2.
To była wyrafinowana tortura, pełna bólu i rozkoszy. To, co jej robił, wykraczało poza sferę wyobrażeń, poza wszystko to, czego onegdaj doświadczyła i o czym kiedyś czytała. Był zmysłowy, namiętny, pełen pasji i głodu, głodu, który zaspokajał dzięki niej, dzięki jej uległemu ciału. Kochał ją gwałtownie, szybko, jakby świat za chwilę miał się skończyć. Zwykle trwało to małą chwilę. Brał ją bez słowa, a kiedy dostał, czego chciał, po prostu poprawiał ubrania, mówił „dziękuję" i ostrożnie rozejrzawszy się, czy nikt nie widział ich razem, wychodził, zostawiając ją na skraju rozpaczy. Co z tego, że jej ciało zaznawało przyjemności, kiedy jej dusza łkała? Nie sądziła, by go to obchodziło. Bobby chciał tylko jednego- sexu- a ona głupia mu to dawała, bo naiwnie myślała, że może dzięki temu, dzięki pożądaniu, które wobec niej odczuwał, że może zdoła uszczknąć choć odrobinę miłości, którą podobno darzył swoje poprzednie kochanki, że może zdoła rozpalić w nim choć iskierkę głębszego uczucia.
Dziś, tutaj, po raz kolejny zrozumiała, że się oszukuje. Teraz kiedy czuła go w sobie, jego ruchy, pieszczotę jego warg i dłoni, niemal tracąc przytomność podczas kolejnego orgazmu, który nie przyniósł jej nic oprócz fizycznego zaspokojenia, podjęła decyzję. To był ich ostatni raz…
- Daj mi odejść, Bobby…- wyszeptała ciężko, kiedy wreszcie i on zaznał rozkoszy, i znieruchomiał w jej wnętrzu.- Pozwól mi odejść…- powtórzyła i korzystając z chwili, gdy zaskoczony spojrzał na nią i rozluźnił uścisk, zsunęła się z niego na podłogę, usiłując podnieść z podłogi swoją bieliznę, którą chwilę temu z niej zdjął, gnany żądzą. Zanim jednak zdołała na dobre wysunąć się z jego ramion, bezceremonialnie oparł ją o ścianę, dłonią chwycił jej podbródek i uniósł jej twarz tak, że stali oko w oko.
- Co ty mówisz, Tara?- spytał, wciąż jeszcze drżącym głosem, wzrokiem niemal przeszywając ją na wskroś.
- To się musi skończyć, Bobby. Dzisiaj… Ja już dłużej nie mogę…- odparła cicho, unikając jego oczu w jedyny sposób, w jaki mogła- zamknąwszy własne.
- Nie mówisz poważnie… Dlaczego?- usłyszała.
- Ponieważ chcę, zasługuję na coś więcej, na coś, czego ty nie możesz mi dać.- odparła, walcząc ze łzami.
- O czym ty mówisz, do cholery?- spytał zdenerwowany, praktycznie żądając, by na niego spojrzała.- Wytłumacz mi, bo nie rozumiem…
- Nie mogę cię zmusić, żebyś…- zaczęła niepewnie-… żebyś… a skoro nie możesz, nie chcesz…- ciągnęła prawie mamrocząc-… muszę odejść, ratować to, co jeszcze zostało z mojej duszy, serca, a mogę to zrobić tylko z dala od ciebie. Pozwól mi odejść, Bobby!- błagała, płacząc.- Skoro nie możesz mnie pokochać, to chociaż mnie uwolnij…- wyszeptała wreszcie i zanim zaszokowany jej wyznaniem mężczyzna zdołał zareagować, szybko wyswobodziła się z kleszczy jego ramion, chwyciła majteczki upychając je do kieszeni spódnicy i uciekła z ciasnego pokoju, zostawiając go zastygłego, znieruchomiałego, niczym słup soli.
xxx
Jak długo tam stał, nie miał pojęcia, ale przez cały ten czas przez jego głowę przewijały się tysiące myśli i pytań. Naprawdę tak myślała? Naprawdę uważała, że jedyne, czego od niej chciał, to sex? Czy nie widziała w jego oczach niczego więcej? Czy nie czuła tego, za każdym razem, gdy się kochali? Nie rozumiała? Jak to się stało, że nie dostrzegła, co dla niego znaczy? Przecież, chyba…
- Cholera! Jasna cholera!- zaklął pod nosem, gwałtownie przeciągając dłonią po włosach w akcie frustracji, a potem szybko doprowadzając się do porządku.
Jak mógł po raz kolejny tak spieprzyć sprawy między nimi? Jak mógł pozwolić, by pragnienia przesłoniły mu jasność myślenia? Wspominając ich zbliżenia, nie mógł nie poczuć gorąca na samą myśl, jak namiętne były, jaki ogień ogarniał go za każdym razem, gdy czuł wokół siebie jej ciało, ale, ku swojemu przerażeniu, nie pamiętał ani jednego razu, podczas którego wyszeptał na głos to, co od dawna kryło jego serce. Nigdy nie powiedział jej, że ją kocha, a przecież, gdy brał ją w ramiona, robił to właśnie z miłości. Tylko ona dawała mu ten wewnętrzny spokój, tylko dzięki niej był sobą, był kompletny, tylko z myślą o niej wracał z każdej niebezpiecznej akcji, bo wiedział, że… Była jego sercem, jego duszą, jego życiem, a on, IDIOTA, nigdy jej tego nie powiedział, bo myślał, że czyny wystarczą. Nie wystarczyły, a co gorsza, sprawiły, że właśnie ją utracił…
- Nie pozwolę jej odejść, nie mogę!- wyszeptał desperacko i biegiem rzucił się w stronę windy, wściekle naciskając guzik, jakby to miało przyśpieszyć jej pojawienie. Gdy durne urządzenie uparcie odmawiało przybycia, rozgoryczony ruszył do góry, korzystając ze schodów i pokonując pięć pięter w rekordowym niemal czasie, choć o mało przy tym nie wypluł swoich płuc. Był jednak zdecydowany działać. Nie mógł tego tak zostawić. Musiał z nią porozmawiać, wyjaśnić, nawet jeśli miałby ją publicznie zaciągnąć do konferencyjnego i zamknąć na klucz, zmuszając, by go wysłuchała. Może dotąd i był głupim, tchórzliwym drongo*, ale dość tego! Nie zamierzał, nie mógł jej stracić…
Kiedy wreszcie wpadł do biura, zdyszany, jego serce waliło dziko, ale był gotów…
- Tara!- zawołał, przekraczając próg i od razu spojrzał w kierunku jej biurka. Było puste…- Gdzie jest Tara?- zapytał niespokojnie rozglądając się po pomieszczeniu, które było niemal opustoszałe. Sparky i Sue jeszcze nie wrócili z lunchu, Myles rozmawiał przez telefon, a Lucy właśnie nalewała sobie kawy.- Gdzie Tara?- powtórzył uparcie.
- Źle się poczuła. D. wysłał ją do domu.- wyjaśniła ciemnoskóra sekretarka.- Dlaczego pytasz?- dodała, ale nie doczekała się odpowiedzi.
Zamiast tego, ze zdumieniem patrzyła, jak Bobby okrąża swoje biurko, zabezpiecza komputer, a potem zmierza prosto do wyjścia.
- Powiedz D., że wziąłem wolne.- rzucił przez ramię i już go nie było.
- Dziwne…- pomyślała murzynka, a potem potrząsnęła ramionami i wróciła do pracy…
TBC
* drongo- australijskie, slangowe określenie idioty, bądź kretyna
