Nie trzymam się do końca kanonu. Część bohaterów nadal żyje.
Komentarze mile widziane! ;)
Rozdział 1
Dwa lata później.
To nie była moja pierwsza wizyta w Londynie, ale moje zdanie na temat brytyjskiej pogody pozostaje takie samo jak kiedyś - jest nie do przebrnięcia. Siekący deszcz w połączeniu z porywistym wiatrem, naprawdę nie należał do moich ulubieńców.
Okryłam się szczelniej płaszczem, mijając na swojej drodze kolejnych mugoli. Mugolskie środki transportu nadal, mimo zakończenia wojny, wydawały mi się bezpieczniejsze. Może to paranoja, a może awersja do świstoklików, ciężko powiedzieć.
Westchnęłam ciężko rozglądając się uważnie dookoła, jednak żaden z przechodniów nie wydawał się zainteresowany dziewczyną w zielonym długim płaszczu, zmierzającą do starego, brudnego baru. Pchnęłam ostrożnie drzwi i znalazłam się w Dziurawym Kotle - jednym z niewielu barów otwartych zarówno w czasie wojny jak i pokoju. Rozejrzałam się ostrożnie po pokoju, najwyraźniej bar o tej godzinie nie miał jeszcze zbyt dużego tłoku, bo oprócz siebie, potencjalnego klienta dostrzegłam tylko dwie inne kobiety rozmawiające cicho na uboczu. Barman, powolnym ruchem polerował szklankę, która bardziej niż polerowania potrzebowała mycia, ale cóż...
Zbliżyłam się powoli do niego i kładąc kilka galeonów na stół zapytałam:
- Dostane pokój?
Mężczyzna leniwie podniósł na mnie swoje spojrzenie, następnie na pieniądze na ladzie. Widziałam jak wykrzywia twarz, szybkim ruchem przygarniając pieniądze. Odwrócił się ode mnie najwyraźniej w poszukiwaniu klucza.
- Drugie piętro, piętnastka - warknął po chwili, rzucając na stół klucz i wskazując brudną łapą w stronę schodów po drugiej stronie sali. Skinęłam głową i chciałam odejść, gdy moją uwagę przykuł artykuł na pierwszej stronie tutejszej gazety. Wzięłam go do ręki i przyjrzałam się dokładniej okładce. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu który formował się na mojej twarzy. Wyruszając w tą podróż, z tak niewielką liczbą informacji, bałam się że odnalezienie mojego celu zajmie mi o wiele wiele dłużej. Lecz najwyraźniej los mi sprzyjał. Zwinęłam gazetę w rulonik i podążyłam wyznaczoną drogą do swojego nowego lokum.
Nie mogę powiedzieć że się nie przygotowałam, zadanie a raczej mój dług który przyrzekłam sobie spełnić ciążył mi niemiłosiernie. Zakończenie wojny delikatnie go złagodziło, lecz dało mi też świadomość że nie miałam nic wspólnego z jego wynikiem. Nie pomogłam w pokonaniu czarnego pana. Nie walczyłam w wojnie w takim stopniu, ani na takim poziomie na którym mogłabym powiedzieć że zbliżyłam się do spełnienia obietnicy.
Niestety, pochodząc z rodu takiego jak mój nasz los jest z góry przesądzony. Nie mogę narzekać, od zawsze fascynowały mnie techniki uzdrawiania wiec była to czysta przyjemność i specjalizacja z medycznej magii zajęła mi zaledwie dwa lata. Dwa razy mnie niż przeciętnej czarownicy. Dlaczego? Ach właśnie, słodkie słodkie tajemnice.
Tak właśnie wyglądało moje życie od dzieciństwa, tajemnice i jeszcze więcej tajemnic. Zamiast być dumna ze swoich korzeni z biegiem czasu zaczęłam je nienawidzić, a teraz zaczęły mi po prostu ciążyć. Westchnęłam ciężko, pokój nie zachwycał - małe łóżko pod oknem z równie mała komodą nad którą wisiało koszmarnie umazane lustro. Rzuciłam torbę na jedyne krzesło i rozwinęłam gazetę.
W & W Weasley ponownie otwarte!
Po niewielkiej przerwie bliźniacy Weasley zapraszają na zakupy!
Pierwszym stu młodocianym klientom proponujemy eliksir miłosny za pół ceny!
Zapraszamy!
Uśmiechnęłam się ponownie. Nazwisko się zgadza, pora spotkać się z przeznaczeniem.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Musiałam się przyznać przed samą sobą że nigdy w życiu nie byłam w tak pokręconym sklepie. Na każdej półce, widniały żelki, eliksiry i totalnie niezwykłe przedmioty które nawet mnie czarownice, napawały zarówno podziwem jak i lękiem. Czytając ich przeznaczenie i zachęcające opisy, zastanawiałam się do kogo są skierowane. Uczniowie, uśmiechnęłam się pod nosem. Kącik z eliksirami miłosnymi był tak oblegany że miałam wrażenie że za chwile jeden z nich spadnie na ziemie, powodując kosmiczne zamieszanie.
Jednak nigdy do tego nie doszło, gdyż w każdym momencie kiedy któraś z fiolek zbliżała się niebezpiecznie blisko krawędzi pojawiał się jeden z bliźniaków. Od razu rozpoznałam podobieństwo, jednak wkradło się też rozczarowanie. Na pewno nie była to osoba której szukałam, zarówno Fred jak i George Weasley nie byli moimi wybawcami z tamtego okropnego dnia.
W końcu, po około godzinie bezcelowego chodzenia po sklepie, znalazłam w sobie odwagę i zaczepiłam jednego z nich. Fred (lub George) wydawał się zaskoczony, lecz po sekundzie na jego twarzy pojawił się uśmiech przeznaczony dla potencjalnego klienta z gracją i niezwykłą uprzejmością zapytał czy może mi w czymś pomóc.
Hmm mam nadzieje , pomyślałam lekko zdenerwowana.
- Nazywam się Sara Straganov i szukam waszego krewnego - powiedziałam bardzo szybko starając się mówić poprawną angielszczyzną chociaż muszę przyznać że nie było to łatwe - Billa Weasley'a.
Mężczyzna wyprostował się powoli i wyraz jego twarzy z ciepłego uśmiechu, zmienił się. Jego oczy delikatnie zmrużyły, a usta zacisnęły. Przyglądał mi się dłuższą chwilę w ciszy.
- Chciałam się z nim skontaktować w sprawie mojego długu sprzed dwóch lat gdy uratował mi życie - powiedziałam cicho, czując że mężczyzna zaczyna patrzeć na mnie podejrzliwie.
Nie było to dziwne, wojna skończyła się zaledwie trzy miesiące temu kiedy to Harry Potter pokonał w końcu Lorda Voldemorta. Świat czarodziejów odetchnął wyraźną ulgą, ale część rozsądniejszych ludzi wiedziała że to jeszcze nie koniec. Dopóki jego poplecznicy nadal żyli i wyznawali jego zasady, nadal istniało zagrożenie ataków.
W końcu czując że mężczyzna nie ma zamiaru dać mi żadnej informacji, wyciągnęłam z szaty list. Był krótki, ale dokładnie opisujący sytuację w której poznałam Weasley'a oraz treść mojego długu. Oraz to jak mogę pomóc teraz. Teraz kiedy po dwóch latach opanowałam sztukę elfickiego rytuału na tyle żeby był pomocny w mojej misji.
Weasley nadal nie chciał przyjąć listu. Jego twarz przyjęła teraz wyraz maski i nieznacznie odsunął się ode mnie. Poczułam uczucie paniki, nie miałam pojęcia gdzie mogę znaleźć Billa więc jego rodzina była moją jedyną nadzieją. Zacisnęłam zęby i uniosłam kopertę jeszcze wyżej, na wysokość jego oczu. Wiedziałam że wokół było wiele ludzi, do sklepu ciągle ktoś wchodził i wychodził i dla swojego bezpieczeństwa nie powinnam tego mówić ale nie widziałam innego sposobu żeby przekonać tego upartego człowieka.
- Potrafię to zrobić - powiedziałam głośno i wyraźnie na tyle żeby dobrze mnie usłyszał - potrafię zniszczyć znak który zostawiał czarny pan - jego wyraz twarzy zmienił się nieznacznie po moich słowach, a na czole pojawiły się dodatkowe zmarszczki - i nie mówię tylko o samym tatuażu, potrafię ściągnąć klątwę.
- Nikt nie potrafi tego zrobić - odezwał się w końcu, w jego głosie wyraźne niedowierzanie i podejrzliwość.
- Najwyraźniej nikt z tych co próbowali nie był elfką - dodałam na koniec, zdając sobie sprawę że odkrywam przed nim dużo więcej niż zamierzałam. Westchnęłam ciężko i położyłam list obok nas na najbliższej półce. Podążył wzrokiem za moim ruchem jednak nie wziął listu. Do diabła z nim warknęłam w myślach.
- W liście jest wszystko wytłumaczone, tylko Bill Weasley będzie w stanie go przeczytać. Będę czekać na jego wiadomość w Dziurawym Kotle.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam ze sklepu.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Chodzenie w taką pogodę jak ta było ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę ale czułam że to jedyna możliwość żeby trochę ochłonąć. Moje bardzo widowiskowe wyjście ze sklepu Weasley'ów, gdzie z premedytacją trzasnęłam drzwiami tak głośno że nawet ludzie na ulicy odwrócili zaciekawieni głowy w moim kierunku, nie poprawiło mi wystarczająco humoru. Wzruszyłam ramionami, starając się kontrolować swoją złość. Co za dupek warknęłam w myślach idąc przed siebie, zamyślona i zdenerwowana, w myślach przeklinając cały mój plan i nieprzygotowanie.
Może mogłam poczekać - zastanawiałam się w myślach - może mogłam poczekać i szukać dalej, starać się go wyśledzić. Ale jak? Od trzech miesięcy starałam się go odnaleźć, jednak bez skutku. Jedyne na co udało mi się natrafić to to że jego ojciec pracował w Ministerstwie Magii w Londynie. Wywnioskowałam z tego że może w takim razie Billa też odnajdę tutaj. Szansa że mieszka również w Londynie nadal istniała - nie mogłam tego wykluczyć. Idąc tym szlakiem jedyne co mi pozostało to czekać i mieć nadzieję że jednak bliźniak przekaże wiadomość dalej.
Czułam ogarniającą mnie bezradność i irytację i wtedy podniosłam głowę zaskoczona.
Stałam naprzeciwko ściany, zmrużyłam oczy i rozejrzałam się dookoła i przeklęłam cicho pod nosem. Otóż ciemne ślepe zaułki nie należały do miejsc do których udawałam się zbyt często. A nawet starałam się ich unikać z namiętnością bo zwykle zwiastowały kłopoty. Moje rozkojarzenie wprowadzi mnie kiedyś do grobu jęknęłam do siebie w myślach i powoli odwróciłam się na pięcie żeby wrócić tą samą drogą którą tu trafiłam.
Jednak nie byłam już sama.
- Kim jesteś?
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
- Myślę że mimo wszystko powinieneś przekazać ten list Billowi - powiedziała Hermiona Granger patrząc wymownie na Georga, gdy ten skończył opowiadać o swoim dziwnym spotkaniu dzisiejszego dnia. Oczywiście gdy tylko pokazał jej i Harremu list który otrzymał sprawdzili go pod względu wszystkich znanym im uroków. List był czysty jak łza. Jedyne zaklęcie jakie wykryli to zaklęcie identyfikacyjne co było bardzo dobrym posunięciem ze strony nadawcy. Oznaczało to również że nikt inny oprócz Billa nie jest w stanie przeczytać wiadomości w niej zawartej.
- Czy Ty się słyszysz Miona? - odwarknął Ron patrząc na nią spod byka - Ona twierdzi że jest elfką! Mogła rzucić na ten list tysiące zaklęć, o których my prości czarodzieje nie mamy pojęcia!
Hermiona przewróciła oczami i wzięła ponownie list do ręki wymachując nim Ronowi przed nosem.
- Myślisz że jeżeli umieściłaby na nim elficką magię to z własnej woli powiedziałaby o tym Georgowi? Pomyśl ! - warknęła zirytowana całą sytuacją.
Harry który do tej pory milczał, odezwał się po raz pierwszy.
- Myślicie że to możliwe? Że ktoś jest na tyle potężny aby nie tylko usunąć tatuaż ale też ściągnąć klątwę? - zapytał i w pokoju zaległa cisza. Wszyscy wiedzieli o czym mówi, o czymś z czego nikt do tej pory nie zdawał sobie sprawy a co było tematem zakazanym w ministerstwie ze względu na panikę jaką może rozszerzyć.
Po śmierci Voldemorta zaczęły dziać się dziwne rzeczy, nie tylko ataki ustały jak większość się tego spodziewała ale... Ludzie zaczęli się zmieniać, zachowywać jak opętani. Byli śmierciożercy , szczególnie Ci którzy zostali naznaczeni. Większość mówiła że to klątwa, że to Voldemort chce zabrać ich ze sobą do grobu. Ludzie, szczególnie w ministerstwie starali się tuszować całą sprawę, ponieważ było im to dosłownie na rękę. Oszaleli czarodzieje byli łatwiejsi do eliminacji. Jeżeli dożywali odnalezienia w każdym razie.
Była jeszcze kwestia tych najmłodszych popleczników, tych których zmuszono... Czy to była sprawiedliwość? Hermiona nie była pewna. Nie tak sobie wyobrażała wyrównanie rachunków.
Odłożyła list na stół.
- Myślę że to Bill powinien zdecydować czy chce przeczytać ten list czy nie - powiedziała pewnym głosem Ginny która nie wtrącała się do rozmowy aż do tego momentu. - Nie mamy prawa decydować za niego.
Większość skinęła głową na zgodę, z wyjątkiem Rona który z założonymi rękami kręcił przecząco głową ale nie odezwał się więcej.
- Miona możesz sprawdzić ten herb? - zapytał na koniec Harry przyglądając się pieczęci na odwrocie koperty. Była dosyć niezwykła, na czerwonym wosku wybity był dąb, w całej swojej rozłożystej okazałości z mała dziuplą pośrodku.
Dziewczyna skinęła głową po czym machnęła ręką i zrobiła kopię dla siebie.
- Dowiem się wszystkiego - upewniła resztę zgromadzonych, po czym każdy rozszedł się do swoich pokoi. Dochodziła północ.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
- Kim jesteś? - zapytałam ponownie z małą paniką w głosie chociaż starałam się za wszelką cenę zgrywać twardą i totalnie nie wystraszoną sytuacją w której się znajduje.
Czarna postać na końcu jednak ani drgnęła, stała w cieniu niemalże się w niego wtapiając. Jedyną dobrą wiadomością w tej sytuacji było to że nie celowała we mnie różdżką. Dawało mi to też nadzieje że może naprawdę nie ma złych zamiarów, a zagrodziła mi drogę również przez nierozwagę.
Cholera, nawet samą siebie nie potrafiłam przekonać to takiej wersji.
Wzięłam głęboki wdech i zrobiłam krok w jej stronę. Postać nadal się nie poruszyła więc naprawdę zaczęłam wierzyć że to może pomyłka i tak naprawdę też się zgubiła. Aż w końcu się odezwała.
- Czy to prawda? To co powiedziałaś w sklepie?
Zaskoczona, podniosłam na nią wzrok. Stała teraz zaledwie dwa metry ode mnie i rozpoznałam, lekko zaskoczona że głos należy do kobiety. Jednocześnie poczułam zimny dreszcz przebiegający mi po plecach. Słyszała! Wie! Krzyczał mój spanikowany umysł, jednak uciszyłam go. Nadal nie wyciągnęła różdżki.
- Tak. To prawda.
Wiedziałam ile mogą kosztować mnie te słowa. Kobieta przede mną mogła okazać się reporterką która zniszczy mi życie lub też wierną lordowi wyznawczynią jego poglądów, której na pewno nie odpowiadało że ktoś mógłby pozbawić ją i jej podobnym ich ostatniego kontaktu z ich panem.
Jednak coś w jej postawie, coś w jej tonie głosu utwierdzało mnie w przekonaniu że to nie to. Że ta kobieta szuka czegoś innego.
Wyszła powoli z cienia i dzielił nas już tylko niecały metr odległości, po drodze ściągnęła tez kaptur zasłaniający jej twarz. Była naprawdę piękną kobietą, z bladą lekko szarawą karnacją, niebieskimi oczami, pod którymi widniały co najmniej kilkudniowe cienie. Jej jasne włosy upięte były w ciasny kok. Mogła mieć 30 lat ale również 50, ciężko było powiedzieć. Patrzyła na mnie zdeterminowanym wzrokiem.
- Potrzebuje Twojej pomocy, jesteś moją ostatnią nadzieją... - wyszeptała a jej oczy mówiły więcej niż jej słowa. Cierpiała, ale to nie był ból fizyczny który ją do mnie sprowadził.
- Zanim coś Ci obiecam, muszę mieć pewność że nie kłamiesz - odpowiedziałam starając się być tak delikatna w doborze słów jak mogłam. Widziałam jak zmarszczyła lekko brwi lecz jej spojrzenie pozostało żywe. Podeszłam do niej powoli, skracając całkowicie dystans, ściągnęłam rękawiczkę i dotknęłam jej nadgarstka. Podejrzewałam że odskoczy lub wyciągnie różdżkę, lecz ona tylko patrzyła. Czułam jej niemalże namacalną determinację.
Nawiedziły mnie krótkie obrazy, z jej ostatnich godzin i to co zobaczyłam przekonało mnie że jej prośba była szczera.
Opuściłam dłoń. W co ja się pakuje? Zadałam sobie to pytanie w głowie. Zdałam sobie też sprawę że to dla mnie szansa. Szansa na wypróbowanie rytuału na żywym człowieku.
- Prowadź - powiedziałam i uśmiechnęłam się lekko do niej. Usłyszałam jak wypuszcza powoli powietrze które najwyraźniej wstrzymała w trakcie mojej inspekcji. O nic nie pytała, czy wiedziała co zrobiłam? Wątpię, to nie była sztuczka czarodziei.
Złapała mnie za obie dłonie i powiedziała na głos:
- Malfoy Manor!
