John Keats w przekładzie Stanisława Barańczaka.
Fragmenty poematu "Wenus i Adonis" Williama Shakespeare'a przełożył Maciej Słomczyński.

- Blaine, dlaczego to robisz?
- Robię co?
Byli właśnie w środku ich udawanej lekcji, a choć Blaine zazwyczaj sam nalegał na ćwiczenia, by pan Anderson był przekonany, że wszystko idzie zgodnie z jego planem, dziś był rozkojarzony i zupełnie nieswój.
- Przyglądasz mi się – powiedział Kurt powoli.
- Co jest niewłaściwego w patrzeniu na rozmówcę?
- Och, na litość boską! - krzyknął Kurt, a jego głos stał się jeszcze wyższy niż zwykle. - To nazywasz patrzeniem się? Napastujesz mnie wzrokiem! Znowu zabawnie wyglądam tak? Powiedz mi? Na pewno w środku niezwykle cię coś bawi!
- Nie wyglądasz… zabawnie – Blaine przełknął ślinę. - Będziesz się śmiał…
Widząc spojrzenie Kurta, westchnął i zaczął od nowa:
- Masz po prostu…
Kurt uniósł brew.
- Jesteś…
Cisza.
-...bardzo ładny – dokończył niezgrabnie Blaine.
Była to prawdopodobnie najgorsza rzecz, jaką mógł powiedzieć. Kurt zerwał się na równe nogi.
- Uważasz, że jestem zniewieściały?
- Nie! Może… - przerwał widząc wyraz oczu Kurta. – Próbowałem być szarmancki!
- Dlaczego miałbyś być szarmancki wobec mnie? Aż taki jestem dziewczęcy? Niedługo będziesz całował moją rękę i pomagał związać mi gorset!
- Nosisz…?
- Metafora.
- Och.
Na moment zapadła cisza, a w czasie jej trwania Blaine miał ochotę przytrzasnąć sobie głowę klapą od fortepianu. Kurt nawet na niego nie patrzył. W końcu Blaine westchnął ciężko i powiedział:
- Wybacz mi. Nie chciałem cię urazić.
Kurt prychnął
- Akurat.
- Mógłbyś mi choć raz uwierzyć? Tak dla odmiany.
Kurt ściągnął wargi. Widać było jednak, że złość powoli mu przechodziła.
- Twój komentarz był nie na miejscu – powiedział.
- Sam tego chciałeś.
Kurt westchnął ciężko.
- Nie chcę być… ładny, Blaine. Czy to tak ciężko zrozumieć? Czuję się przez to jak wybryk natury.
Blaine uśmiechnął się lekko.
- Lepszy ładny młodzieniec niż przystojna niewiasta, nie uważasz?
Kurt parsknął śmiechem.
- Och, tak. Znam kilka takich.
Blaine wyciągnął rękę.
- Zgoda?
Kurt uścisnął ją z wahaniem.
- Zgoda.
Uśmiechnęli się jeszcze do siebie, po czym Kurt sięgnął po leżące na wierzchu fortepianu nuty i położył dłonie na klawiszach. Blaine jęknął.
- Możemy zająć się dzisiaj czymś innym?
Kurt rzucił mu nieco rozbawione spojrzenie, ściągając palce z klawiszy.
- Twój ojciec musi wierzyć, że cię nauczam – zauważył. – Będziemy bardziej wiarygodni rzeczywiście coś grając.
Blaine wstał i wolnym krokiem poszedł do okna. Stał tam przez chwilę, patrząc na krajobraz o wiele dłużej niż wypadało będąc w czyimś towarzystwie. Wiedział jednak, że alternatywą było utkwienie wzroku w Kurcie, a do tego z jakiegoś powodu, nie mógł się zmusić.
- Bez obaw – powiedział, w końcu się obracając. Spuścił wzrok napotykając niebieskie oczy Kurta. – Ojciec zarządza właśnie w stajni. Nie słyszy.
- Och. Więc jesteśmy sami.
Blaine drgnął. Dlaczego Kurt to powiedział? Czy była jakaś… Ależ nie, skąd. Kurt uśmiechnął się tylko i rozprostował palce, wstając od fortepianu. Ulga Blaine'a była jednak przedwczesna - następna wypowiedź Kurta była jeszcze gorsza od poprzedniej.
- Co chcesz robić?
Blaine niemal wrzasnął. Zastanowił się, jakie było prawdopodobieństwo, że Kurt wiedział, co śniło mu się poprzedniej nocy. Doszedł jednak do wniosku, że jest ono naprawdę znikome.
…chyba, że śnił o tym samym.
Zamknął oczy.
- Blaine?
Cisza.
- Czy coś się stało? – głos Kurta wyrażał teraz szczery niepokój. - Zachowujesz się dziś jeszcze cudaczniej niż zwykle.
Blaine westchnął i przesunął dłońmi po twarzy. Ponownie wyjrzał przez okno.
- Nic mi nie jest.
- Jesteś pewien?
Blaine nerwowo skinął głową. Usłyszał za plecami westchnienie, ale był to jedyny komentarz ze strony Kurta. Stał tak jeszcze przez chwilę wyglądając przez okno, po czym obrócił się powoli. Kurt nie patrzył już w jego stronę. Przeglądał zniszczony tomik poezji, znaleziony na jednej z półek.
Jako, że fortepian na potrzeby ich lekcji przeniesiony został z bawialni do biblioteki, otaczały ich miliony książek, gromadzone przez lata przez rodzinę Andersonów. Kurt uwielbiał literaturę, jednakże po śmierci ojca, gdzieś zabrakło dla niej miejsca w jego życiu.
- Poezja? – skrzywił się Blaine.
Kurt rzucił mu dziwne spojrzenie, zaintrygowany jego tonem.
- Skąd ta pogarda?
- Poezja to stara czasu.
Kurt uśmiechnął się lekko.
- Mój ojciec też tak twierdził – powiedział cicho. – Dlatego w moim domu nie było wielu książek. Kilka romansów matki, które w wieku ośmiu lat znałem już na pamięć... Ojciec wiedział jednak jak bardzo kochałem książki, czasem więc, przywoził mi jakieś z podróży. A czasem pożyczałem coś od przyjaciółek i sąsiadek, w zamian za drobne przysługi.
Rozejrzał się wkoło.
- Ale takiej kolekcji jeszcze nie widziałem.
Blaine podszedł bliżej i usiadł ponownie przy fortepianie, twarzą jednak zwracając się w stronę Kurta.
- Tęsknisz za ojcem?
Ujrzał w źrenicach chłopaka coś w rodzaju popłochu, zanim zniknęły one za powiekami.
- Chciałbyś coś poczytać? – zapytał zamiast tego Kurt, jakby nie usłyszał ostatniego pytania. W każdej innej sytuacji, Blaine by odmówił, ale coś w głosie Kurta, sprawiło, że nie mógł zmusić się do powiedzenia „Nie." Pokiwał, więc głową, a Kurt uśmiechnął się promiennie, trochę zbyt sztucznie i usiadł koło niego, wciąż trzymając w ręku wcześniej znaleziony tomik.
- John Keats? – rzucił.
Blaine jęknął.
- Grafoman.
- Bzdura – powiedział Kurt wywracając delikatnie oczami. Znajdował się teraz bardzo blisko Blaine'a, tak blisko, że gdyby ten się uparł, patrząc pod kątem mógłby policzyć wszystkie jego rzęsy.
Kurt odchrząknął i przeczytał:

Ty, który o północy nurzasz nas w balsamy
I czułymi palcami zasuwasz powieki
Na chłonących mrok oczach – to nimi spijamy
Boski dar zapomnienia z wód cienistej rzeki –
Kojący śnie! jeżeli taka twoja wola,
W pół tego hymnu spocząć każ i moim oczom
Lub zaczekaj na Amen – i niech całe pola
Odurzających maków łóżko me otoczą.
Niech głowa na poduszce dozna twej opieki;
Inaczej – znów porazi mnie każda niedola
Dnia, który minął. Chroń przed podziemną zagadką –
Sumieniem, kretem, który glebę serca kruszy
W mroku; w naoliwionym zamku przekręć gładko
Klucz i zamknij ucichła szkatułkę mej duszy.

Uśmiechnął się lekko do Blaine'a i zamknął delikatnie tomik, gładząc zniszczoną okładkę.
- Jak ci się podobało?
- A więc…
Kurt roześmiał się cicho.
- Nie podobało ci się – bardziej stwierdził niż zapytał.
- Wybacz.
- Przeproś świętej pamięci pana Keatsa – uśmiechnął się Kurt. – Do poezji zmuszać się nie powinno.
- Och, niektóre utwory bywają interesujące.
- Doprawdy?
Blaine uśmiechnął się tylko i ruszył w stronę jednego z regałów. Nucąc coś pod nosem, szukał przez chwilę odpowiedniego tomu, po czym usatysfakcjonowany, wyjął jakąś książkę i ruszył z powrotem w stronę Kurta. Podczas gdy przewracał kartki, Kurt uniósł delikatnie okładkę, patrząc na stronę tytułową.
- Shakespeare – przeczytał z niejakim zaskoczeniem.
Blaine tylko posłał mu dziwny uśmiech, który z jakiegoś powodu, wcale a wcale nie spodobał się Kurtowi. Pełen najgorszych przeczuć, wstrzymał oddech, gdy Blaine otworzył usta i zaczął czytać:

Gwałtowna żądza swą zdobycz porywa,
Syci się chciwie, lecz się nie nasyci;
Usta bezwolnie ustami zdobywa,
Łup cały biorąc, jaki tylko schwyci;
Lecz, jak sęp, pragnie okupu takiego,
Że wnet zrabuje cały skarb ust jego.

- Blaine! – krzyknął Kurt, czując jak na jego policzki wstępują rumieńce.
Chłopak go zignorował.

A gdy już słodycz łupów w niej goreje,
Plądruje w ślepym szaleństwie pragnienia;
Z lic jej pot spływa, krew w żyłach szaleje,
Żądza w niej męstwo nagłe rozpłomienia;
Mądra rozwaga w zapomnienie idzie,
Zniknęły myśli o czci i o wstydzie.

Widząc, że Kurt ukrywa twarz w dłoniach, Blaine przestał czytać.
- Naprawdę cię to gorszy?
- Czy powinienem być zdziwiony, że ciebie nie?
Blaine uśmiechnął się tylko, a Kurt pokręcił głową, wzdychając cicho.
Prędzej by umarł niż przyznał, że bardziej niż tekst poematu, nie podobał mu się ton, jakim Blaine go przeczytał.

***
Kurt otworzył oczy.
Miał właśnie jakiś dziwny sen, pełen nieznanych mu barw i odczuć. Pamiętał jeszcze uczucie spadania, wolnego, bezsensownego, zdającego się nie mieć kresu. I czyjś głos, wołający jego imię.
Obrócił głowę, tak, by w zasięgu jego wzroku znalazło się okno.
Westchnął.
Sądząc po kolorze nieba, wkrótce miało zacząć świtać.
Zamknął oczy i już miał przewrócić się na drugi bok, gdy coś zwróciło jego uwagę.
Czyjś głos.
Znajomy głos.
Ktoś go wołał.
A więc to jedno nie było snem.
Po cichu wsunął się z łóżka i pełen najgorszych przeczuć, wyjrzał przez okno.
Odetchnął z ulgą widząc Blaine'a.
- Co ty tu robisz? – syknął.
- Zejdź tu do mnie.
Kurt zmarszczył brwi.
- Co takiego?
- Zejdź tu do mnie, albo ja pójdę do ciebie!
- Cii! – uciszył go Kurt. – W porządku. Tylko się ubiorę. Daj mi kilka minut.
Zanim się obrócił, przyjrzał się jeszcze raz uważnie Blaine'owi.
A zachowywał się on co najmniej dziwnie. Co chwila zacierał ręce, to radośnie podskakiwał, śmiejąc się sam do siebie i wydając dzikie piski.
Dobry Boże, co takiego mogło się stać o tej godzinie?
Kurt ubrał się w pośpiechu, rzucił przelotne spojrzenie w lustro, po czym najciszej jak mógł zszedł po schodach, otworzył drzwi i wymknął się w ciemną noc.
Blaine stał w tym samym miejscu, w którym Kurt widział go przez okno. Zanim zdążył się odezwać, chłopak podbiegł do niego i potrząsnął go za ramiona.
- Kurt, ciesz się ze mną! To taka piękna noc!
Kurt wytrzeszczył na niego oczy.
- Dobrze się czujesz? Jesteś rozgorączkowany…
Blaine roześmiał się tylko, chwycił Kurta w objęcia i zaczął tańczyć z nim na około, co chwila potykając się o własne nogi. Ten w końcu sam parsknął śmiechem i pozwolił się obkręcić naokoło. Kiedy Blaine nieco się uspokoił, Kurt otrzepał ubranie i uniósł brew.
- Teraz możesz mi wyjaśnić? – zapytał coraz bardziej rozbawiony.
- Zgodziła się! – krzyknął. – Zgodziła się, zgodziła!
- Ciii! – syknął Kurt. – Nie chcę obudzić matki… Kto się zgodził i na co?
- Panna Elizabeth! – Blaine ani trochę nie zszedł z tonu. – Piękna Elizabeth! Zgodziła się mnie poślubić!
Mimo tego, że Blaine niemal wrzeszczał, Kurt przez chwilę myślał, że się przesłyszał.
- Poślubić? – powtórzył tępo.
- Przecież właśnie powiedziałem!
- Cii, cii! W porządku, rozumiem – Kurt przygryzł wargę. – Nie dostrzegasz jednak pewnej luki w tym wszystkim?
- Luki?
Kurt wywrócił oczami.
- Po pierwsze, z tego, co wiem, żadna z rodzin nie miała pojęcia o waszych schadzkach. Tu masz pierwszą przeszkodę… Drugą jest wiek.
- Miłość nie zna wieku!
- Ale jak widać po tobie, zna głupotę, więc ucisz się i posłuchaj mnie przez chwilę – powiedział Kurt, czując, jak do żył uderza mu zniecierpliwienie. – Pośpiech nikomu jeszcze nie pomógł. Znacie się niedługo, nie mylę się, prawda?
Blaine spojrzał na niego dziwnie. Po woli jakby ulatywał z niego cały entuzjazm.
- Nie – odpowiedział.
- Zresztą, jeszcze niedawno, sam powiedziałeś, że ty i dziew…
- Elizabeth jest inna!
- Znałeś ją już, kiedy to mówiłeś i wtedy wydała ci się „nieistotna."
Blaine spuścił głowę. Kurt westchnął.
- Nie zachowuj się dziecinnie. Obydwaj wiemy, że mam rację.
- Mówisz tak, bo nigdy nie kochałeś.
To ostatnie zabolało Kurta jak celnie wymierzony policzek.
Była to bowiem prawda.
Kurt znał miłość jedynie z powieści.
Nie zamierzał jednak tego przyznawać.
Blaine nawet nie zauważył szoku na twarzy Kurta. Obrócił się i wolnym krokiem zaczął iść w stronę posiadłości.
- Blaine… - zaczął w końcu Kurt, ale chłopak się nie zatrzymał. Kurt przez chwilę patrzył jak odchodzi, po czym zebrał się w sobie i krzyknął:
- Zależy mi na tobie, to wszystko!
Blaine stanął i obrócił się gwałtownie.
- Co powiedziałeś?
Kurt odwrócił wzrok i przygryzł wargi.
- To, co słyszałeś. Jesteś moim przyjacielem i zależy mi na tobie. Dlatego błagam… Zastanów się nad tym, co powiedziałem.
Blaine westchnął. Wolnym krokiem podszedł do Kurta i położył mu dłonie na ramionach.
- Doceniam troskę. Ale wiem, co robię.
Kurt westchnął, zamykając oczy. Kiedy jednak ponownie je otworzył, na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech.
- W takim razie, powodzenia.

***
Po tej nocy, Kurt stał się jedynym powiernikiem tajemnicy Blaine'a, często więc widywano ich we wzajemnym towarzystwie. Podczas długich spacerów, Kurt był świadkiem różnych stadiów zadowolenia Blaine'a – od „Och, oni nigdy się nie zgodzą…", po „Będziemy tacy szczęśliwi!", za każdym jednak razem Kurt okazywał godną podziwu cierpliwość, nie przerywając mu, ani go nie pouczając. Blaine zresztą, i tak nigdy by go nie posłuchał.
- Przenoszą się z rodzicami nieco bliżej miejscowości, w której się uczę – opowiadał Kurtowi, podekscytowany. – Oznacza to, że będziemy się częściej widywać. Nie sądzę, żeby to był przypadek. Los chce nas połączyć! Och, Kurt, taki jestem szczęśliwy!
I rzeczywiście był. Przez następne dni Blaine był czystym uosobieniem szczęścia.
Ciągle nucił coś do siebie, jego krok był sprężysty, a uśmiech w zasadzie nie schodził mu z twarzy. Pozdrawiał każdego przechodnia głębokim ukłonem, matkę zasypywał całusami, porywał do tańca służące, żartował z ojcem.
Wszystko układało się dobrze.
Tak się przynajmniej wydawało, aż do pewnego sobotniego popołudnia.
- Sądziłem, że jesteśmy przyjaciółmi!
Kurt uniósł głowę znad książki i z lekkim dezorientowaniem spojrzał na Blaine'a, który szybkim krokiem wszedł do biblioteki. Włosy i ubranie miał w nieładzie, a oczy emanowały wściekłością. Chwycił Kurta za koszulę, podrywając go na równe nogi i przygwoździł go do ściany. Kurt krzyknął na znak na protestu, kiedy boleśnie uderzył głową w zimny kamień.
- Co… - sapnął.
- Nie udawaj! Elizabeth? Coś ci świta? Tylko ty wiedziałeś! Tylko ty mogłeś nas wydać!
- Niczego nie zrobiłem!
Blaine dał mu w twarz.
- Łżesz – wysyczał. – Nikt inny…
Kurt zacisnął oczy z bezsilnej wściekłości, kiedy po twarzy popłynęły mu łzy bólu, których nie mógł zatrzymać.
- Blaine, na litość boską… Nawet nie wiem, co masz na myśli! Proszę, puść mnie…
Blaine zamrugał. Nagle jakby zdał sobie sprawę ze wszystkiego, co uczynił. Odskoczył gwałtownie od Kurta, przykładając dłoń do ust. Kurt oddychał ciężko, wciąż przygwożdżony do ściany, mimo, że nikt go już nie trzymał. Miał rozcięty policzek, bolała go głowa i ramiona, ale poza tym, powoli dochodził do siebie. Blaine przez chwilę mierzył go wzrokiem.
- Więc to nie ty…?
Kurt jęknął.
- Nie ja co?
Blaine podszedł bliżej. Kurt na moment zamknął oczy, bojąc się, że ten znowu go uderzy, ale chłopak tylko poprawił mu koszulę i przesunął mu dłonią po policzku. Kurt syknął.
- Tak mi przykro… - szepnął Blaine.
- Mogę chociaż wiedzieć za co miało mi się dostać?
Blaine odsunął się i usiadł w fotelu, ukrywając twarz w dłoniach.
- Elizabeth – powiedział po chwili, a jego głos przytłumiony był przez dłonie. – Wyjechała do Anglii.
- Co takiego?
- Cała rodzina… Nie ma ich…
- Uważasz, że…
- Powiedziałem ci, Kurt – Blaine zacisnął zęby. – Mój ojciec lubi niszczyć wszystko, co kocham.
Na moment zapadła cisza. Przez chwilę obydwaj zastanawiali się nad tym, co się wydarzyło. Dlaczego Elizabeth wyjechała? Czy ojciec Blaine'a faktycznie miał z tym coś wspólnego? Co to wszystko miał oznaczać?
Kurt mógł zrobić wiele rzeczy.
Właśnie został spoliczkowany i bezpodstawnie oskarżony. Mógł więc powiedzieć Blaine'owi, że nie chce go więcej widzieć na oczy i wyjść.
I zrobiłby to, gdyby chodziło o kogoś innego.
Ale Blaine był jego przyjacielem.
W końcu, mógł mu wybaczyć.
Kurt podszedł nieśmiało do niego i usiadł na oparciu fotela. Blaine wtulił się w niego i osunął się w jego ramionach, płacząc jak dziecko. Trzymał kurczowo koszulę Kurta, nie dając mu odejść i jednocześnie sprawiając mu ból. Kurt zamarł, ale w końcu delikatnie chwycił Blaine'a za nadgarstki, który zrozumiał aluzję i puścił jego koszulę, zostawiając jednak ręce przytulone do jego piersi. Kurt instynktownie zaczął go gładzić po włosach.
- Cii, cii… - szeptał. – Wszystko będzie dobrze.
Blaine przytulił się do niego mocniej.
- Wybacz – wymamrotał po jakimś czasie i delikatnie przesunął palcami po materiale koszuli Kurta. – Wiem, że to twoja ulubiona.
- Nie mam za złe.
Blaine zamknął oczy i wciąż płacząc bezgłośnie, wtulił się mocniej w pierś Kurta. Ten westchnął cicho, po czym zaczął delikatnie całować go po włosach. Było to niewłaściwe, ale również odruchowe i kiedy tylko Kurt zdał sobie z tego sprawę, próbował przestać, ale Blaine ścisnął go za rękę, dając mu do zrozumienia, żeby tego nie robił. Uniósł nieco głowę i delikatnie pocałował Kurta w rozcięcie na policzku, z którego wciąż płynęła krew.
- Wybacz mi – szepnął. – Wybacz mi, wybacz…
- To już nieistotne… - Kurt zamknął oczy całkowicie poddając się dotykowi. Usłyszał cichy śmiech Blaine'a.
- „Nieistotne"… - szepnął. – To słowo jest hymnem naszej przyjaźni, nie uważasz?
Jego usta raz jeszcze musnęły delikatną skórę na policzku Kurta, po czym zeszły niżej, wzdłuż szyi. Przez chwilę Blaine ssał delikatnie skórę.
- Blaine… - jęknął Kurt. – Co ty wyprawiasz?
- Nie mam pojęcia…
Delikatnie rozpiął guzik koszuli Kurta i zszedł tam ustami. Kurt wsunął mu dłoń we włosy i jęknął głośno, kiedy język Blaine'a zaczął schodzić niżej i niżej…
Oczy Kurta rozszerzyły się nagle.
Odepchnął od siebie Blaine'a, niemal go przewracając. Chłopak zachował jednak równowagę, patrząc na Kurta zdezorientowanym wzrokiem.
- Co…? – zaczął, ale Kurt nie pozwolił mu skończyć.
- C0 z tobą? – krzyknął, a jego głos podskoczył o kilka oktaw. – Tak… To nie jest… Nie chcę cię więcej widzieć! Jesteś chory! Chory, albo szalony! Nie dotykaj mnie więcej!
Ukrył twarz w dłoniach. Kiedy po paru minutach uniósł wzrok, Blaine wciąż stał w tym samym miejscu, przyglądając mu się w milczeniu.
- Nie wiem, co się ze mną dzieje… - wyszeptał. - Wybacz mi, Kurt.
- Powtarzasz to wiele razy. Lecz kiedy w końcu przestaniesz dawać sobie powody do przeprosin?
Blaine uklęknął przy fotelu. Chciał chwycić jego dłonie w swoje, ale Kurt mu na to nie pozwolił, patrząc na niego szeroko otwartymi strachem oczami.
- Zapomnijmy o tym – wyszeptał Blaine. – Zapomnijmy, że to kiedykolwiek się wydarzyło.
Kurt zacisnął wargi.
- Co chcesz, żebym zrobił?
Blaine wstał. Podszedł do drzwi i zanim je otworzył, powiedział tylko:
- Zachowujmy się jak dawniej.
Po czym wyszedł, nie dając Kurtowi szansy na wypowiedzenie choćby słowa.

***
Zbliżało się lato. Dla wielu oznaczało to trudną pracę przy żniwach, Kurta jednak ekscytowała wizja ciepłych nocy, wczesnych wschodów i późnych zachodów słońca.
Rodzice Blaine'a zadecydowali, by chłopak kontynuował naukę w tej samej szkole, do której uczęszczał Kurt – tłumaczyli się chęcią posiadania najmłodszego syna bliżej siebie, Blaine domyślał się jednak, że powód była zgoła inny.
Powód ten miał długie włosach, alabastrową cerę i różane usta.
Powód ten miał inicjały C.D.
Clarissa Delacroix była córką francuskiego imigranta, który osiedlił się niedawno wraz z całą rodziną w okolicy. Dziewczyna przyszła na świat już w Ameryce, mówiła więc płynnie zarówno po angielsku, jak i po francusku. Była dobrze wyedukowana, miała obycie w towarzystwie i dobre pochodzenie.
Czego więcej potrzeba było rodzicom?
Matka Blaine'a coraz częściej prosiła go o towarzyszenie jej w spacerach, na których dziwnym trafem za każdym razem napotykali się na panią Delacroix z córką. Wkrótce młodzi zaczęli być widywani razem, szeptając sobie jakieś tajemnice i chichocząc z dowcipów.
Obie rodziny nie posiadały się z radości.
Oczywiście, było jeszcze za wcześnie by mówić o ślubie, obydwoje byli zbyt młodzi. Nie mniej jednak, pani Anderson ekscytowała się wizją przyszłości, która zapowiadała się jasno i pomyślnie.
Kurt praktycznie nie widywał Blaine'a, który coraz częściej znajdował preteksty, by odwoływać ich lekcje („Proszę, nie mów ojcu!"), a gdy już się pojawiał, był rozkojarzony i nieobecny.
- A więc naprawdę się zakochałeś? – zapytał Kurt pewnego dnia, po kolejnym dowodzie na to, że Blaine kompletnie go nie słucha. I tym razem, chłopakowi zajęło chwilę otrząśnięcie się z rozmyślań.
- Tak – powiedział. – Chyba tak.
- Clarissa wydaje się być słodką osobą – uśmiechnął się Kurt. – Podziwiam jej gust.
- Co masz na myśli?
Kurt zmarszczył brwi, nie do końca pewien dlaczego Blaine zadał to pytanie.
- To jak się nosi – odpowiedział ostrożnie, jakby nie był pewien, czy nie brakuje mu piątej klepki. – Piękne kolory, tkaniny…
- Och.
- Sądziłeś, że…?
Blaine potrząsnął głową.
- Nieistotne.
Kurt i Blaine ani razu nie wspomnieli incydentu w bibliotece. Imię Elizabeth stało się zaś słowem tabu i obydwaj wychodzili z siebie, aby tak pozostało.
Carole Hummel również zaczęła coraz częściej poruszać miłosne tematy. Wyrzucała Kurtowi brak zainteresowania dziewczętami, których nie brakowało w okolicy. W sposób mniej lub bardziej subtelny próbowała poruszyć ten temat, jednak Kurt za każdym razem potrząsał tylko głową i udawał, że ma coś pilnego do zrobienia.
Zdawało się, że nic nie może przyciągnąć jego uwagi do płci przeciwnej.
Aż do pewnego, późnego majowego dnia.
Kurt wracał ze szkoły z Josephem, niezbyt bystrym, ale uczciwym chłopcem, który jako jeden z nielicznych nie miał nic przeciwko towarzystwu Kurta.
Rozmawiali przez chwilę na błahe tematy, kiedy nagle dołączyła do nich większa grupa starszych chłopców.
-…dopiero wtedy nazwać się możesz mężczyzną – powiedział wysoki chłopak, o ostrych rysach twarzy i ciemnych oczach. – Oczywiście, ja już mam to za sobą.
Chłopcy wydali z siebie pomruk pełen uznania. Chłopak przeczesał dłonią włosy i roześmiał się tylko. Jego wzrok padł nagle na Josepha.
- Byłeś kiedyś z dziewczyną, przyjacielu? – zapytał.
Ten poczerwieniał po same uszy i wymamrotał niezbyt zrozumiałą odpowiedzieć. Chłopak posłał mu kpiące spojrzenie.
- Z chłopcem może?
Grupa parsknęła śmiechem. Joseph wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Kurt zacisnął wargi.
- Zostaw go.
- Och, to ty jesteś nowym służącym Andersonów!
- Nie jestem niczyim służącym!
Chłopak uśmiechnął się pogardliwie.
- Ależ oczywiście… Skoro masz więc szlachetne pochodzenie, może wybierzesz się dzisiaj z nami?
- Wybiorę gdzie?
- Poznać pewną bardzo zacną, cnotliwą damę…
Kurt poczerwieniał ostro. Widząc to, grupa chłopców po raz kolejny ryknęła śmiechem.
- Skoro jeste… - zaczął chłopak.
- W porządku! – krzyknął Kurt. – Pójdę z wami!
Rozległy się gwizdy, ale Kurt je zignorował. Wzrok utkwiony miał w wysokim chłopaku, którego wyraz twarzy oscylował pomiędzy zaskoczeniem, a rozbawieniem.
- Gdzie i kiedy? – zapytał jeszcze Kurt.