Co ja tu jeszcze robię? Miłość, nadzieje, uczucia, rodzina, przyjaciele. Uczucia. On jest taki delikatny jak nikt nie patrzy. Taki delikatny. Co się ze mną stało? Williamie Sherlocku Scottcie Holmsie uspokój się!
Cisza. W salonie na Baker Strett rozbrzmiewa cisza. Okropnie przenikliwa cisza. A on największy detektyw-konsultant leży zwinięty w kłębek na kanapie. W ciszy z zamkniętymi oczami.
-Ale czy John to zaakceptuje? – powiedział głos w jego głowie, który brzmiał jak Molly. -Oczywiście, że nie zaakceptuje - przyznałem nieświadomie. Zamurowało mnie.
-Więc co powinieneś zrobić? - kolejny raz głos zawirował w umyśle Holmesa. Dlaczego nie odchodzi w cholerę?
-Ukrywać to - przyznał bez bicia, skrupułów nie miał.
-NIE! - krzyknął głos z większym naciskiem. Czy moja głowa zaraz pęknie?
-Muszę mu to powiedzieć
Przekręcił się na kanapie czym spowodował ciche skrzypnięcie starego mebla. Wstał po cichu i spokojnie ruszył w stronę okna. Okna przez, które wyglądał tej pamiętnej nocy tuż przed wychodzącego na przeważnie spokojną ulice Baker Strett. Jego ulice, a może już nie jego ulicę.
No dobrze. Wiec jestem wysoko funkcjonującym socjopatą. Człowiekiem, który dostrzega więcej niż inni. Jestem inny. Pora wypuścić potwora.
-Jesteś tego pewny mój kochany braciszku?- kolejny głos wciął się w przemyślenia Sherlocka. Czyżby to był jego starszy braciszek Mycroft.
-Dziś nie jestem niczego pewny- odpowiedział widmu w jego pałacu pamięci z udawaną obojętnością.
-Pamiętaj, że wszystko niesie za sobą konsekwencje Sherlocku- tym razem głos był bardziej stanowczy, poważny, zimny.
-Nie pouczaj mnie! Co ty niby wiesz? - teraz Sherlock odpowiedział z prawdziwą wściekłością nienawidził gdy pouczał ktoś kto wszędzie chodził z obstawą ktoś kto całe życie wmawiał mu że jest głupi.
-Ahh. Nie krzycz Sherlocku Holmesie myśl, myśl, myśl- głos był coraz bardziej przenikliwy, głębszy przyprawiał o jeszcze większy ból głowy.
-Nie potrzebuje twoich rad! Świat jest za mały na takie tajemnice!- odpowiedział teraz już cicho i spokojnie.
Głos odszedł.
- Nie potrzebuje nikogo! – tym razem wykrzyczał to tak głośno.
Zaczęło świtać. Kolory pokrywały niebo. Słońce wychylało się za horyzontu. Sherlock tej nocy nie spał.
Rano wysłał tylko jednego smsa.
-Spotkanie odwołane.
Usiadł w swoim fotelu wyciągnął dobrze schowaną, przed Johnem, paczkę papierosów. Zapalił jednego. Odrzucił zapalniczkę i paczkę na podłogę. Pokrytą starym dywanem. Zaciągnął się. Teraz potrzebował tylko Heroiny. Wstał z papierosem w ustach poszedł do swojej sypialni. Przymknął drzwi. Ze skrytki wyciągnął strzykawkę już uzupełnioną. Nie myślał nawet o zamknięciu sejfu. Położył się i jednym sprawnym ruchem. Trucizna już płynęła w żyłach. Zamknął oczy.
Nareszcie cisza na korytarzach w pałacu. Spokój.
Nie zasnął. Teraz jego mózg odpoczywał. Nie myślał. Niechciał kontaktu ze światem.
Na schodach słychać kroki. Pani Hudson przyniosła pocztę. Nie musi się nią martwić nie przyjdzie do sypialni. Kolejne kroki w salonie. John.
Nie myśl. Idzie do sypialni. Zaraz zobaczy mnie na łóżku, półprzytomnego, ze strzykawką obok. Będzie zły, zabierze mnie do szpitala, będzie chciał wiedzieć czemu to zrobiłem. Nie otrzyma odpowiedzi.
