Link do oryginału: s/8451502/1/Of-Kidnapping-and-Time-Travelling

Autor oryginału: WaiiKitsune


- Przestań za mną łazić, Primo! – jęknął Tsuna.

- Przestań mnie ignorować to przestanę za tobą łazić – odpowiedział Giotto.

- Dopiero co powiedziałem ci żebyś przestał. Czy to jest ignorowanie? – odparł Tsuna.

- Decimooooo! – zawył Giotto.

Tsuna jęknął, zwalczając nagłą pokusę do rzucenia bardzo drogim piórem od Reborna w swojego przodka. – Dziadku, powiedziałem ci to czterysta lat temu; pogódź się z tym!

Giotto zrobił nadąsaną minę.

Tsuna w ciszy podziwiał ścianę swojego biura – bardzo pustą, bardzo kuszącą ścianę swojego biura. Kiedy blondyn dalej dąsał się na kanapie, Tsuna złapał za słuchawkę od telefonu i nacisnął dwójkę żeby połączyć się z numerem szybkiego wybierania. Tak jak się spodziewał, osoba po drugiej stronie natychmiast odebrała.

- Co mogę dla ciebie zrobić, Jyuudaime? – spytał Gokudera Hayato, prawa ręka Vongoli Decimo i Dziesiąty Strażnik Burzy Vongoli.

- Nie obchodzi mnie jak to zrobisz; przywołaj G i powiedz mu żeby przyszedł do mojego biura. Teraz. – warknął Tsuna.

- Zamierzasz nasłać na mnie mojego najlepszego przyjaciela?! – zawołał Giotto płaczliwie.

- Teraz, Hayato!

- T-Tak, Jyuudaime! Już! – wyjąkał Gokudera, momentalnie się rozłączając.

Zajęło to pięć boleśnie długich minut, by G wreszcie pojawił się w biurze Tsuny. Jedno spojrzenie na sfrustrowaną twarz Tsuny i na Giotto z miną zbitego psa – więc to tutaj Decimo to podłapał – i już wiedział, o co chodzi.

Jego pierwsza reakcja?

Śmiech.

Głośny, niekontrolowany śmiech.

Najwyraźniej duchy mogły ronić łzy, ponieważ czerwono-włosy właśnie to robił – to znaczy śmiał się tak mocno, że aż popłynęły.

Tsuna wykrzesał z siebie najbardziej surowe spojrzenie, na jakie go było stać i posłał je w stronę G. Niestety ze względu na swój dziecięcy wygląd, nie przyniosło to spodziewanych efektów.

Sprawiło to tylko, że G śmiał się jeszcze bardziej.

Dopiero kiedy Tsuna wyjął swoje rękawice, wszedł w Tryb Hiper Ostatniej Woli i ze złością popatrzył na G wraz ze swoim rozzłoszczonym partnerem, Leone di Cieli Wersja Vongola, inaczej znanym jako Natsu, G wreszcie przestał się śmiać.

- W ogóle to co chciałeś żebym zrobił? – spytał G.

- Twój najlepszy przyjaciel mnie prześladuje. Powstrzymaj go – warknął Tsuna.

- To przestań go ignorować – odparł G. – Nie miał papierkowej roboty od lat. Najbardziej irytujących lat mojego żyjącego życia…

- Nie ignoruje go! – Tsuna wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji. Co, szczerze mówiąc, wyglądało całkiem zabawnie; biorąc pod uwagę, że Tsuna wciąż był w Trybie Hiper Ostatniej Woli. – On mówił, ja odpowiadałem! Gdzie tu jest ignorowanie?!

- Cóż, dalej stroi fochy – zauważył G.

- Wcale nie stroję fochów – zaprotestował Giotto.

- Dobrze, dąsasz się – poprawił się G zanim zupełnie zaczął go ignorować. – Spytam ponownie. Co chcesz żebym zrobił?

- Nie wiem… Porozmawiaj z nim i przekonaj żeby mnie nie prześladował? Jesteś jego najlepszym przyjacielem – burknął Tsuna.

- Sam go przekonaj! Jesteś przecież jego „ulubionym wnuczkiem"! – zripostował G.

- Czy możecie przestać rozmawiać tak, jakby mnie tu nie było? – odezwał się Giotto.

- Rozmawiamy o tobie. A teraz się zamknij! - wrzasnęli na niego obaj.

Giotto prawie zadrżał, ale jego duma Vongoli mu na to nie pozwalała. – Nie tylko mój wnuczek mnie ignoruje, teraz nawet mój najlepszy przyjaciel jest…!

- Czy on… będzie płakać…? – spytał Tsuna, który właśnie wyszedł z Trybu Hiper Ostatniej Woli.

G wzruszył ramionami. – Jeśli będzie, to będzie to pierwszy raz – powiedział. – Zobacz, co narobiłeś, Decimo.

Tsunie opadła szczęka.- D-Dziadku… Nie ma powodów do płaczu… prawda…?

Giotto jęknął płaczliwie.

Tsuna wstrzymał oddech. To nie wygląda dobrze. Wolał raczej stawić czoła wkurzonemu Vongoli Primo niż przodkowi bliskiemu płaczu.

G rzucił mu spojrzenie które jasno mówiło „Zrób coś!".

Tsuna przełknął ślinę.

Co do cholery miał niby zrobić?

Przytulić go?

Zamrugał. Z drugiej strony, to mogło zadziałać.

Modląc się do kogokolwiek, kto akurat teraz nad nim czuwał, by czuwał nad nim dalej, Tsuna zbliżył się do kanapy i zamknął swego przodka w uścisku.

- D-Dziadku… W-Wiesz… kiedy mówiłem, że już cię więcej nie lubię, to wcale nie miałem tego na myśli… tak…? – spytał Tsuna łagodnie.

- Ale… Brzmiałeś tak poważnie… - jęknął Giotto.

Tsuna prawie walnął ręką w czoło. – O-Oczywiście nie byłem poważny…! Byłem po prostu, no wiesz… zły przez chwilę.

- Więc… wciąż mnie lubisz? – spytał Giotto wyczekująco.

- Tak, wciąż cię lubię – odparł Tsuna. – Dalej jesteś moim ulubionym Dziadkiem.

Giotto rozpromienił się i również przytulił Tsunę. – Tak żebyś wiedział, jesteś moim ulubionym wnuczkiem.

Tsuna uśmiechnął się promiennie. – Dziękuję, Dziadku.

- Więc, umm… Przerywając tą uroczą, rodzinną chwilę bez śladu jakichkolwiek wyrzutów sumienia, czy mogę już iść? – wtrącił się G. – Ogrywałem Lampo w szachy.

- …Dziadku, jak bardzo będziesz tęsknić za swoim najlepszym przyjacielem? – spytał Tsuna.

- Nie bardzo, w tej chwili – odpowiedział Giotto.

- Dobrze – Tsuna uśmiechnął się półgębkiem, pozwalając by Płomień Ostatniej Woli jasno zapłonął na jego czole. – Obawiam się, że nie możesz jeszcze iść, G.

- D-Dlaczego nagle jestem ofiarą? – G przełknął ślinę.

- Wezwałem cię tutaj, żebyś pomógł. W zasadzie nie zapewniłeś żadnej pomocy, a nawet zasmuciłeś mojego ulubionego Dziadka – odpowiedział Tsuna powoli.

G ponownie przełknął ślinę…

…i czym prędzej zniknął wśród wybuchu czerwonych Płomieni Burzy.

-… Cholera. Zapomniałem, że może tak zrobić. – Tsuna zrobił nadąsaną minę.

- Jeszcze jestem ja, pamiętasz? – Giotto uśmiechnął się szeroko. – Dopadnę go dla ciebie; obiecuję.

- Wiedziałem, że cię kocham, Dziadku! – radośnie zawołał Tsuna.

- Ja ciebie też kocham, Tsunayoshi – odparł Giotto czule. – Teraz… jeśli pozwolisz, muszę znaleźć swojego krnąbrnego najlepszego przyjaciela… i go potorturować.

Giotto zniknął wśród wybuchu swoich własnych, pomarańczowych Płomieni Nieba.

Tsuna się uśmiechnął.

Był dzisiaj bardzo szczęśliwym Vongolą Decimo. Tak szczęśliwym, że nawet Mukuro odwrócił się i uciekł z biura, gdy tylko postawił tam stopę.