Opowiadasz mi obrzydliwe kłamstwa, szczurze.

— Słuchaj, nawet nie wiem, co masz na myśli, opowiadając o korespondencji, a co dopiero o poczcie — powiedział Harry z irytacją.

Wytrzeszczyła oczy.

— Masz czelność... — zaczęła swój skrzek, ale Harry miał tego dość. Wiedział, że kłótnia mu nie pomoże, ale nie zgadzał się na bierne siedzenie i wysłuchiwanie pretensji.

— Tak, cholera! Twoi przyjaciele mnie porwali, niszcząc przy tym mój sklep! I ty masz czelność oskarżać mnie o zignorowanie czegoś, czego nigdy nie dostałem...

— Przynieśliśmy ci list!

— Mówiłem już, nie mam pojęcia, o czym mówicie!

— To niemożliwe! Każdy by to zrozumiał!

— Nie jestem „każdy"!

— Ale włożyliśmy ci go do skrzynki...

— Nie wiedziałem, że jakąkolwiek mam.

— Każdy dom posiada skrzynkę na listy! Takie małe, metalowe pudełko przed domem, durniu!

— Może być i UFO, mam to gdzieś.

— Ty mały, głupi... ! Tam się wkłada listy.

— Dlaczego ktokolwiek miałby tak marnować papier?

— To bardzo ważne zaproszenie, więc wysłaliśmy ludzi do każdego domu.

— Dlaczego marnujecie papier oraz czas? Skoro przechodziliście obok mojego domu, czemu po prostu mi nie powiedzieliście? — spytał Harry, dokumentnie zszokowany.

— Jak śmiesz...!

— Bellatriks — przerwał im niski głos.

Harry odwrócił się. Powoli, ponieważ jedynym powodem, dla którego w pomieszczeniu zapanowała grobowa cisza, było pojawienie się kogoś naprawdę strasznego.

Ostrożne, zielone tęczówki napotkały czerwone.

Mężczyzna stał na schodach. Był nienagannie ubrany – a któż przejmował się ubiorem w takich czasach? – i opierał się o barierkę, jakby od niechcenia, wpatrując się wprost w Harry'ego. On również miał ciemne włosy, ale były one jedwabiste i leżały na swoim miejscu. Był przystojny – nie żeby Harry o to dbał – i zadziwiająco młody. Z pewnością nie był ze straconego pokolenia, ale nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Musiał przeżyć cały ten chaos jako nastolatek i bóg jeden wie, co musiał robić, aby przetrwać. Harry na pewno nie chciał znać szczegółów. Jego blada karnacja wydawała się jakby nie z tego świata w obskurnej, brudnej knajpie wypełnionej ludźmi, którzy nie myli się od tygodni.

Żeby zbudować nowe, często śmiercionośne, urządzenia, Harry w pięćdziesięciu procentach polegał na swojej inteligencji oraz instynktach. W tym momencie dziewięćdziesiąt dziewięć procent
jego instynktów krzyczało: uciekaj! Szkoda, iż był świadomy również tego, że nie zdołałby uciec daleko. Jakoś przypuszczał, iż ścigałby go wtedy lord we własnej osobie, a on z pewnością nie wpadłby na minę.

Lord – gdyż to, że nim był nie pozostawiało żadnych wątpliwości; cała jego postawa domagała się szacunku – powoli zszedł ze schodów i zatrzymał się na dole.

— Przyjmij przeprosiny — powiedział spokojnie głosem chłodnym jak świeża woda. Jeżeli to możliwe, w knajpie zapadła jeszcze większa cisza. Dopiero dużo później Harry zorientował się, że to najpewniej były jedyne przeprosiny, które opuściły jego usta. Kiedykolwiek. Nawet jeśli nie brzmiał, jakby mu było przykro. Bellatriks wydawała się zupełnie rozbita.

— M-mój Panie...

— Poczta — zwrócił się lord do Harry'ego, kompletnie ignorując kobietę — była sposobem komunikacji, polegającym na wysyłaniu listów. Przez długi czas była to jedyna możliwość przesyłania informacji, zanim wymyślono telewizję, telefony i komputery. Jednak nigdy nie przestała istnieć; wciąż używa się jej w podniosłych okazjach bądź z przyzwyczajenia. Zaobserwowałem, iż nawet po dwóch dekadach pełnych chaosu, większość ludzi nadal sprawdza swoje skrzynki każdego ranka, chwytając się desperacko normalności. Pomyślałem, iż list przyniesie nagłe uczucie szczęścia.

— A jeśli nie, to zatłuczesz ich tak jak mnie? — spytał Harry, bocząc się, iż ktoś musiał tłumaczyć mu coś tak banalnego i to przed tłumem gapiów. Lord uniósł brew, a kąciki jego ust lekko drgnęły.

— Wyglądasz dość żywiołowo, młodzieńcze.

I, ku przerażeniu Harry'ego, oczy mężczyzny spoczęły na jego ciele, badając je całe. Tłum gapiów, śledzący każdy ruch lorda, zrobił to samo.

Ten skurwiel...! Harry poczuł się niepewnie, jakby naruszono jego prywatność. Jego policzki zaczęły robić się gorące, dobrze że jego twarz pokrywał kurz i brud, no bo przecież nie mógł się rumienić.

— Mój Panie — naciskała Bellatriks, jakby była... zazdrosna? — On otrzymał ten list, tak jak pozostali! Nic go nie tłumaczy!

— Tłumaczy go data urodzenia, Bellatriks. Z pewnością potrafisz ocenić jego wiek? — Ponownie utkwił w Harrym spojrzenie, a reszta podążyła za nim. Harry mentalnie zaklął; miał nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na jego wiek. Tłum, po raz pierwszy od wejścia lorda, zaczął szeptać między sobą.

— Stracone pokolenie — drwiła kobieta, uśmiechając się dziko. Harry niemal jej wytknął, iż jej kochany lord niemal również się do niego zaliczał, ale zdecydował się milczeć. Pozwolić im myśleć, co chcą. Za dekadę ci pomiędzy pierwszą generacją, a weteranami będą wiedli prym i zobaczymy, kto wtedy będzie się śmiał. Poza tym, z całym tym brudem na twarzy i zbyt dużymi ubraniami, Harry wydawał się nieco starszy, co dawało szansę, że może będą traktować go z jakimś szacunkiem.

Ale lord miał inne plany.

— Ile dokładnie masz lat?

Skurwiel.

— Dwadzieścia jeden — odparł, ponieważ nie było sensu kłamać. Jakoś wątpił, by udało mu się oszukać lorda. Ten skrzywił się nieco, słysząc jego odpowiedź.

— Cóż, liczę że wybaczysz moim towarzyszom ich niedelikatne zachowanie. Zapraszam cię na me skromne przyjęcie. Proszę, baw się dobrze. — Obrzucił go kolejnym, rozbawionym spojrzeniem i wrócił na górę, a Belaltriks i porywacze ruszyli za nim.

Niech go szlag, pomyślał Harry. Gość był niezły.

Lucjusz Malfoy bawił się bardzo dobrze. Po tygodniach wyczerpujących podróży oraz spania w niekomfortowych miejscach, w końcu dostrzegł to, czego poszukiwał: iskry zainteresowania w oczach lorda. Nie wiedział, co ten w ogóle widział w chłopaku, ale nie dbał o to. Dotarli do celu.

Dla Lucjusza sprawa była zamknięta. Zabrali chłopaka z domu, gdzie nie będzie zmuszony dłużej żyć w tym brudzie. Miał nadzieję, że ktoś doprowadzi go do porządku, gdyż jego skórę pokrywała warstwa kurzu i jakichś oleistych substancji. A jego włosy! Niezależnie od tego, jak cenna stała się woda, z pewnością mógł poświęcić odrobinę, aby umyć się od czasu do czasu, czyż nie?

Mężczyzna był zdziwiony, iż ten należał do straconej generacji. Słyszał też, iż uważają go za pewnego rodzaju geniusza, ale przecież nie wiedział nawet, czym jest skrzynka pocztowa! Czy potrafił w ogóle czytać i pisać? Nie obwiniałby go, gdyby nie posiadał takich umiejętności, nie zdziwiłoby, gdyby chłopak miał lepsze rzeczy do roboty w swoim dwudziestoletnim życiu. Na przykład przetrwanie.

Odwrócił się do towarzysza, aby spytać, czy ten chce kolejny drink, ale zamarł z na wpół otwartymi ustami. Severus Snape, na ogół spokojny i pozbawiony wyrazu niezależnie od okoliczności, siedział sztywno niczym zamarznięta figura. Jego oczy były szeroko otwarte i kryły w sobie pokłady szoku, ulgi i przerażenia, gdy tylko wpatrywał się w chłopaka. Widok był tak niecodzienny, iż Lucjusz zmusił się, aby wziąć się do kupy.

— Severusie? W czym problem? — Zero reakcji. Co się z nim działo? Malfoy potrząsnął jego ramieniem z irytacją, iż został zignorowany. — Severusie, co się stało?

Snape odwrócił się do niego jakby w jakimś transie; z pewnością widział to, czego Lucjusz nie dostrzegał. W końcu jego spojrzenie wróciło do normy, jakby mężczyzna budził się z długiego snu.

— Słucham? Och, wszystko w porządku. — Odzyskał panowanie nad swoim ciałem i upił łyk napoju.

— Nie wyglądało — odparł Lucjusz ostrożnie.

Ale Snape znów go zignorował, więc Malfoy zostawił go w spokoju. Nie zwykł błagać o podzielenie się informacją, po prostu czekał, aż informacja sama stanie mu przed oczami. Po prostu będzie musiał go obserwować. Jak zawsze.

Harry nie pragnął niczego więcej, jak opuszczenia tego miejsca. Z drugiej strony bycie porwanym nie przypadło mu do gustu i uznał, iż raz zdecydowanie wystarczy. Lord zostawił go samemu sobie; jeśli cieszył się z przyjęcia przez niego zaproszenia i tego, że zdecydował się pozostać na przyjęciu, niech tak będzie. Harry przeszedł na drugi koniec pomieszczenia i usadowił się przy barze. Czuł na sobie spojrzenia wiercące mu dziurę w kręgosłupie, ale teraz, gdy dziwaczny lord zniknął, ludzie powoli wracali do toczonych wcześniej rozmów.

Tom bez słowa nalał mu drinka.

— Na mój koszt — wyszeptał. — W porządku? Masz krew na głowie...

Harry podniósł dłoń i odnalazł ranę. Zdążyła się zasklepić i nie wyglądała źle, ale wyczuł pod palcami zaschniętą krew.

— Nic mi nie będzie, dzięki. — Wypił łyk.

— Nie tylko ciebie zaprosili. Jest tu mnóstwo pomniejszych grup, nawet Feniks, co wróży dobrze interesom. — Tom wyszczerzył się w uśmiechu. — Mam wrażenie, że wszyscy chcą się przyłączyć, ale on nawet niczego jeszcze nie zrobił poza powitalną przemową pełną ogólników; żadnych planów, obietnic, niczego. Nie powiedział im nawet, że mogą do niego dołączyć, tylko że rozważał taką możliwość, a inni już spuchli od dumy. Wyobrażasz to sobie?

Harry prychnął. Lord był niezły. W ogóle nie przypominał Dumbledore'a, który wygłaszał wzniosłe przemowy i rozdawał kolorowe obietnice świetlanej i radosnej przyszłości. Ten po prostu był, a emanował od niego spokój i pewność siebie przekonująca ludzi, że mogą zrobić wszystko.

I, najwyraźniej, od razu przejrzał Harry'ego. Ile wiedział? Czy słyszał plotki o jego zdolnościach, czy może wiedział, że potrafił zbudować dosłownie wszystko? Miał nadzieję, że nie. Przeczucie podpowiadało mu, iż lord nie posiadał skrupułów. Jeśli Harry miał okazać się zbyt niebezpieczny i odmówić dołączenia, nie nosiłby teraz guza na głowie, a zapewne miałby roztrzaskaną czaszkę.

Zastanawiał się, czy Remus wiedział, jak niebezpieczny był jego cudowny lord. Nie skomentował nawet tego, że wysłał za nim pięcioro ludzi i jedynie czterech z nich powróciło.

Harry zdecydował poczekać jeszcze kilka godzin i opuścić bar cichaczem. W ten sposób nie obrazi nikogo, choć przecież nie byłby sobą, gdyby nie pojawiły się inne kłopoty i komplikacje. Ani, by to, co sobie zaplanował, po prostu zadziałało, tak dla odmiany.

Bellatriks zeszła na dół; jej wzrok od razu utkwiony był w Harrym, zanim dotknęła stopą ostatniego ze stopni. Nie wyglądała, jakby bawiła ją ta sytuacja, wręcz siała przerażenie, gdy przemierzała pomieszczenie.

— Ty. Na górę. Natychmiast — syknęła.

Och, to nie wróżyło niczego dobrego. Lord rezydował na górze. Jednak, gdy zdał sobie sprawę, że ludzie ponownie milkną, by obserwować jego rozmowę z Bellatriks, zdecydował się pójść, gdzie mu kazano bez żadnego sprzeciwu – i tak by niczego nie wskórał.

Wstał i poczekał, aż kobieta go poprowadzi, ale ta nie uczyniła żadnego ruchu, by wrócić na piętro. Obdarzył Toma kolejnym wzruszeniem ramion i sam skierował się ku schodom, by wspiąć się na górę w pojedynkę.

Ta twarz. Te włosy. Jego oczy. To nie mogła być prawda. Nie istniało jednak żadne inne wytłumaczenie. Człowiekiem, za którym przemierzyli kraj, był Harry cholerny Potter.

Po wszystkim, co go spotkało. Po zdradzie. Poczuciu winy, strachu. Po nieustających poszukiwaniach pełnych gniewu. Po tym jak w końcu, w końcu, zdecydował się odpuścić i przeszłość przestała go nawiedzać.

Lily, jęknął wewnętrznie. Twój syn żyje.

I znajdował się wprost pod nosem Dumbledore'a.

W naszym mieście znajduje się utalentowany mężczyzna, który nie należy do żadnej z grup. Może polecisz go naszemu lordowi? Cholera jasna.

Zaplanował to. Z powodów, które nie były Severusowi znane, mężczyzna czekał cierpliwie na odpowiedni moment. Czy Voldemort o tym wiedział? Nie zareagował w żaden sposób, ale w końcu minęło całe dwadzieścia lat.

Obserwował ze smutkiem, jak chłopak znika na schodach.

Musiał go stamtąd zabrać. Szybko.

Drzwi do pokoju były otwarte, a Harry tak bardzo nie chciał wchodzić do środka. Był na siebie zły, że pozwolił się porwać, ale potrząsnął głową, aby oczyścić umysł ze zbędnych myśli i odegnać zmęczenie. Wziął się w garść i wkroczył do środka, po czym zamknął za sobą drzwi.

— Ah, pan Potter! Witam, proszę, zechciej usiąść.

Lord siedział w skórzanym fotelu z rękami splecionymi przed sobą i zbyt ostrym uśmiechem. Harry ostrożnie zajął miejsce i fotelu naprzeciw niego. Skąd wiedział jak się nazywa? Musiał rozmawiać z kimś z miasta, może ze starym Tomem? Lord nalał sobie drinka do szklanki i zaczął go sączyć.

Uśmiechnął się do niego radośnie.

— A więc dobrze, panie Potter, pomówmy o twojej przyszłości. Widzisz, ktoś ma wielką nadzieję, iż zabiję cię dzisiejszego wieczora...