N/A Dzięki czytającym i komentującym :) Jest mi miło niezmiernie, kiedy uzyskuję pozytywny odzew czytelników ;)
Ten rozdział tak trochę bardziej refleksyjnie. Mam nadzieję, że nie wyszedł kiczowato.
I naprawdę tak uważam, jak napisałam - tzn. tak sobie wyobrażam Harry'ego po Ostatniej Bitwie. Jakoś nie pasowały mi nigdy fiki, w których się załamuje i nie wie co ma ze sobą zrobić. Zawsze chciał mieć normalne życie i zawsze to ono w nim zwyciężało - czy to po stracie Syriusza, czy Dumbledore'a.
I wydaje mi się, że Harry był dobrym człowiekiem sensu stricte, a nie tylko bohaterskim dzieciakiem i że bardzo dorósł w ciągu ostatniego roku - dlatego tak, a nie inaczej, postępuje on w moim fiku. Skoro ja, wielka anty-fanka Snape'a potrafiłam po 7 części stwierdzić, że był to kawał drania, ale strasznie go szkoda, bo miał parszywe życie i jest mi go żal, to i Harry mógł na to wpaść ;)
Miłej lektury:)
Dwa tygodnie po Ostatniej Bitwie były najdziwniejszym okresem w życiu Harry'ego. Radość z pokonania Voldemorta, która rozprzestrzeniła się na cały kraj, mieszała się z bólem i łzami po stracie tak wielu wspaniałych ludzi. Na pogrzebie Freda Harry płakał tak, że nie sądził, że tak w ogóle można płakać. Kiedy żegnali Remusa i Tonks, trzymał na rękach swojego chrześniaka, Teddy'ego, ich osieroconego syna i tylko łzy spływały mu po policzkach. Pozostałe pogrzeby zniósł nieco lepiej, ale na każdym czuł ogromny żal. I za każdym razem zastanawiał się, czy nie mógł zrobić czegoś, by ocalić daną osobę.
Ciała śmierciożerców i samego Voldemorta spalono, w towarzystwie Ministra Magii i wielu wysokich urzędników Ministerstwa. Przybyło także wielu zwykłych czarodziejów, by w posępnym milczeniu upewnić się, że doczesne szczątki znienawidzonego czarnoksiężnika i jego popleczników zostaną zniszczone. Złowrogi pomruk satysfakcji wydobył się z widzów, gdy ciała spowite w czarne całuny zniknęły w płomieniach. Ten jeden pogrzeb przyniósł Harry'emu nie tyle radość, co ponure zadowolenie.
Poza tym działo się mnóstwo innych rzeczy. Harry udzielił niezliczonych wywiadów, złożył zeznania w Ministerstwie, zdradził Hermionie i Ronowi to, co zobaczył i czego dowiedział się ze wspomnień Snape'a, opowiedział ze szczegółami całą historię Weasleyom oraz wszystkim, którzy chcieli ją znać, pomagał Zakonowi w porządkowaniu i odbudowywaniu Hogwartu, wybrał się nawet na kilka polowań na zbiegłych śmierciożerców. Przy tym wszystkim znajdował codziennie choć kilkanaście minut, by wpaść do św. Munga i zapytać o zdrowie tych, którzy zostali ranni w bitwie. Wszyscy szybko wracali do zdrowia, w dobrych nastrojach, podbudowani zwycięstwem i czekającymi ich zaszczytami płynącymi z ich bohaterskiej postawy.
Jeden tylko Severus Snape nie odzyskiwał przytomności i Harry z coraz większym niepokojem pytał uzdrowicieli, czy może im jakoś pomóc w uratowaniu Mistrza Eliksirów. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć, czy po takiej utracie krwi, wyczerpaniu organizmu i wpływie jadu Nagini, jest jeszcze dla niego szansa.
Pytał wszystkich znajomych, czy nie znają jakiegoś sposobu, ale mało kto chciał mu coś powiedzieć, kiedy się dowiedział, komu chce pomóc Wybraniec. Jakoś nikt nie kwapił się, by tak od razu wybaczyć Severusowi, choć Harry powtarzał za każdym razem wszystkie zasługi Snape'a. Taka postawa wcale Harry'ego nie dziwiła, biorąc pod uwagę, że przez ostatni rok on sam nie mówił o niczym innym, jak o chęci zemsty na mordercy Dumbledore'a.
Tak więc Chłopiec-Który-Zwyciężył był nieco osamotniony w poszukiwaniu ratunku dla Mistrza Eliksirów. Nawet Ron odmówił mu pomocy, choć akurat po Ronie tego się właśnie spodziewał. Najmłodszemu z braci Weasley'ów zawsze trudno przychodziło wybaczanie, a jego nienawiść do Snape'a była wyjątkowo silna – silniejsza może nawet niż uczucie Harry'ego. Hermiona, w tajemnicy przed swoim chłopakiem, od czasu do czasu poświęcała trochę czasu, by pogrzebać w książkach, ale niczego do tej pory nie znalazła. Harry nie ustawał jednak w tych próbach, postawiwszy sobie za cel uratowanie tłustowłosego byłego śmieciożercy od śmierci, by ocalić choć jedną osobę.
Hermiona, szybko zorientowawszy się w motywach swojego przyjaciela, powiedziała mu jasno i dobitnie, że ocalił cały czarodziejski świat, setki ludzi, którzy zginęliby z rąk Voldemorta lub jego sług, i że nie jest jego winą śmierć kogokolwiek. Harry wysłuchał jej tyrady, pokiwał gorliwie głową i obiecał się nie zadręczać, ale po jej wyjściu z pokoju, znów zatopił się w ponurych myślach o Fredzie, Lupinie, Tonks i wszystkich pozostałych. Jakoś nie mógł pozbyć się natrętnej, gorzkiej myśli, że to wszystko jego wina.
W takich chwilach teleportował się do św. Munga i siadał na drewnianym, prostym krześle przy łóżku Snape'a, patrząc na jego bladą twarz i blizny na szyi, które pozostały po ugryzieniach Nagini.
Godziny spędzone w ten sposób poświęcał na rozmyślania. O przyszłości, o tym, co musiał i chciał zrobić w dalszym życiu. Nie, nie załamał się, nie stracił sensu życia, nie miał problemów z przystosowaniem się do nowej sytuacji. Właściwie to dopiero teraz czuł, że może oddychać pełną piersią, że może planować swoją przyszłość, nie martwiąc się żadnymi przepowiedniami i czyhającą na niego śmiercią. Co więcej – był szczęśliwy, bo był z Ginny, a jej rodzina, choć zawsze traktowała go jak pełnoprawnego jej członka, teraz prześcigała się w okazywaniu mu pełnej akceptacji i miłości. Pani Weasley karmiła go najlepiej jak umiała, pan Weasley traktował jak syna, zapraszając na wieczorne pogawędki przy Ognistej i wszystko zapowiadało się wspaniale, choć w Norze ciągle czuć było smutek po stracie Freda. Świat jednak szedł naprzód i Harry szybko zrozumiał, że płakanie nad grobami nie przynosi ani ukojenia, ani niczego już nie zmieni. Pamiętać – tak, zawsze, ale nie rozpaczać, tylko żyć tak, by chcieli tego zmarli.
Dlatego też Harry żył. Odwiedzał Teddy'ego, zasypując go prezentami, gdyż widział w chłopcu siebie – tyle, że jego dzieciństwo, choć również sieroce, nie było takie, jak małego Lupina. Jego nikt nie kochał tak, jak Teddy'ego kochała Andromeda, nikt go tak nie doglądał, a jego ojciec chrzestny spędził całe dzieciństwo swego chrześniaka w więzieniu. I choć Harry nie miał żalu do Syriusza o to, że nie zaopiekował się nim po śmierci Jamesa i Lily, to sam chciał być takim ojcem chrzestnym, o jakim marzył.
A Snape? Snape powinien dostać jeszcze jedną szansę. Tak przynajmniej sądził Harry, choć czasem dopadały go wątpliwości. On może i potrafił jako-tako wybaczyć Snape'owi, ale co z ludźmi takimi jak Ron? Czy będą w stanie na nowo zaufać najlepszemu szpiegowi, jakiego widział czarodziejski świat? Tego już Harry nie był taki pewny…
Dużo myślał też nad swoimi własnymi uczuciami do byłego nauczyciela. Patrząc na niego w takim stanie, półżywego, mając w pamięci wspomnienie atakującej Nagini, przerażenie na jego twarzy i moment, w którym był przekonany, że profesor umarł, patrząc mu w oczy, nie potrafił wykrzesać z siebie już tej niechęci, jaką zawsze do niego żywił.
Nawet zaczął inaczej podchodzić do relacji Snape'a z Lily. Cóż, przyznać trzeba było, że James z tych wszystkich wspomnień, jakie poznał Harry do tej pory, nie był człowiekiem, którego chłopak chciał mieć za ojca. I choć wiedział, że jego rodziciel rzeczywiście dorósł w późniejszych latach, to początki jego znajomości z Lily Evans nie były specjalnie obiecujące. W przeciwieństwie do relacji Lily z Severusem.
Harry pożyczył od McGonagall myślodsiewnię Dumbledore'a i kilkakrotnie przejrzał wspomnienia, jakie przekazał mu Snape, koncentrując się na tych związanych z nim i Lily. Z biegiem czasu zaczął szczerze współczuć Severusowi, zwłaszcza gdy przypomniał sobie szczątki wspomnień, jakie zobaczył w jego umyśle podczas ich lekcji legilimencji i to, co wyszło na jaw przy okazji poznania tożsamości Księcia Półkrwi. Wyglądało, że Snape miał równie podłe dzieciństwo, co Harry, a może nawet i gorsze, bo zniszczone nie przez przybraną rodzinę, a własnego ojca i matkę.
Wszystkie te myśli towarzyszyły Harry'emu podczas czuwania przy nieprzytomnym nauczycielu i chłopak coraz mocniej pragnął, by znów usłyszeć złośliwy głos Mistrza Eliksirów, nawet jeśli miała być to jakaś obelga. Biorąc pod uwagę poziom stresu, w jakim żył od lat, zachowywał się i tak całkiem nieźle, w ocenie Harry'ego, który pewnego wieczoru zdał sobie sprawę z tego, jak musiało być ciężko temu człowiekowi w czerni. I aż wzdrygnął się na myśl o ostatnim roku szkolnym, i o tym, co musiał znosić ktoś tak wierny Dumbledore'owi, że gotowy go zabić z jego rozkazu.
Nad tym też się zastanawiał. Co by zrobił, gdyby to jego Dumbledore poprosił o coś takiego, gdyby zażądał, by Harry go z zimną krwią zabił. I wiedział, że nie byłby w stanie tego zrobić, nawet jeśli było to konieczne. Tym bardziej urósł Snape w jego oczach i tym większy żal miał Harry do Albusa Dumbledore'a – choć na tego ostatniego też nie umiał się już gniewać, nie po tym, czego się dowiedział, nie po ich rozmowie „po drugiej stronie", nie po łzach na twarzy dyrektora Hogwartu. Obydwaj nie mieli łatwego życia i Harry przyznał w duchu, że jego własne problemy, nawet jeśli większe, niż każdego innego nastolatka – czy czarodzieja, czy mugola – były niczym w porównaniu do ich problemów. Co więcej – problemy Harry'ego skończyły się kilkanaście dni temu, odtąd miał wieść zwyczajne życie zwyczajnego czarodzieja i jego kłopoty miały być przyziemnymi błahostkami w stylu wyboru koloru ścian w domu, czy imion dla dzieci. Szansy na takie życie nie dostał ani Albus Dumbledore, ani Severus Snape.
Choć ten ostatni może jeszcze nie był stracony…
