Sam prolog to mało, więc wrzucam pierwszy rozdział :) Nie muszę chyba mówić, że PKP miało w tym swój udział...


Rozdział pierwszy

Będę za pół godziny. SH

John nie przepadał za takimi wiadomościami, tym bardziej, gdy przychodziły o dziwnej porze. W dziewięciu przypadkach na dziesięć oznaczały, że Sherlock miał poważny kłopot. Detektyw nauczył się wprawdzie, że jeśli ktoś ma żonę i to spodziewającą się dziecka, to nie zawsze będzie z nim latał po najgorszych dzielnicach Londynu, więc były sprawy, które prowadził sam, jak kiedyś, zanim poznał Johna. W takich wypadkach nagły sms wściekłym świtem zapowiadał kłopoty. Pocieszająca była tylko myśl, że gdyby sytuacja była naprawdę tragiczna, Sherlock zadzwoniłby, zamiast pisać.

Mimo wszystko czekając na niego, John ubrał się i przygotował apteczkę. Zdarzyło się już, że Sherlock stanął u niego na progu o dziwnej porze, bo potrzebował jego pomocy jako lekarza, więc mogło tak być i tym razem. Dochodziła czwarta nad ranem, więc John wolał, żeby jego przyjaciel miał naprawdę dobry powód.

Nie musiał długo czekać. Dokładnie po pół godziny rozległo się ciche pukanie do drzwi. Idąc przez korytarz John pomyślał, że nastąpiła poprawa; tym razem Sherlock nie obudził całego piętra wariackim wciskaniem dzwonka. Sarah spała, błogo nieświadoma nocnej wizyty. Przy odrobinie szczęścia nawet się nie obudzi.

- Co się stało? - zapytał z miejsca John, ledwie Sherlock wślizgnął się do środka. Odruchowo popchnął drzwi, żeby się zamknęły i dostrzegł, że jego przyjaciel nie był sam. - Och.

- Zajmiesz się nią? - odpowiedział pytaniem Sherlock i popchnął ku Johnowi swoją małą towarzyszkę. Dziewczynka miała na oko półtora roku, może trochę więcej. Była zaspana i zaciskała rączkę na długich palcach Sherlocka, który sztywno wyswobodził się z tego uchwytu, ledwie znaleźli się w mieszkaniu. John przeniósł wzrok z dziecka na przyjaciela i ocenił oboje. Ciemne kręcone włoski, trójkątna twarzyczka... oraz zadziwiająco ciepłe brązowe oczy i rumiana buzia. Co do diabła...?

- Raczysz wyjaśnić? - zapytał John, nakazując sobie cierpliwość. Nie wysnuwaj pochopnych wniosków. Nie było żadnych widocznych oznak, by trzeba było użyć apteczki, a to zawsze coś. Sherlock za to nerwowo bawił się palcami i błądził wzrokiem dookoła. Niepewny. I zniecierpliwiony.

- To nie jest teraz istotne - odpowiedział jak zwykle. - Zajmiesz się nią? To ważne.

- Żartujesz sobie. - John skrzyżował ręce na piersi. - Jest czwarta w nocy, a ty tak po prostu przychodzisz z jakimś dzieckiem.

- Zdziwiony?

- Nie, nieszczególnie - przyznał John. W końcu po Sherlocku można się było spodziewać dosłownie wszystkiego. - Czyje to dziecko?

- Molly Hooper.

Teraz już John był zdziwiony. Córka Molly? Jak to? Jakim cudem nic o tym nie wiedział? Stał przez chwilę i gapił się na swoich gości, aż Sherlock przerwał ciszę z wyraźnym zniecierpliwieniem.

- John, możesz z nią coś zrobić? Z każdą chwilą zwiększa się prawdopodobieństwo, że zacznie wydawać z siebie dźwięki o wysokiej częstotliwości. Nie lubię tego.

John parsknął śmiechem, słysząc, jakimi słowami Sherlock określił ryzyko płaczu. Zerknął na dziewczynkę, która stała zaskakująco spokojnie, trochę przestraszona, trochę zaciekawiona. Trzymała się w pobliżu Sherlocka, więc najwyraźniej musiała go znać.

- Zakładam, że masz w tym większe doświadczenie - dorzucił detektyw. - Zrób coś z Sheilą.

- Tak. Racja - potaknął John. Zaczynał wchodzić w fazę, kiedy już nic go nie dziwiło. Gdy jednak Sherlock sięgnął do klamki, oparł się ręką o drzwi. - Ale najpierw wyjaśnisz mi, co się dzieje.

- Molly zniknęła. Ktokolwiek za tym stoi, chce czegoś ode mnie. Statystycznie patrząc, możliwość wykorzystania dziecka jako szantażu jest wysoka, więc chcę tego uniknąć. Nie mam i nie chcę mieć pojęcia, co się robi z małymi ludźmi, a najbliższą osobą, która wie, jesteś ty. Oczywiste.

- Tja, oczywiste - mruknął John. Dzieci zwykle nie miały dołączonej instrukcji obsługi i zachowywały się nieprzewidywalnie, więc nie dziwił się, że opieka przekraczała możliwości socjalne Sherlocka. - Czekaj, skąd wiedziałeś, że Molly zniknęła? I skąd zabrałeś tę małą?

- Kamery Mycrofta - rzucił krótko Sherlock. - Włamałem się do mieszkania, chociaż technicznie patrząc, wcale nie. Ktoś zrobił to przede mną. Ty zajmij się dzieckiem, ja poszukam Molly. Może Mycroft dowiedział się już czegoś więcej – dorzucił.

- O, cześć, Sherlock – odezwała się nieoczekiwanie zaspana Sarah bez najmniejszego zdziwienia na widok detektywa o tej porze. Stała w drzwiach sypialni i poprawiała szlafrok. Zerknęła na Sherlocka, na Johna, a potem na małą Sheilę. – Tym razem inny problem – skomentowała swobodnie. Poprzednio Sherlock zajrzał do nich w środku nocy, gdy jakiś złodziej uraził mu niedoleczone po postrzale ramię.

- Witaj, Sarah. Będziesz tak dobra i położysz Sheilę spać, czy co tam się z dziećmi robi o tej porze? – poprosił całkiem uprzejmie Sherlock. John zauważył, że to nie była ta sztuczna uprzejmość, której przyjaciel używał, gdy chciał coś osiągnąć; zresztą Sarah go znała i pewnie nie dałaby się nabrać. - Muszę lecieć.

- Ymm, tak, jasne – odparła nieco sennie Sarah i posłała mężowi pytające spojrzenie. John pokręcił nieznacznie głową na znak, że też nie ma pojęcia, o co dokładnie chodzi.

- Zaraz wyjaśnię – obiecał i podał żonie dziewczynkę. Sarah wzięła ją na ręce i zabrała do sypialni. Sherlock natychmiast skorzystał z okazji i otworzył drzwi. Był już na klatce schodowej, gdy John wyszedł za nim i zapytał.

- Czy to jest też twoje dziecko?

- Jeśli pytasz, czy jestem biologicznym ojcem, to tak - odparł Sherlock tonem, jakby rozmowa dotyczyła obiadu. - Jeśli pytasz, czy to jest moja córka, odpowiedź brzmi nie. To córka Molly Hooper - dorzucił i zbiegł po schodach.

Z mieszkania dobiegł Johna płacz dziecka. Doktor westchnął i wrócił do sypialni z dziwnym skojarzeniem, że będą mieli okazję poćwiczyć z Sarah bycie rodzicami.

- Nie poszedłeś z nim? –zdziwiła się Sarah, ledwie John stanął w drzwiach. Mała Sheila, którą trzymała na rękach, obejrzała się na doktora z nadzieją, ale potem rozpłakała się jeszcze bardziej. Musiała się zorientować, że Sherlock zostawił ją z obcymi ludźmi i nie była już taka ufna, jak w jego obecności.

- Może powinienem... - przyznał John, zaskoczony, że Sarah tak po prostu mu to sugerowała. Spodziewał się raczej przeciwnej reakcji. - A dasz sobie radę?

- Pewnie, w końcu to tylko dziecko - odparła Sarah, tuląc dziewczynkę i usiłując ją uspokoić. –Tylko czyje? Co tu robi?

- Ta mała jest Molly – wyjaśnił pospiesznie John, jednocześnie wiążąc buty. – A Molly zniknęła i Sherlock jej szuka.

- O Boże… Czemu? Coś wiadomo? – zaniepokoiła się Sarah. Kołysząc dziewczynkę w ramionach, podeszła do okna i odgarnęła zieloną zasłonę.

- Nie mam pojęcia. – John wyciągnął broń z szuflady przy biurku i zgarnął dodatkowy magazynek. Tak na wszelki wypadek. – Cholera, Sherlock pewnie już pojechał…

- Nie, stoi na dole i rozmawia przez telefon – odparła Sarah. – Widzisz, Sheilo? – zagadnęła dziewczynkę. – Tam jest tata – pokazała ręką. Sheila na moment przestała chlipać i otworzyła szeroko oczy w zdziwieniu.

- Tata?

- Sherlock – podpowiedział John, nim zdziwiona Sarah zareagowała. No tak, powinni się byli domyślić, że mała nie mówiła do Holmesa „tato".

- Sellok posedł – odezwała się Sheila z urazą.

- Poszedł, ale wróci – obiecała Sarah, licząc pewnie, że dziewczynka nie zacznie znów płakać. - Ma na pewno coś ważnego do załatwienia, ale przyjedzie tu po ciebie. Chodź, zobaczymy…

John nie słuchał dłużej żony przemawiającej łagodnie do dziecka. Zgarnął kurtkę z wieszaka w korytarzu i wkładał ją zbiegając już po schodach. Sarah na pewno zaraz zamknie drzwi.

Dopiero dwa piętra niżej, gdy wyszedł na dwór i zobaczył, że Sherlock dalej rozmawia, zatrzymał się i przeanalizował, co się właśnie wydarzyło i czego się dowiedział. Obejrzał się za siebie i dostrzegł żonę w oknie. Sarah trzymała małą Sheilę na rękach i nadal coś jej pokazywała. Sherlock... Molly... Sheila?

- Chryste, jak wyście to zrobili! - powiedział głośniej, niż zamierzał. Sherlock akurat skończył rozmawiać i spojrzał na niego z umiarkowanym zainteresowaniem.

- Podobno Sarah spodziewa się dziecka - wytknął chłodno. - Mam szczerą nadzieję, że wiesz, skąd się wzięło - rzucił, jednym zdaniem zamykając Johnowi usta.

- Tak, przepraszam - odparł. - Wiesz coś? Co się stało z Molly?

- Została zabrana zielonym audi ze swojego mieszkania koło drugiej dwadzieścia - powiedział Sherlock nieobecnym tonem, jednocześnie wpisując coś w telefon. - Mycroft usiłuje namierzyć samochód i sprawców, ale to potrwa! – warknął gniewnie. – Było ich trzech albo czterech, wiem, że jeden używa beznadziejnej wody kolońskiej w dużych ilościach, a pewnie na klamce znajdą się odciski palców, ale nie miałem czasu wszystkiego zbadać… Ale co ty tu robisz? - zorientował się nagle, że mówi do Johna i zmarszczył brwi.

- Chcę pomóc.

- Prosiłem, żebyś zajął się małą – przypomniał ze zniecierpliwieniem Sherlock. Zerknął na wyświetlacz telefonu, zaklął pod nosem i mówił dalej. – Mówiłem, że musi być bezpieczna. A ty zostawiasz ją samą z Sarah. Nie wątpię, że pewnie nadal skutecznie posługuje się miotłą, ale to może być za mało.

- Więc chcesz, żebym chronił Sheilę, tak? – upewnił się John.

- Przynajmniej dopóki Mycroft nie zabezpieczy okolicy – potaknął Sherlock. – Wracam do mieszkania Molly, od czegoś muszę zacząć.

- Zawiadomiłeś policję? – zapytał doktor, przeczuwając, jaka będzie odpowiedź. Nie zawiódł się.

- To zbyt ważne, nie było czasu – prychnął lekceważąco Sherlock. Zza rogu wyjechała taksówka i detektyw machnął ręką, by przykuć uwagę kierowcy. – Pewnie Mycroft już to zrobił.

- Niech da mi znać, jak już tu kogoś przyśle – poprosił John, choć wiedział, że najpewniej będzie musiał sam zadzwonić do Mycrofta. – Dołączę do ciebie, jak tylko tutaj będzie bezpiecznie.


Filigranko, fluffu może trochę będzie, ale mam nadzieję, że się lukier z ekranu nie poleje. A gdyby przypadkiem zaczął za mocno, to mnie kopnijcie, bo ma być realistycznie a nie słitaśnie.