2. Chmurka.

Dni mijały spokojnie. Rozmowy na korytarzach, lekcje, znów rozmowy na korytarzach, trochę więcej lekcji, a potem spacery po mieście w gronie przyjaciół, do których dołączyła rudowłosa dziewczyna Finna.

- "Nazywa się Phoebe" - dzieciak przedstawił ją pewnego dnia - "Ale możecie mówić na nią FP."

Po krótkim męczeniu pytaniami Finn wyjawił również pochodzenie dziwnego przezwiska. F - Flame, pochodziło od nazwiska oraz niezdrowej fascynacji ogniem, a P - Princess pochodziło od tego, że zawsze nosiła na czole biżuterię przypominającą tiarę.

Dziewczyna szybko została przyjęta do grona przyjaciół i teraz cała siódemka spotykała się praktycznie codziennie po szkole.

Jednak teraz była ósma rano w piątek i szkoła była dopiero przed Paulem. Mimo wszystko na twarzy chłopaka gościł szeroki uśmiech. Do takiej radości Paul miał swoje powody. Pierwszym z nich był fakt, że już za kilka godzin zacznie się weekend, a drugim, że już następnego dnia będzie miał urodziny. Radość była tym większa, im mocniej jego ojciec zakazywał mu wchodzenia do garażu. Nie trzeba było być jasnowidzem by wiedzieć, że tegoroczny prezent będzie czymś specjalnym.

Po wejściu do budynku szkoły, chłopak skierował swój krok ku sali, w której za kilka minut miała zacząć się lekcja biologii prowadzona przez panią profesor Canion Giant. Choć zabawne, jej nazwisko doskonale pasowało do jej wzrostu. Była jedną z najwyższych przedstawicielek ciała pedagogicznego.

Nagle Paul się zatrzymał. Z jego twarzy zniknął uśmiech. Kilkanaście metrów przed nim trójka nie wyglądających zbyt miło typków - dziewczyna i dwóch chłopaków - zaczepiało znajomą niebieską postać. Paulowi ciężko było stwierdzić do jakiej grupy społecznej przypasować trzech łobuzów. Mieli na sobie skórzane kurtki i dużo metalowych ozdób. 'Czy wszyscy tacy w tej szkole to punki?' - pomyślał chłopak analizując w marszu specyficzne fryzury trójki.

Zanim zdążył podejść i przerwać cokolwiek się działo, punkowa dziewczyna popchnęła niebieskowłosą na szafki przed którymi stali i odeszła razem ze swoimi towarzyszami śmiejąc się głośno.

Carroll powoli usiadła na podłodze próbując opanować płacz. Paul odetchnął głęboko, podszedł i ukucnął obok.

- "Wszystko w porządku?" - zapytał z delikatnym uśmiechem.

- "Tak" - odpowiedziała szybko próbując ukryć łzy - "Nie potrzebuję pomocy…"

- "Nie przejmuj się chmurko" - powiedział - "Rozchmurz się."

- "Chmurko?" - spojrzała na niego i nawet na chwilę się lekko uśmiechnęła - "Dlaczego tak mnie nazwałeś?" - miała piękne, niebieskie oczy, przypominające kolorem czyste, egzotyczne morza.

- "Chciałem, żebyś się uśmiechnęła" - odpowiedział chwytając ją za rękę i pomagając wstać.

- "Dzięki" - uśmiechnęła się nieśmiało i zaczerwieniła się. Dalszą rozmowę przerwał dzwonek.


Lekcja biologii minęła szybko. Bonnibel przez cały czas zgłaszała się do odpowiedzi, umożliwiając klasie spanie, czy robienie czegokolwiek innego niż nauka, w spokoju. Paul ponownie poświęcił całą godzinę na obserwacjach zachowania kolegów i koleżanek. Właściwie niewiele zmieniło się od pierwszego dnia. Marcelina wciąż wpatrywała się w swoją różową przyjaciółkę, a chłopak od konsolki, którego przezywano Bmo (co nie zdziwiło Paula), wciąż grał na swoim ulubionym urządzeniu. Jedyną zmianą, i to na lepsze, było zachowanie Carroll. Chłopak przyłapał "Chmurkę" na patrzeniu na niego. Jednak w momencie w którym się odwrócił, dziewczyna natychmiast zaczęła udawać, że wpatruje się bez celu w przestrzeń.

Następną lekcją był wf. Połączono na nim dwie grupy - klasę Paula i jedną z młodszych klas. Szybko i ku radości przyjaciół okazało się, że drugą grupą jest klasa Finna.

Wuefista na imię miał Billy. I tak też kazał do siebie mówić, nie wspomniawszy nawet swojego nazwiska. Był wysoki i miał rudą, przetykaną siwymi włoskami fryzurę i brodę. Wydawał się ulubionym nauczycielem Finna.

Ku uciesze siostry bliźniaczki Bmo, przezywanej "Football", przez prawie całą lekcję trwała gra w piłkę nożną. Pod koniec jednak nieoczekiwanie rozpętał się chaos. Ktoś grał w piłkę, inni biegali w kółko, a jeszcze inni po prostu siedzieli i rozmawiali. Paul postanowił wykorzystać tą sytuację. Po dziesięciu minutach biegania po boisku i jego okolicach w końcu udało mu się ściągnąć szóstkę przyjaciół w jedno miejsce.

- "Uff…" - odetchnął ciężko - "Dobra… Ściągnąłem was tu, bo chce was zaprosić na imprezę urodzinową…"

Twarze przyjaciół wyrażały zaciekawienie więc chłopak kontynuował.

- "Jutro, o drugiej, w moim domu. Chyba wiecie gdzie mieszkam?" - zapytał.

- "Zaraz obok mnie" - powiedziała Marcelina.

- "To co? Przyjdziecie?" - uśmiechnął się.

- "Pewnie! Uwielbiam imprezy" - wyszczerzył się Jake. Po twarzach reszty można było się domyślić, że również się pojawią.


Następnego dnia Paul wygrzebał się z łóżka około jedenastej. Od trzeciej do czwartej w nocy ledwo mógł zasnąć słysząc dochodzące zza okna dźwięki granej na basie piosenki "Happy Birthday". Po przebraniu się w swój zwyczajowy strój i zjedzeniu śniadania, zaczął pomagać rodzicom w przygotowaniu imprezy.

O wpół do drugiej wszystko było już gotowe. Stół z przekąskami, rozpalony grill i filmowa niespodzianka (biała płachta i projektor) zwinięta w kącie ogrodu. Paul usiadł na trawniku i zaczął medytować. Medytację polecił mu psycholog jeszcze w szkole podstawowej. Znacznie ułatwiło to chłopakowi życie. Już po kilku tygodniach nagłe wybuchy darcia się na nauczycieli praktycznie wygasły.

- "Paul! Ktoś do ciebie!" - głos matki przywrócił go do rzeczywistości.

Wstał i poszedł do drzwi. Otworzył drzwi i uśmiechnął się. Stały za nimi Bonnibel i Marcelina. Ta druga miała na plecach gitarę basową. 'Wiedziałem' - westchnął w myślach Paul.

- "Wszystkiego najlepszego!" - powiedziały równocześnie i również jednocześnie wyciągnęły zza pleców małe paczki.

- "Dzięki" - chłopak przyjął paczki i odsunął się z przejścia - "Wejdźcie."

Zostawiając uprzednio paczki w kuchni, zaprowadził przyjaciółki do ogrodu. Otworzył usta by coś powiedzieć, ale jego matka nie dała mu dojść do słowa.

- "Synku!" - 'synku...' pomyślał chłopak - "Następni…"

- "Wybaczcie na chwilę" - uśmiechnął się do dziewczyn i pobiegł do drzwi.

Za nimi zastał Finna i Jake'a w towarzystwie ich dziewczyn.

- "Wszystkiego najlepszego!" - powiedzieli już nie tak równocześnie jak poprzedniczki. A do tego w jednej czwartej po koreańsku.

- "Dzięki" - uśmiechnął się Paul - "Wejdźcie" - znów zrobił przejście. Od przechodzących dostał kolejne trzy paczki. Dużą od Finna i Jake'a i dwie małe od FP i Lady.

Po odłożeniu prezentów do kuchni, chłopak dołączył do przyjaciół w ogrodzie. Zabawa rozkręcała się. Finn i FP biegali dookoła, a Marcelina zaczęła grać na basie. Paul zerknął na Bonnibel siedzącą tyłem do stołu obok opychającego się serowymi chrupkami Jake'a. Różowa dziewczyna patrzyła z fascynacją na czarnowłosą.

'Kto by pomyślał' - uśmiechnął się Paul.

Kilka minut później przyszedł jego ojciec i zaczął grillować obiad. Po kilkunastu kolejnych, wypełnionych zapachem grillowanego mięsa minutach przyjaciele zasiedli do stołu i zaczęli jeść.

- "Zostawcie sobie miejsce na tort" - powiedział z uśmiechem ojciec Paula odchodząc w stronę domu.

Po obiedzie rzeczywiście na stół wjechał tort. Szybko został jednak pokrojony i skonsumowany. Jake zawał się mieć żołądek bez dna, bo pochłonął aż dwa kawałki.

- "Paul! Pora na prezent" - ojciec chłopaka pojawił się w drzwiach ogrodowych.

Solenizant i goście ruszyli za nim. Paul wyszedł przed dom i znieruchomiał z otwartymi z zaskoczenia ustami. Na podjeździe przed garażem stał jego ojciec z szerokim uśmiechem na twarzy. Opierał się o motocykl. I to nie byle jaki motocykl! Był to bowiem stary, wojskowy motocykl z koszem. Paul podszedł powoli i zaczął oglądać pojazd ze wszystkich stron. Ojciec podał mu kluczyki i odsunął się. Chłopak wsiadł na maszynę i odpalił. Wyjechał na ulicę i po zrobieniu małego kółka zatrzymał się przed trawnikiem, na chodniku.

- "Kto chce się przejechać?" - zapytał przekrzykując silnik i uśmiechając się szerzej niż normalnie - "Tylko pojedynczo!"

Woził przyjaciół w koszu aż do momentu, w którym skończyło się paliwo i motocykl trzeba było zapchać do garażu. Każdy zdążył jednak przejechać się co najmniej dwa razy.

Wrócili do ogrodu, gdzie stał już rozłożony projektor i rozwieszona płachta. Rozsiedli się wygodnie na kocu rozłożonym na trawie, a gospodarz uruchomił film. Był to niezbyt dobry, ale za to zabawny horror. Przez następne półtorej godziny powietrze wypełniał śmiech i okazjonalne piski Bonnibel. Różowa dziewczyna już po jakiś dwudziestu minutach filmu przytuliła się do ręki Marceliny i chowała twarz w jej ramieniu przy każdej straszniejszej scenie. Paul uśmiechnął się kiedy zobaczył to i wyraźnie z tego ucieszoną czarnowłosą.

Kiedy film się zakończył wszyscy rozeszli się do domów. Paul powstrzymując się od spędzenia nocy w garażu na gapieniu się na motocykl, rozpakował prezenty od przyjaciół. Od Bonnibel dostał książkę. Tego się po niej spodziewał. Od Marceliny dostał harmonijkę ustną i karteczkę z napisem "Naucz się na tym grać :P". Od Finna i Jake'a dostał duże pudełko pełne czekoladek. Chwilę zastanawiał się ile musieli kupić czekoladek, że na prezent pozostało ich aż tyle. W paczce od Lady był pluszak będący krzyżówką jednorożca i tęczy. Wylądował na półce, w towarzystwie kilku książek o motocyklach. Najbardziej zdziwiły Paula zapachowe świeczki od Phoebe. Zostawił je w pudełku i schował do szuflady. 'Mogłem im wspomnieć o urodzinach wcześniej' - pomyślał - 'Bo chyba co poniektórzy mieli problemy z wymyśleniem prezentów...'

Poniedziałkowym rankiem tłumek uczniów powoli i leniwie wlewał się przez wejście do szkoły. Dzień jak co dzień. Nagle ulicą zaczął nieść się coraz głośniejszy, drażniący dźwięk. Znajdujący się przed szkołą dzieciaki odwróciły się w poszukiwaniu źródła hałasu i zobaczyły nadjeżdżający motocykl z koszem. Motocykl zatrzymał się na parkingu przy szkole. Zsiadł z niego chłopak w wojskowej kurtce, bojówkach i wojskowych buciorach, a z kosza wysiadła czarnowłosa dziewczyna dziewczyna w bluzie w szaro-czerwone pasy i czarnych jeansach.

- "Dzięki za podwózkę" - powiedziała gdy silnik zamilkł.

- "Nie ma za co" - odpowiedział Paul - "Mieszkamy w sąsiedztwie, więc czemu nie miałbym cię podwozić."

Ruszyli do wejścia odprowadzani zaciekawionymi spojrzeniami uczniów. Po kilku minutach dotarli pod znajome drzwi numer 32. 'Znowu...' - pomyślał Paul widząc jednego z piątkowych punków popychającego Carroll. Przyśpieszył kroku, ale znów się spóźnił. Niebieskowłosa odbiegła korytarzem. Chłopak pobiegł za nią, ale szybko stracił ją z oczu. Zatrzymał się i rozejrzał. Nie mogąc uchwycić niebieskiej czupryny zawrócił. Na jego twarzy malował się gniew. Bez słowa przemaszerował obok swoich przyjaciół i skierował się w stronę grzebiącego w swojej szafce punka.

- "Ej ty! Panie damski bokser!" - warknął wściekle.

Łobuz odwrócił się do niego z miną w stylu "mówisz do mnie", ale za nim zdążył cokolwiek powiedzieć dostał z pięści prosto w szczękę. Zatoczy się do tyłu i upadł na tyłek. Paul spojrzał na niego z pogardą i podszedł do swoich zaszokowanych przyjaciół.

- "Eee…" - zaczęła niepewnie Bonnibel.

- "Co?" - chłopak wyraźnie nie był podstawowym sobą.

- "Wiesz, że narobiłeś sobie co najmniej trzech wrogów?" - zapytała go Marcelina.

- "I bardzo dobrze" - warknął. Oparł się o ścianę i przyłożył rękę do czoła - "Wybaczcie… zdenerwowałem się. Jak bardzo sobie zepsułem życie?"

- "Walnąłeś Booboo w twarz" - mruknął Jake - "A to znaczy, że teraz cięci będą na ciebie: Wendy, Georgy, no i oczywiście sam Booboo."

- "No to miło…" - mruknął ponuro Paul - "Ale to zawsze lepsze niż dwudziestu…"

- "Dwudziestu?" - zapytała zaskoczona Bonnibel.

- "Powiedzmy, że w poprzedniej szkole podpadłem trochę zbyt dużej ilości łobuzów…"

Tego dnia klasa Paula kończyła jako ostatnia ze wszystkich. Przyjaciele wyszli ze szkoły jako ostatni z klasy. Paul zastanawiał się gdzie zniknęła Carroll. Nie było jej na żadnych lekcjach.

- "Uff… to był ciężki dzień" - jęknął Jake.

- "Cały czas spałeś stary…" - mruknęła Marcelina.

- "Nie było tak źle" - powiedział Paul - "Biologia była nawet ciekawa…" - inżynieria genetyczna jakoś zawsze go fascynowała.

Bonnibel, która szła przodem, odwróciła się i otworzyła usta by coś powiedzieć. I tak pozostała, wpatrując się w coś ponad nimi. Powoli, bez słowa podniosła rękę i wskazała na budynek szkoły. Przyjaciele odwrócili się żeby zobaczyć na co różowa wskazuje.

- "Nie wierzę..." - szepnął Paul. Na krawędzi dachu szkoły stała niebieskowłosa dziewczyna. Nie wyglądała jakby podziwiała widoki.

Chłopak rzucił plecak na ziemię i rzucił się w stronę wejścia. Sprintem wbiegł na drugie piętro, ledwo wyrabiając na zakrętach. Otworzył drzwi na dach 'Kto zostawił je niezakluczone?!' i wbiegł po ostatnich schodach. Zatrzymał się przed bezpośrednim wyjściem i uspokoił oddech. Spokojnie otworzył czerwone drzwi nadbudówki i zobaczył dziewczynę w niebieskie sukience stojącą na krawędzi.

- "Chmurko?" - zapytał spokojnie.

Dziewczyna spojrzała przez ramię. Po jej policzki spływała łza.

- "Dlaczego chcesz to zrobić?" - chłopak wciąż zachowywał spokojny ton.

- "Nie wytrzymam już dłużej…" - powiedziała cicho.

- "Nie rób tego. Życie jest długie, a łobuzy przemijają. Skończysz szkołę i skończy się dokuczanie."

- "Skacz! Skacz niebieska zdziro!" - usłyszeli głos Wendy z parkingu przed szkołą.

- "Nie słuchaj jej" - powiedział spokojnie Paul - "Może… chciałabyś się gdzieś przejść?"

- "Chcesz gdzieś ze mną iść?" - w jej głosie pojawiło się zaskoczenie.

- "Dlaczego miałbym nie chcieć?" - uśmiechnął się.

- "Bo… nikt mnie nie lubi…"

- "Ja cię lubię" - powiedział ze szczerym uśmiechem - "I znam ludzi, którzy na pewno też cię polubią."

- "Ska…"

- "Zamknij się!" - krzyk Marceliny uciął niepożądane zachęty.

- "To co?" - zapytał Paul - "Chcesz się przejść?"

- "T… tak" - Carroll uśmiechnęła się nie ruszając się jedna z miejsca.

Chłopak podszedł powoli bliżej.

- "Ale wiesz, że jak skoczysz, to nigdzie nie pójdziemy?" - zapytał z uśmiechem.

Dziewczyna zachwiała się lekko, ale w tym momencie Paul przeskoczył ostatnie metry do niebieskowłosej, objął ją w pasie i pociągnął ją do tyłu. Przewrócili się na dach.

- "Proszę cię Chmurko…" - westchnął z ulgą chłopak. Wysunął się spod dziewczyny i pomógł jej wstać - "Nie rób tego nigdy więcej."

Nie puszczając jej ręki wyprowadził ją przed szkołę. Podeszli do przyjaciół.

- "Cześć Carroll" - przywitała się Bonnibel. Pozostali uśmiechali się. Niebieskowłosa wydawała się nieco zaskoczona.

Paul schylił się po plecak i zarzucił go na ramię.

- "Wybaczcie, ale nie będę wam dzisiaj towarzyszył" - powiedział do przyjaciół. Pokiwali głowami i zrozumiawszy o co chodzi ruszyli do miasta. Chłopak odwrócił się do Carroll - "Co ty na małą przejażdżkę motocyklem? Muszę go odstawić do domu."

Dziewczyna pokiwała z uśmiechem głową i zajęła miejsce w koszu. Paul założył kask i odpalił maszynę. Powietrze zapełnił głośny dźwięk pracującego silnika. Chłopak usiadł na siodełku, chwycił kierownicę i wyjechał na drogę. Zaczął kierować się w stronę swojego domu. Zerknął w pewnym momencie na Carroll i stwierdził, że nigdy nie widział jej tak szczęśliwej.

Kilka minut później zatrzymali się na podjeździe. Dziewczyna wysiadła, a Paul wprowadził motocykl do garażu.

- "To co? Idziemy?" - zapytał z uśmiechem.

Ruszyli powoli w stronę "centrum" miasta rozmawiając.

- "Dlaczego właściwie się tu przeprowadziłeś?" - zapytała w pewnym momencie dziewczyna.

- "Powiedzmy, że podpadłem zbyt dużej liczbie łobuzów w poprzedniej szkole i rodzice postanowili mnie uchronić od potężnych nieprzyjemności..." - uśmiechnął się krzywo - "A o co chodzi z kolorem niebieskim?"

- "Lubię niebieski… kojarzy mi się z wodą…"

- "Lubisz pływać?"

- "Wolę patrzeć na wodę."

- "Powinienem ci coś powiedzieć… Zawsze informuje o tym nowo poznane osoby..." - zaczął Paul pocierając kark. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco - "Mam… lekkie rozdwojenie jaźni…"

- "Spokojnie. Nie przeszkadza mi to" - uśmiechnęła się.

- "Naprawdę?"

- "A czemu by miało?" - zaśmiała się. Jej rozmówca uśmiechnął się z wdzięcznością.

Wkrótce dotarli do centrum. Większość sklepów i miejsc, w których można było coś zjeść była już zamknięta, ale na drzwiach "U Treetrunks" świecił się na zielono napis "otwarte".

- "Co powiesz na szalotkę?" - zaproponował chłopak.

- "Chętnie. Strasznie zgłodniałam."

Weszli do ciepłego wnętrza kawiarni i zajęli miejsce. Po chwili podeszła do nich właścicielka.

- "Witaj Paul" - uśmiechnęła się - "Kim jest twoja przyjaciółka? Nie widziałam jej wcześniej."

- "Jestem Carroll" - przedstawiła się.

- "Miło mi. Co zamawiacie?"

- "Poprosimy dwa razy szarlotkę" - powiedział Paul.

Treetrunks wróciła po chwili z dwoma talerzykami z ciepłymi, aromatycznymi kawałkami szarlotki. Postawiła je przed swoimi klientami i odeszła za ladę. Szarlotka szybko zaczęła znikać.

Nagle dało się słyszeć dźwięk zawieszonego nad drzwiami dzwonka. Do kawiarni wszedł mężczyzna o wyglądzie przywodzącym na myśl świnię. Był łysy, miał zadarty nos i różowawą skórę. Paul nie znał jego imienia, ale wiedział, że jest miejscowym rzeźnikiem. I mężem pani Treetrunks.

- "Hej kochanie" - powiedział do kobiety za ladą - "Co tam w pracy?" - wyglądał na zadowolonego.

- "Nic ciekawego…" - mruknęła właścicielka kawiarni znudzonym głosem.

Paul i Carroll nie słuchali dalszej rozmowy małżeństwa.

- "Mam wrażenie, że słabo im się układa" - wyszeptał chłopak nachylając się nad stołem.

- "No… Nie chcę tego słuchać… Cokolwiek będzie się tu działo" - odszepnęła niebieskowłosa.

- "Ja też nie… idziemy?" - zapytał.

Dziewczyna skinęła głową, wstała i zaczęła grzebać w kieszeni w poszukiwaniu drobnych za szarlotkę.

- "O nie!" - zaprotestował Paul jednocześnie powstrzymując niebieskowłosą gestem. Położył banknot na stole - "Ja cię tu zabrałem, to ja płacę" - uśmiechnął się szeroko.

Pożegnali się i wyszli pozostawiając za drzwiami narastającą kłótnię małżeńską.

- "Teraz chyba pora na to, bym odprowadził cię do domu…" - powiedział Paul - "Tylko… ty prowadź" - uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem. Dziewczyna zaśmiała się cicho.

Dwadzieścia minut wypełnionego rozmowami i śmiechem spaceru później, Paul i Carroll stanęli przed niewielkim domkiem jednorodzinnym. Chłopak odprowadził niebieskowłosą pod drzwi.

- "Do jutra Chmurko" - uśmiechnął się.

- "Dzięki…" - powiedziała po chwili wahania, po czym szybko cmoknęła Paula w policzek i czerwieniąc się zniknęła za drzwiami.

Chłopak uśmiechnął się szerzej i poszedł do domu.