Tytuł: After All
Autor: PissedOffEskimo
Pairing: HP/DM
Rating: NC-17 (w późniejszych rozdziałach)
Ostrzeżenia: Slash, AU
Beta: brak
Wakacje I
Część pierwsza
1 czerwca 1990
– Ale on mnie nie lubi! – Harry próbował wyrwać się Minerwie, na co ta jeszcze mocniej ścisnęła jego rękę.
Kobieta westchnęła głęboko, nadal brnąc w kierunku lochów.
– Severus nikogo nie lubi, Harry.
Chłopak w końcu przestał się wyrywać i zamiast tego wydął wargi.
– To dlaczego muszę z nim zostawać? Dlaczego nie mogę iść z panią?
W ciągu roku szkolnego profesor McGonagall i inni nauczyciele zajmowali się nim na zmianę. Z początku próbowano utrzymać to w tajemnicy, ale od kiedy Harry przekonał się, że nikt nie zamierza go głodzić ani zamykać samego za łamanie zasad, robił to dość często i wieść, że Harry Potter mieszka w Hogwarcie szybko się rozniosła.
Samo to nie było aż tak wielką tragedią. Większość uczniów polubiła dziewięciolatka tak szybko, jak zrobiło to ciało pedagogiczne. Jednakże w tym roku zaczęli naukę w pierwszej klasie bliźniacy Weasley, którzy natychmiast dostrzegli okazję, by „zdeprawować niewinnego chłopca". Pomimo niestrudzonych wysiłków szkolnego personelu, Harry znał teraz tyle sekretnych przejść, co każdy z profesorów, a prawdopodobnie nawet więcej. Wiedział także, gdzie mieściła się kuchnia, co w niezliczonch przypadkach prowadziło do problemów z żołądkiem. Upilnowanie małego diabła nie było prostym zadaniem.
Przemiana z nieśmiałego, niepewnego siebie i niezwykle małomównego chłopca w hałaśliwego, towarzyskiego i niekiedy gadatliwego dzieciaka zajęła zaskakująco mało czasu i miała prawie tyle samo negatywnych konsekwencji, co pozytywnych. Nie to, żeby Minerwa nie uwielbiała go teraz, kiedy w końcu nie bał się mówić tego, co myślał i robił co chciał i kiedy chciał. Ale był również męczący i zarówno ona jak i reszta personelu z niecierpliwością oczekiwała prawie dwumiesięcznych wakacji. Na czas ich nieobecności Dumbledorowi udało się (i tylko Merlin wie jakim cudem) przekonać Snape'a do opieki nad chłopcem. W kwaterach profesora pojawił się dodatkowy pokój, wyposażony również dla syna chrzestnego Snape'a, Draco Malfoya, który miał gościć w zamku przez dwa tygodnie wakacji. Dumbledore stwierdził, że to doskonała okazja, by Harry spędził trochę czasu z kimś w jego wieku i namówił na zgodę (po raz kolejny, tylko Merlin wie jak to zrobił) tak Lucjusza Malfoya, jak i Severusa.
Oczywiście, młody Malfoy miał przybyć dopiero półtora miesiąca później, a Harry nie miał zbytniej ochoty na spędzenie sześciu tygodni jedynie w towarzystwie mężczyzny, którego cała szkoła nazywała „oślizgłym draniem".
Minerwa zastrzymała się i odwróciła, klękając przed chłopcem. Westchnęła na widok jego nadąsanej miny. Chłopak robił się w tym naprawdę dobry, z takim podejściem z powodzeniem mógłby zostać przydzielony do Slytherinu.
– Hogwart jest dla ciebie najbezpieczniejszym miejscem, Harry.
Młodzieniec spuścił głowę, a jego ramiona obwisły.
– To dlaczego tu pani nie zostanie?
– Muszę wracać do domu, żeby zobaczyć się z moją rodziną, Harry, tęsknię za nimi. – Założyła mu za ucho pasmo włosów opadających na policzek, nie zwracając uwagi na to, że natychmiast się stamtąd wyślizgnęły. – Nie będzie tak źle. To tylko dwa miesiące, osiem tygodni. I przez dwa z nich będziesz miał towarzystwo. Poza tym, profesor Dumbledore i Hagrid będą tutaj prawie cały czas i możesz ich odwiedzać kiedy tylko zechcesz.
– Dlaczego nie mogę zostać z nimi?
– Już to przerabialiśmy. – Minerwa wstała i wzięła Harry'ego za rękę. – Nigdy nie wiadomo, kiedy dyrektor będzie musiał wyjechać, a Hagrid jest zbyt zajęty opieką nad zwierzętami i lasem. Będzie bezpieczniej, jeśli zostaniesz z kimś, kto będzie mógł cię pilnować przez cały czas. Chodź już.
Tym razem Harry nie zaprotestował, po prostu wlókł się dwa kroki za nią, tak jakby chciał, żeby była świadoma jego niechęci. Kiedy zatrzymali się przed drzwiami do komnat Snape'a, posłał jej ostatnie błagalne spojrzenie, któremu ta jednak nie uległa. Kosztowało ją to sporo wysiłku. Wolałaby, żeby pożegnał ją z uśmiechem.
Kiedy gospodarz otworzył drzwi, Minerwa z niezadowoleniem zauważyła, że Snape wyglądał na co najmniej tak samo zniesmaczonego całą sytuacją jak Harry. Grymas na jego twarzy był jeszcze bardziej nieprzyjamny niż zwykle i cała jego postać ziała złym humorem. Kobieta przykucnęła i Harry zarzucił jej ramiona na szyję, przytulając się mocno.
– Będę za panią tęsknił, pani profesor.
– Ja za tobą też, Harry. – Uśmiechnęła się do jego włosów. – Szybko się przyzwyczaisz, a ja będę z powrotem zanim zauważysz.
Kiedy się oddaliła, chłopak spojrzał na Snape'a. To będzie okropne lato. Zakładając, oczywiście, że w ogóle je przetrwa – Snape już wyglądał, jakby chciał go udusić.
– Masz zamiar stać tam przez cały wieczór, czy zechciałbyś może wejść?
Harry poczuł nieprzemożoną chęć by powiedzieć, że wolałby raczej zostać na miejscu, ale powstrzymał się, widząc jak Snape odsuwa się, by pozwolić mu przejść. Nie chciał kusić losu już na początku swojej dwumiesięcznej „kary". Przez cały rok unikał Snape'a. Siadał możliwie jak najdalej od niego podczas posiłków w Wielkiej Sali, nadkładał sobie drogi, wędrując po szkole, byle tylko ominąć lochy, i wolałby raczej pomóc profesor Trelawney posegregować jej nowy zapas ziół, niż zostać pod opieką Mistrza Eliksirów.
W salonie nic się nie zmieniło. Nawet poduszki na sofie i koc rzucone były dokładnie tak samo, jak tego dnia, kiedy profesor McGonagall przyszła po niego rankiem po pierwszej nocy spędzonej w zamku. Jedyną różnicą były drzwi na ścianie po prawej, którą wcześniej zdobił tylko kominek. Snape nie powiadomił Harry'ego, że miał to być jego pokój. Właściwie to w ogóle się nie odezwał, usiadł jedynie przy biurku.
Harry czekał w całkowitej ciszy prawie minutę, zanim wyraźnie poirytowany profesor w końcu zwrócił na niego uwagę.
– Nie przypuszczam, że przyniosłeś sobie coś, czym mógłbyś się zająć?
Harry powoli pokiwał głową, nie do końca pewny, o co Snape'owi chodziło. Pomyślał, że jakakolwiek inna odpowiedź nie była by mile widziana.
– Więc idź do swojego pokoju i zajmij się tym. Nie oczekuję cię aż do kolacji.
– Tak, profesorze – skinął i odszedł, nie czekając na dalsze instrukcje.
Komnata była znacznie większa niż jego sypialnia w kwaterach McGonagall, ale była też bardziej pusta. Ciemnoszare, kamienne ściany pozbawione były okien. Z sufitu zwieszała się lampa. Były też lampki po obu stronach łóżka i jedna na biurku. Nawet jego plakat przedstawiający graczy Quidditcha, który pani Hooch podarowała mu na święta, wydawał się śmiesznie mały na rozległej przestrzeni ściany obok łóżka.
Zajrzał do szafy i odkrył, że skrzaty zdążyły już przenieść jego ubrania. Część wisiała na wieszakach, a resztę starannie poskładano. Biurko też zostało porządnie wyposażone – znalazł pióra, kałamarze, pałeczki grafitu oraz pergamin, dzięki czemu mógł porysować, kiedy będzie się nudził. W rogu stały poukładane książki, które wypożyczył sobie z biblioteki do przeczytania przez wakacje.
Siadając na sporych rozmiarów łóżku, z zaskoczeniem odkrył, że jest ono dość sprężyste, choć niezupełnie miękkie. Położył się, krzyżując ręce pod głową, i wpatrzył się w sufit. To będzie bardzo długie lato.
Harry obudził się następnego ranka bardziej zmęczony, niż kiedy kładł się spać. Wydało mu się to dziwne, bo przecież przespał kilka godzin więcej, niż zwykle. Otworzył oczy, zastanawiając się, czy powinien powiedzieć profesor McGonagall o swoim dziwnym śnie (po raz kolejny przyśnił mu się latający motocykl – a nie przydarzyło mu się to odkąd pojawił się w Hogwarcie), ale zupełnie obcy pokój, w którym się znajdował, szybko przypomniał mu, że nie był w swojej sypialni w Wieży Gryffindoru, a jego opiekunka była nieobecna.
Został sam ze Snape'em.
Podłoga była tu chłodniejsza niż w wieży, jak zauważył, stawiając na niej stopy. Nie było tutaj okien, przez które poranne promienie słońca mogłyby ogrzać jej kamienną powierzchnię. Pośpieszył do szafy i najpierw wygrzebał parę skarpetek, później spodnie i koszulę. Harry wyjrzał na zewnątrz komnaty w poszukiwaniu Snape'a. Profesor siedział przy biurku, zapisując coś na pergaminie.
Zagryzając wargę, Harry rozejrzał się za stołem, ale nigdzie żadnego nie dostrzegł. Właśnie miał zamiar się odezwać, kiedy nagle uprzedził go Snape.
– Śniadanie było ponad godzinę temu. Następnym razem spróbuj obudzić się przed południem.
Harry spochmurniał, słysząc pogardliwy ton głosu mężczyzny. Snape nawet nie pofatgował się, żeby na niego spojrzeć, ale chłopak tego nie skomentował. Zamknął za sobą drzwi.
– Pościeliłeś łóżko?
Harry zamrszczył brwi.
– Skrzaty domowe...
– Nie widzę powodu do lenistwa, Potter. Pościel łóżko.
Zirytowany chłopak wrócił do swojego pokoju, prawie trzaskając drzwiami ze złości. Co za różnica czy pościeli łóżko, czy nie? Skrzaty i tak zrobią to od nowa, jak zawsze. Dlaczego Snape musiał być tak... tak złośliwy od samego rana? To nie była nawet pora na herbatę, a mężczyzna już był w paskudnym nastroju.
Upewniając się, że wszystkie rogi przykrycia włożył dokładnie pod materac, Harry wygładził materiał w miejscach, gdzie był pognieciony. Usiadł przy biurku, zastanawiając się, co teraz zrobić. Bardzo chciał zobaczyć się z Hagridem albo profesorem Dumbledorem, ale nie chciał im przeszkadać. Może po prostu pokręci się po zamku albo spróbuje włamać się do szopy z miotłami przy stadionie Quidditcha. Zazdrościł graczom, który latali wysoko ponad trybunami, i bardzo chciał też spróbować, ale McGonagall stwierdziła, że jest jeszcze za mały i będzie musiał poczekać aż znajdzie się na pierwszym roku nauki.
A więc schowek na miotły. Przeskoczył z rozmachem do drzwi i przekroczył salon najszybciej, jak się dało. Ostatnią rzeczą jakiej pragnął, było by Snape zabronił mu wyjść. Niechybnie umarłby z nudów, gdyby nie mógł wychodzić na zewnątrz. Albo to, albo Snape by go zabił, gdyby się na niego wściekł.
– Potter.
Harry zatrzymał się z ręką na klamce.
– Tak, profesorze?
– Czy na podłodze zostały jakieś ubrania? – Przez chwilę chłopak rozglądał się zmieszany po pomieszczeniu. – W sypialni, Potter. Zostawiłeś jakieś ubrania na ziemi? Nie będę tolerował bałaganu.
Młodzieniec nawet nie zaprzątał sobie głowy by powiedzieć, że skrzaty domowe by je pozbierały, niezależnie czy rzuci je na podłogę, czy nie. Po prostu wrócił do pokoju, podniósł brudne spodnie i koszulę i położył je na łóżku. Jeszcze raz przyjrzał się komnacie. Przysunął krzesło pod biurko i na wszelki wypadek jeszcze raz wyrównał skrawki zapisanego pergaminu, zanim znowu wyszedł.
– Coś jeszcze, profesorze?
– Wziąłeś kąpiel? – Och, na litość... – W przeciwieństwie do tego, co myślisz, porządek obejmuje także higienę osobistą. Na przyszłość wiedz, że codziennie powinieneś kąpać się, myć zęby i zakładać czyste ubranie. Masz ścielić łóżko i nie rozrzucać niczego po podłodze. Czy to jasne?
Mężczyzna nadal nie podniósł na niego wzroku. To rozdrażniło Harry'ego bardziej, niż wszystko inne. Mistrz eliksirów ciągle go upominał, a nawet nie zaszczycił go jednym spojrzeniem. Przełykając swój gniew, chłopak skinął głową.
– Tak, profesorze.
– Dobrze. Możesz odejść.
Możesz odejść?! To nie była lekcja, a on nawet nie był uczniem. Snape nie mógł tak po prostu go odesłać! Harry zacisnął zęby i wszedł do swojej sypialni. Zabrał ze sobą książkę, po czym wrócił do salonu, by rzucić się na sofę. Widział, że Snape obserwuje go kątem oka, więc wyciągnął się wygodnie, kładąc nogi na kanapie i skopując kilka poduszek na podłogę.
Skoro Snape traktował go jak irytującego dzieciaka, zrobi wszystko, co w jego mocy, by właśnie tak się zachowywać.
–cdn–
