Nota od autora: Nie chciałabym robić nikomu nadziei, więc uprzejmie poinformuję, że fabuły nadal nie ma (to jakby dalsza część prologu w zasadzie), a mój talent pisarski nadal jest tak samo mierny. Chciałabym tylko się wytłumaczyć, że kończenie i zaczynanie szkół (które przeżywam) nie jest ani łatwe, ani fajne, a każdy komentarz zamieszczony pod poprzednim "rozdziałem" był powodem, dla którego powstawały kolejne akapity tego tekstu, naprawdę. Komentarze to zastrzyki z czystej siedmioprocentowej motywacji, więc o nie proszę. Z góry przepraszam za ortografię (/jej brak).
John zawsze otwierał listy i poranne gazety dopiero po śniadaniu. Dzięki tej prostej zasadzie nigdy nie pomijał tego najważniejszego posiłku, nawet, jeśli wiadomości okazywały się tak okropne, żeby stracić apetyt.
Jednak akurat tego dnia wszystko wydawało się być takie, jak powinno. Wiedział o tym już, kiedy zerknął na pierwszą stronę jednego z brukowców - skoro największy żółty nagłówek informował o zmianie fryzury nieznanego mu celebryty, to najwyraźniej nie popełniono żadnego nowego tajemniczego morderstwa, nie doszło do porwania ani spektakularnej kradzieży. Jako detektyw powinien się pewnie smucić z tego, że jedyne sprawy, które znajdzie w dzisiejszej poczcie, będą dotyczyły rozwodów i innych nudnych i małych w skali kraju zagadek. Ale John skrycie cieszył się z rozwiązywania zwykłych ludzkich problemów; dawały mu odskocznię od pościgów i strzelanin, a do tego sprawiały, że czuł, że jego praca ma sens, że jest ważna. Owszem, miło rozwiązać przypadek bogatego biznesmena, ale to nie to samo - ważne persony rzadko prosiły o pomoc i dziękowały osobiście, traktowały go tylko jak rzemieślnika, który wymienia usługę za pieniądze. Za to zaangażowanie w mniej istotne i skompilowane sprawy pozwalało na nawiązanie wielu nowych znajomości, tak ważnych w pracy detektywa. O ile na początku był to największy problem Johna, który mieszkał w Londynie od niedawna, to z czasem właśnie zdobyte zaufanie i coraz szersze grono znajomych sprawiło, że osiągnął sukces. Z niektórymi klientami spotykał się jeszcze długo po zakończeniu śledztwa, udało mu się nawet odbyć z kilkoma poznanymi w taki sposób kobietami randki.
Po przejrzeniu nagłówków gazet zwykle zabierał się za otwieranie korespondencji, żeby znaleźć sobie interesujący przypadek, zajęcie na nadchodzący dzień. Na początku zdarzało się, że nie dostawał niczego nawet przez kilka tygodni, był wtedy zmuszony rozwiązywać każdą sprawę, o której tylko został poinformowany. Musiał przyznać, że to jedna z najpoważniejszych wad tego zawodu - brak stabilności finansowej. Mimo to nie chciał podejmować żadnej pracy, która by ją zapewniła - nadal pozostawał w głębi serca żołnierzem, potrzebował adrenaliny, której nijak nie zapewniłoby mu siedzenie za biurkiem na etacie. Problem z pieniędzmi wydawał się być jednak tymczasowo zażegnany. Wraz z rosnącym doświadczeniem stał się na tyle popularny, że dostawał o wiele więcej zagadek, niż mógł rozwikłać.
Patrząc na piętrzący się na stoliku do kawy stos listów, John poczuł, jak zalewa go niespodziewana fala dumy. Uzyskał swój obecny status poprzez ciężką pracę. Nie był urodzonym geniuszem, a mimo wszystko udało mu się osiągnąć pewien sukces.
Wiedział, że nie może pozwolić sobie popaść w zbytni samozachwyt, więc na wszelki wypadek zerwał się z fotela i sięgnął po niedawno kupioną książkę, "Sztuka dedukcji". Uznał tym samym, że chwilowy odpoczynek od praktyki, a przejście do poszerzania wiedzy czysto teoretycznej dobrze mu zrobi. Z lekkimi wyrzutami sumienia (jeden z listów zsunął się właśnie na podłogę, chwilę później kilka kolejnych wylądowało zaraz obok) wyciągnął nogi i z filiżanką gorącego Earl Greya zagłębił się w lekturze.
