- Kolorowych snów, Jaskierku – Angouleme puściła mu oczko ze swojego posłania, wykrzywiając się jak małpka – żebyś miał co nam jutro opowiadać, nie, wujciu? - szturchnęła Regisa w bark stópką.

Jaskier tylko coś odburknął.

Regis już wielokrotnie zaszczycony taką ingerencją w jego przestrzeń osobistą, nie pouczał Angouleme. Za pierwszym razem ta rzuciła mu się na szyje, pech chciał że akurat miała menstruację. Właściwie to w taki sposób dowiedziała się, że jest wampirem. Lepiej późno niż wcale. I nazywanie go "wujciem" mu nie przeszkadzało. Lubił to dziecko, niech ma chociaż tyle szczęścia. Udawał, ze nie widzi, jak podbiera mu tytoń z torby. Niech już będzie tym dobrym wujciem.

- Ależ oczywiście, droga Angouleme – wampir błysnął kłami – jak Jaskier opowiada to tak czas się nie dłuży. Wam, ludziom. A kwestia przemijania to temat na dłuższą dysputę. Idźcie spać, widzicie, nasz bard zasnął słodko.

- Przeto on twoje ziółka pił, wampirze – Milva przeciągnęła się – jemu idzie łatwo zasnąć.

- Może wy też chcecie?

- Ja dziękuję, na razie nic od ciebie nie chcę, bez obrazy. Mandragora dała mi popalić, jeśli wiesz co mam na myśli – wiedźmin wiercił się na posłaniu, szukając wygodnej pozycji, by nie urażać kontuzjowanych częsci ciała – Dobranoc.

- ...branoc – wampir został sam wśród zasypiających, lub już śpiących, kompanów.

Popatrzył na śpiącego blisko Jaskra, a oczy rozbłysły mu się zielonym, kocim blaskiem.

XXX HANNIBAL XXX

Jaskier cały dzień pilnował się, by nie okazywać zaskoczenia wydarzeniami wokół niego.

Vesemir, ten stary jebaka i wiedźmin... teraz uczył chłopców tańca. Mogło by to być śmieszne, ale w zupełnie innych okolocznościach. Cahir? Pląsał w obcisłym trykocie ze ślicznymi i wiotkimi dziewczętami. Ale akurat jemu Jaskier zazdrościł. Bez względu na okoliczności. Poeta dopiero się zorientował, że dyrektor opery, Foltest, jest królem Temerii. O Djikstrze nie wspominając.

Na dzisiaj w operze była przewidziana premiera "Hannibala". Jaskrowi nic to nie mówiło. Przez cały czas od rana czuje zapach cynamonu. I goździków. Nie myślał o tym, starał się myśleć jak najmniej. A wydarzenia poprzedniego wieczora starałsię wyprzeć z pamięci. Ale przecież nie mógł zdradzić Aniołą Muzyki.

Jaskier spodziewał się niespodzianek, ale nie takich, jakie go spotkały podczas próby.

Poeta siedział ze swoją lutnią i nutami wśród innych instrumentalistów, czując się jak wilk w bajce o dziewczynce z zapałkami. Nie na miejscu. Z nudów przyglądał sie na dyrygenta-Djikstrę. Przyglądał się jak ten chłop, ze swoimi ponad siedmioma stopami wzrostu, dyryguje, z silnym skupieniem na twarzy. Bardzo pospolitej i nieładnej twarzy. Tylko to go w tym świecie smieszyło. Tęsknił do Geralta, który w tym przypadku był ostoją normalności.

Próba się zaczęła. Na scenę wszedł wysoki, przystojny blondyn odziany w złotą szatę, ze słotymi malunkami na twarzy, zaczynając śpiewać pięknym, aczkolwiek trochę przepitym głosem:

Oto trofeum naszego wybawcy
Od naszego wybawcy
Spod jarzma Rzymu!

Jaskra oblał zimny pot. Wiedział kto to śpiewa. Vilgefortz. Poeta wewnętrznie piszczał. Na scenę wyszedł Hannibal i zaczął arię, jednak Jaskier nie rozróżniał słów. Poznał tę twarz z wilgotnymi oczami i blizną na policzku. Rience. Jaskier pragnął się obudzić, zaczął wszak myśleć, że to wszystko sen.

Bard kątem oka uchwycił ruch w kratce wentylacyjnej, znowu poczuł zapach przypraw korzennych. Mimo szybkiego zajrzenia w kratkę, nic tam nie zobaczył. Nawet cienia.

Na scenie nagle wybuchło zamieszanie.

- Panowie... Panowie! Monsieur Djikstra, mam prośbę! - król Foltest, mimo normalego ubioru, dalej prezentował się po królewsku. Nawet Jaskier musiał przyznać, że to kawał przystojnego chłopa. Djikstra nakazał ciszę. - Dziękuję! Jak wiecie przez ostatnie tygodnie istniały plotki o moim nieuchronnym odejściu. Były one prawdą. Mam przyjemność przedstawić wam monsieur Lamberta i monsieur Eskela.

Obaj mężczyźni ukłonili się, uśmiechając się. Jaskier mógłby przysiąc, że takich uśmiechów u wiedźminów świat jeszcze nie widział.

- I jesteśmy głęboko zaszczyceni naszym nowym patronem, wicehrabią Geraltem z Rivii! - król Foltest kontynuował.

Jaskier w tym momencie wyzbył się wszelkich złudzeń o powrocie do normalności. Geralt ubrany w wams, koszulę z żabotem, bryczesy, buty do konnej jazdy i frak, nie wyglądał na wiedźmina takiego, jakim go znał poeta. Nawet białe włosy miał czyste i związane tasiemką na karku. Bez miecza. Czysty i ogolony. Geralt ukłonił się sztywno, powiedział frazesy, że róznież jest wielce zaszczycony.

- To jest nasza gwiazda, pierwszy tenor, monsieur Vilgefortz! Już piąty sezon! - Foltest przedstawiał nowoprzybyłym członków zespołu - a to, nasz bas, signor Rience!

Grupka mężczyzn przeszła w stronę tancerzy.

- Oto Vesemir, nauczyciel tańca i baletu. Jego syn, Cahir. Przejdźmy do sekcji instrumentalnej. To nasz wytrawny dyrygent, Djikstra.

Djikstra ukłonił się dwornie.

- A to Julian Lettenhove, przybrany syn Vesemira. Obiecujący talent.

Jaskier całą silą woli starał sie zachować spokój. Złowił wzrok Geralta, lecz ten nie zwrócił na niego uwagi. Lambert uniósł brwi.

-Lettenhove? Ten sławny tenor? Nie są spokrewnieni?

- To jego jedyne dziecko, sir...

Vilgefortz, który od dłuższego czasu wzdychał i ostentacyjnie przewracał oczami, wrzasnął:

- Jak zawsze! Wszystko czego pragniecie to tańce i muzyka! Za nic macie piękno! - zaniósł się udawanym szlochem.

- Pan wicehrabia jest bardzo podekscytowany dzisiejszą premierą...- Foltest wydawał się być zmęczony.

-Mam nadzieje, że jest tak podekscytowany tancereczkami jak nowi właściciele, bo ja nie będę śpiewał! Finito!

Eskel był przerażony, tak samo jak i Lambert. Jednak reszta zespołu wydawała się być po prostu znudzona. To przedstawienie widzieli już setki razy. Rience prowadził szlochającego Vilgefortza do wyjścia, pocieszając go.

- I co teraz zrobimy? Panie Foltescie?

- Będziecie się płaszczyć i błagać.

- Oczywiście.

Właściciele rzucili się w pogoń za załamanym artystą, zarzucając go komplementami. Szczerymi. I tymi mniej...

- Bożku pieśni! Apollyonie!

- Monsieur Lambert, czy to nie w Hannibalu jest ta przepiekna aria, w 3 akcie?

- Może gdyby pan...

- Tak, tak, ale nie ma co prosić! - Vilgefortz dalej lamentował- Nie mam kostiumu do trzeciego aktu, bo ktos go nie skończył! I mam okropną charakteryzację! - zakrył twarz dłońmi, po chwili uśmiechnął się promiennie - już mi lepiej. Mogę zaśpiewać. Jeśli mój dyrygent rozkaże?

Poeta usłyszał tylko, jak Foltest odpowiada Eskelowi, że odchodzi z powodów zdrowotnych. Rozumiał go w pełni. Jaskier poczuł, że traci świadomość. Powoli znowu stawał się Julianem. Walczył z nim cała swoją siłą. Chyba wygrał, ale odczuwał emocje tego "drugiego". Typowy przykład podziału osobowości, oto, do jakiego stanu się doprowadził. Bravo monsieur.

- Jeśli mój tenor rozkaże? - Dijkstra szarmancko ucałował dłoń tenora.

- Oczywiście. Wszyscy cicho! - zadowolony z siebie Vilgefortz wyszedł na środek sceny, przybrał pozę.

Wspomnij mnie
M
yśl o mnie ciepło, gdy pożegnam cię
P
amiętaj mnie
Z
łóż obietnicę i dotrzymaj jej
P
rzyjdzie dzień
N
ie tak odległy dzień,
Ż
e dawny głos podpowie ci
M
oże warto mi poświęcić...

Jaskier tylko usłyszał wrzask Vilgefortza i huk spadającej na niego dekoracji. Słyszał krzyk Cahira " to on, to Upiór Opery!" i uspokajające, szorstkie napomnienia Vesemira. Grupka aktorów doprowadzała tenora do stanu używalniści, nie zwarzając na jego żałosne jęki i lamenty.
- Na górze był tylko pomagier od dekoracji! Ona nie mogła tego zrobić!
- Pani Milvo, czy to prawda?
Poeta zapłakał. Podwaliny racjonalenego myślenia ostatecznie poszły się pieprzyć w rozwalone dekoracje. Milva wychyliła się z rusztowań nad sceną i pogroziła im pięścią.

- Wypraszam sobie takie oskarżenia! Byłam tutaj sama! Chyba, że był tu ktoś niewidzialny... może duch? Ha! Vesemirze, co znalazłeś?
Vesemir podniósł list, który ktoś musiał upuścić w tym zamieszaniu. Pieczęć była z czarnego wosku z wybitą czaszką.
- Monsieur, takie rzeczy się zdarzają, proszę się uspokoić... - Esker próbował wyjść z sytuacji. Nawet w tym chorym świecie miał twarz pocharataną bliznami, zdawało się jednak, że nikt nie zwracał na to uwagi.
- Od lat takie rzeczy się zdarzają! A czy pan, panie Folteście zrobił coś by przestały? Nie! A wy dwaj jesteście tyle samo warci! "Takie rzeczy się zdarzają"... kpina! Dopóki nie sprawicie, żeby się nie zdarzały – Vilgefortz teatralnie wskazał na siebie – to się nie zdarzy! Żegnam! Zabierzcie moje pieski!
- Powodzenia. Gdyby panowie mnie potrzebowali, będę w Australii. Miłego dnia. - Foltest założył kapelusz i zszedłze sceny, wyraźnie kierując się do wyjścia.
Jaskier wyszedł z wnęki dla grajków i stanął obok Cahira na scenie. Odezwał się w nim Julian, a on nie miałna to wpływu.
- Nie poznał mnie...
- Kto? - Cahir martwił się o swojego przyjaciela, którego zachowanie ostatnio tak się zmieniło. Cieszył się, że w ogóle z nim rozmawia.
- Wicehrabia... znamy się z młodości. Mogę powiedzieć, że był moim najlepszym przyjacielem... o ile nie czymś więcej.

- Może cię nie zauważył. Julek, wszystko z tobą w porządku?
- Oczywiście, czemu pytasz?
- Wiesz, wczoraj dziwnie się zachowywałeś... i w ogóle... martwię się o ciebie.
- Nie przypominam sobie. Ale Anioł Muzyki do mnie przemówił znowu. Mówił, że czas się zbliża – Julian uśmiechnął się promiennie. Jednak czuł, iż ostatnio coś mu umyka w życiu. Cały wczorajszy wieczór. Cały dzisiejszy dzień. Pewnie to tęsknota za matką i ojcem...
- Julian, przerażasz mnie...
Vesemir otworzył list. Nie wyglądał na zaskoczonego treścią.
- Otrzymaliśmy wiadomość od Ducha Opery...
- Wy macie tu jakąś obsesję, jaki Duch, jaki Upiór? - Lambert wzniósł ręce ku powale - Po prostu przypadek!
Vesemir długo na niego patrzył, powiedział w końcu:
- On nie lubi, gdy tak się o nim mówi. Jednakże, wita panów w swojej operze...
- Swojej?!
- ... i rozkazuje by loża numer pięć dalej była do jego dyspozycji. I przypomina, że należy mu sie pensja. Tak, panie Eskelu, nie polecam prostestować. Pan Foltest płacił mu
20 tys. franków miesięcznie. Może będzie panów stać na więcej, pod patronatem wicehrabiego Geralta.
Jaskier starał się przebić przez Juliana do swojej świadomości. Słyszał myśli tamtego. Jego wspólne wspomnienia z Geraltem. Poeta czuł, że gdyby mógł, to juz by dawno się porzygał od tych ekscesów.
- Wszystko to piękne, monsieur, ale najwyraźniej będziemy musieli odwołać dzisiejszą galę, ponieważ nie mamy tenora!
- Musi być jakiś dubler...
Djikstra uderzył swoją ogromną i wypielęgnowaną dłonią w kolumnę
- Nie ma dublera dla Vilgefortza!
- Julian Lettenhove może to zaśpiewać, sir! - Vesemir złapał mężczyznę za ramię i postawił przed właścicielami opery – Ręczę za niego. Ma wytrawnego nauczyciela.
"Nie będę śpiewał, nie będę, nie zaśpiewam! Ratunku!" Jaskier czuł jak bardzo naperfumowany jest list od Upiora. Pachniał jak róża pod jego łóżkiem. Julian jednak uśmiechął się słodko.
- Mogę spróbować...

XXX
- Nie będę śpiewał, nie będeee... - zapocony Jaskier rzucał głową po swoim posłaniu przy dogasającym ognisku.
- Jaskier, Jaskier, obudź się! Wszystko w porządku?
Jaskier czuł, że ktoś go szarpie, nie mocno, ale zdecydowanie. Powoli odzyskiwał świadomość. W ledwo widocznej poświecie dogasającego ognia, zobaczył nad sobą Regisa. Czuł jego ciepłe dłonie na swoich przedramionach. Czuł przenikliwy zapach ziół i przypraw korzennych. To nie list tak pachniał, to wampir.
- Ty... ty nie spałeś? Ależ miałem sen... nawet ziółka mi nie pomogą...
- Spokojnie, poeto. Przecież była moja kolej na trzymanie warty. Czy wiedziałeś, że jesteś somnambulikiem? Z resztą, nieważne – wampir uśmiechął się, nie zakrywając kłów, co w takim rozedrganym świetle dało dość makabryczny efekt, zmitygował się po chwili – przepraszam, nie chciałem cię straszyć. A teraz śpij, Jaskier, noc jeszcze długa.
- Nie wiem, czy chcę. Sny znowu powrócą... wiem co ty umiesz, wampirze. Umiesz zauroczyc kogoś, by zasnął jak kłoda. Jak tych strażników w cintryjskim obozie. Czy mógłbyś...?
Regis, ciągle nad nim pochylony, przyglądał mu się intensywnie. Nagle jego oczy zapłonęły.
- Skoro masz takie pragnienie... Już ci się nic nie przyśni. Dobranoc, Jaskier. Polecam się.
Poeta natychmiast zasnął twardym, zdrowym snem. Regis wyprostował się, dalej usmiechnięty. Zapowiadała się wspaniała zabawa.
Reszta kompani spokojnie spała pod rozgwieżdżonym niebem.