- Martwię się o Cuddy – oświadczył, wpadając do gabinetu Wilsona.
- Co, znowu spotyka się z kimś nieodpowiednim? – zakpił przyjaciel.
- Żeby. Mam wrażenie, że zadurzyła się w kimś nieodpowiednim.
- Obawiam się, że to nie twój interes.
- Właściwie to martwię się o siebie. Mam wrażenie, że zadurzyła się we mnie.
Wilson wytrzeszczył oczy.
- Zwariowałeś.
- Wcale nie. Rozmawiała ze mną o pacjentce zupełnie normalnie, a potem spojrzała mi w oczy, zbladła kompletnie i zemdlała. Jak inaczej to wytłumaczysz? Zadurzyła się. Albo jest chora – dodał po chwili namysłu.
- O ile wersja numer jeden jest paranoiczna, o tyle nad wersją numer dwa zastanowiłbym się głębiej.
- Daj spokój. Przyznaj, że kobiety mdleją w mojej obecności i nie zadręczaj się więcej.
- Wymień chociaż jedną, to uwierzę. Pacjentki się nie liczą – dodał szybko. – Zawodowo zajmujesz się mdlejącymi kobietami, więc to żadne osiągnięcie.
Chwila ciszy. Wilson uśmiechnął się triumfalnie.
- Idziemy do Cuddy.
- Dlaczego używasz liczby mnogiej? Ja nigdzie nie idę.
- Ależ owszem. Pójdziesz, żeby pokazać jej, że choć trochę się martwisz.
House uśmiechnął się.
- Pójdę, żeby pokazać TOBIE, że miałem rację. Założymy się? Przegrany stawia lunch.
- House, nie łudźmy się, nigdy w życiu nie postawiłbyś mi lunchu.
- Może nie będę musiał. Boisz się, że moja teoria się sprawdzi?
Wilson westchnął rozdzierająco. Czasami House zachowywał się zupełnie jak dziecko…

--

Wilson zapukał i wszedł cicho do gabinetu Cuddy.
- Jesteś zajęta czy możemy zająć ci chwilę?
Uśmiechnęła się na jego widok
- Nie, nie jestem. Właściwie już skończyłam pracę. Dlaczego pytasz „możemy"? Zamierzasz jeszcze kogoś przyprowadzić?
Wilson obejrzał się zdziwiony. Ani śladu House'a. Westchnął.
- Przepraszam cię na chwilę, zaraz wracam.
House stał na korytarzu, udając nagłe zainteresowanie plakatami informującymi o drogach zarażenia się wirusem HIV.
- Co ty wyprawiasz?! Chodź, chyba się jej nie boisz?
- Nie chcę znowu doprowadzić jej do omdlenia, wystarczy, że raz uderzyła się w głowę – odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem.
Wilson przewrócił oczami.
- Chodź.
Wrócili do gabinetu Cuddy, która była bardzo ciekawa, o co tyle zamieszania i kogo Wilson przyprowadzi ze sobą. Kiedy zobaczyła House'a, serce zaczęło jej szybciej bić. Co się ze mną dzieje, do cholery?!, pomyślała. To tylko House!
-O czym chcieliście ze mną porozmawiać? -zapytała, siląc się na spokój i za wszelką cenę unikając oczu House'a. Nie chciała powtarzać porannego schematu.
- Martwimy się o ciebie.
House chrząknął znacząco, ale pożałował tego w chwili, kiedy Wilson kopnął go z całej siły w kostkę.
- Taak, martwimy się – powiedział z ociąganiem.
Cuddy uniosła brwi.
- Zanosi się na dłuższą rozmowę. W takim razie siadajcie – wskazała im kanapę.
House natychmiast rozgościł się w jej ulubionym fotelu, kładąc nogi na stoliku.
- Wilson, w szafce z dokumentami są ciastka, podasz nam? – zapytał niewinnie.
Cuddy i Wilson wymienili spojrzenia. Woleli nie pytać, skąd o tym wie.
- No więc, czym się tak martwicie? – Cuddy podeszła do House'a, zamierzając usiąść naprzeciw niego na kanapie, podczas gdy Wilson przeszukiwał szafkę w poszukiwaniu ciastek.
- Twoimi nieszczęsnymi omdleniami. Naprawdę powinnaś zrobić sobie wolne… A przede wszystkim powinnaś zrobić podstawowe badania. Jesteś lekarzem, dobrze wiesz, że nie można ignorować takich rzeczy.
- Na moje oko, Jimmy – odezwał się House – to ona zaraz znowu zemdleje.
Wilson odwrócił się natychmiast. Lisa stała obok House'a, blada jak ściana, i chyba rzeczywiście znowu było jej słabo. Podbiegł do niej i posadził ją na kanapie.
- Najlepiej się połóż – zasugerował House.
Wilson rzucił mu wściekłe spojrzenie.
- A ty zamierzałeś patrzeć, co się stanie, czy miałeś w planach jakąś interwencję?! - zapytał, podając Lisie szklankę wody.
- Moja interwencja była zbędna, poradziłeś sobie wspaniale. Ostatecznie jesteś lekarzem. Było nie było, studia skończyłeś. Teraz też chyba nie jestem potrzebny. Zostawiam was – rzucił Wilsonowi spojrzenie pod tytułem „A nie mówiłem" i wyszedł, bardzo z siebie zadowolony.


Tyle na dziś, mam nadzieję, że chociaż trochę się spodobało :) Aha, i dziękuję za miłe komentarze :)
A.