2. Inni
Gdzieś w mojej głowie wyświetla się ciągle film...
Gram główną rolę, a poza mną nie ma nic.
Nie słyszę dźwięków, nie widzę kolorów tła...
Tu nie ma Dobra, tu nie ma nawet Zła.
Gdzieś w moje głowie zapala się nagle coś...
Jak mała iskra, palący sumienia głos.
Otwieram usta i wyrzucam niemy krzyk...
Zaciskam pięści i biję w mur aż do krwi!
Gdzieś w mojej głowie wewnętrzna wojna trwa...
Rozrywa myśli i nie wiem już czy to ja...
Już chciałbym uciec, uwolnić się z tego snu...
To niemożliwe... bo wszystko się dzieje...
TU!
W mojej głowie..
W mojej głowie..
~Hunter
Idę piaszczystą ścieżką przez las. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinienem zapuszczać się w te zakątki, jednak jest to ode mnie silniejsze. Rozglądam się dookoła; zewsząd otaczają mnie zniszczone w zeszłorocznym pożarze drzewa. Setki osmalonych pni i młodych krzewów, które utrzymują pozory… że las wciąż żyje.
Docieram na skraj lasu, znam tę okolicę. Nieopodal dzieci z pobliskich domów spotykają się na placu zabaw, który miasto ufundowało kilkanaście lat temu. Chociaż tego nie chcę, czuję, że coś ciągnie mnie w tamtym kierunku.
Jestem pewien, że niebawem zaatakują mnie dokładne wspomnienia przeżytych tam upokorzeń. Nie jestem w stanie się ich pozbyć.
Siadam na ławce nieopodal huśtawki. Ta porusza się na wietrze, jednak plac jest opustoszały. Nie słychać śmiechu, nikt nie krzyczy. Gdy spuszczam wzrok, zauważam, że koło mojego buta coś leży. Pochylam się, modląc się w duchu, by było tym czego szukam. Niestety, gdy moje palce dotykają przedmiotu, on rozpada się; jak zawsze. Wzdycham i ponownie patrzę na huśtawkę.
Biorę głęboki wdech; ktoś na niej siedzi.
Ciemne włosy, zniszczone ubrania, czyżbym oszalał? Tak bardzo brakuje mi towarzystwa, że widzę wspomnienie samego siebie? Przełykam ślinę, wstaję. Zerkam na swoje szaty, są całe w popiele, strzepuję go. Unoszę dłonie i wciągam powietrze nosem; czuję smród palonego ciała.
Morderca.
Liczę na to, że dziecko niczego nie zauważy i zbliżam się do niego. W myślach układam sobie przemówienie, przecież nie chcę go wystraszyć. Staję za nim, nie porusza się.
Nagle zamiera wiatr, powietrze jest gęste od ciszy. Przytłacza mnie.
Jestem zdecydowany, dotykam ramienia chłopca, by zwrócić na siebie jego uwagę. Jeśli się poruszy, powie coś… cokolwiek, przerwie tę ciszę, uwolni mnie od wiecznego cierpienia.
Z przerażeniem patrzę, jak jego głowa obraca się, a towarzyszący temu dźwięk wcale nie jest uzdrawiający.
Dźwięk łamanych kości, tak znajomy.
Jeszcze kilka cali i zobaczę jego twarz. Po jego szyi skapuje krew, zabarwiając wyświechtaną, niegdyś kremową koszulę. Zaciskam powieki. Znowu słyszę trzask. Czekam, ale nie następuje kolejny. Czyżby dziecko zniknęło?
Otwieram oczy i zamieram.
Głowa chwieje się i spada; instynktownie wyciągam ręce.
Wrzeszczę.
To nie je byłem tym chłopcem.
Moje tęczówki są przecież zielone.
oOo
Budzę się zlany potem. To nie pierwszy taki koszmar, najwyraźniej będę musiał zaopatrzyć się w eliksir bezsennego snu. Mam nadzieję, że Snape zlituje się nade mną i użyczy mi kilku fiolek mikstury; nie mam czasu, by samemu sobie uwarzyć, a na pewno nie wypiję czegoś, pochodzącego z nieznanego źródła.
Poprzedniego dnia, jak tylko wróciłem, położyłem się spać. Byłem wyczerpany.
Idę do kuchni, parzę kawę. Papieros pojawia się w mojej dłoni.
Zastanawiam się, czy wspomniane przeze mnie kilka dni, po których miałem sprawdzić, jak sobie radzą, mogłoby zamienić się w nazajutrz. Wątpię. Snape wyglądał, jakby oczekiwał, że mnie już więcej nie zobaczy. Tak naprawdę nieco mnie to dziwi, zwłaszcza, że po czasie, który spędziliśmy razem, gdy mnie uczył, nasze stosunki znacznie się ociepliły.
Owszem, było to może i siedem lat temu, jeszcze nim wyruszyłem na poszukiwanie horkruksów, ale jednak. Czyżby przez te lata, gdy nie miał ze mną kontaktu, powróciła jego nienawiść?
Biorę łyk kawy, jest gorąca, oparzam sobie język. Klnę pod nosem, zwalając winę na nieobecnego Mistrza Eliksirów.
oOo
Nie wiem, co ze sobą zrobić. Kręcę się po mieszkaniu, przekładając rzeczy z miejsca na miejsce. Ostatecznie decyduję się na wyjście z domu, jednak nim to nastąpi, muszę doprowadzić się do porządku.
Kiedy staję przed łazienkowym lustrem, już po prysznicu, jestem przerażony swoim stanem. Podkrążone oczy, przydługie włosy, kilkudniowy zarost. Wrak człowieka. Staram się nie używać magii zbyt często, mam świadomość, że nie należy tylko do mnie. Część jest jego.
Z szafki wyciągam krem i nakładam go na twarz grubą warstwą. Chwytam brzytwę i palcem sprawdzam, czy jest wystarczająco ostra; krople krwi są tego dowodem.
Uśmiecham się do swojego odbicia, przesuwając ostrze w dół szczęki. Pociągnięcia są mocne i szybkie; robię to dokładnie.
Nie spuszczam z siebie wzroku, jeszcze chwila i skończę tę żmudną czynność, jaką jest golenie się.
Nagle moje oczy błyskają czerwienią. Dekoncentruję się i zacinam.
Instynktownie syczę z bólu, brzytwa wypada mi z dłoni i obija się o brzegi zlewu, nim nieruchomieje. Unoszę dłoń do twarzy, po czym obrysowuję palcem czerwień na moim policzku. Patrzę zafascynowany, jak spływa w dół.
Kręci mi się w głowie, nagle ta czerwień wydaje mi się zła, zakazana. Chcę się jej pozbyć, pocieram policzek. Do rany dostaje się krem, piecze coraz mocniej.
Odkręcam kran i moczę w wodzie ręcznik, po czym przykładam go do twarzy. Powtarzam tę czynność, aż jest ona czysta. Zerkam w lustro, by upewnić się, że nie mogę powiedzieć, iż jestem ogolony. Zrezygnowany przesuwam dłoń przed twarzą; po chwili nie ma śladu po zaroście.
Gdy zamykam oczy, pod powiekami widzę czerwień, dużo czerwieni, jak zawsze, gdy używam magii.
Opuszczam pomieszczenie i kieruję się do przedpokoju. Ubieram płaszcz i wychodzę; pora zrobić jakieś zakupy, w innym przypadku będę przymierał głodem.
oOo
Wchodzę do kawiarni położonej blisko Ministerstwa Magii, gdzie mam się spotkać z Cho Chang. W ostatnim liście wspominała, że zwolniła się posada w dziale komunikacji międzygatunkowej i pomyślała o mnie, pamiętając mój stosunek do wilkołaków.
Zajmuję miejsce w rogu pomieszczenia, zaraz przy oknie. Po latach spędzonych w podróży, poszukując horkruksów, nabawiłem się wielu lęków. Teraz rozumiem szaleństwo Szalonookiego Moodyego.
Unoszę głowę na dźwięk zbliżających się kroków; spinam się. Kiedy widzę, że to Cho, zdobywam się na blady uśmiech i wstaję, by odsunąć jej krzesło.
― Witaj. ― Cmokam ją w policzek. Czuję się nieswojo; co innego konwersować listownie, a spotkać się w cztery oczy… Mam wrażenie, że przez te wszystkie lata spędzone samotnie zdziczałem. Nie wiem, jak przeżyję bal w ministerstwie.
― Harry, tak bardzo za tobą tęskniłam!
Wtula się we mnie. Sztywnieję i nieporadnie klepię ją po plecach. Gdy odrywamy się od siebie, od razu bierze kartę i woła kelnerkę.
Nie mam ochoty na żadne wymyślne desery, zamawiam czarną kawę.
Cho od razu przechodzi do rzeczy.
― Po tym, jak zwolnili Stevena, nie możemy nikogo znaleźć na jego miejsce. Wspominałeś, że od zabicia Voldemorta… ― Tak, teraz, gdy już jest martwy, nikt nie nazywa go Sam-Wiesz-Kim ― nie zacząłeś szukać jeszcze pracy, a siedzenie w domu nie jest tym, co chcesz w życiu robić. Muszę przyznać, że nie dziwię ci się. Może i kilka dni, a nawet miesiąc, miło jest posiedzieć, wiedząc, że nie trzeba nic robić, ale potem dostrzega się, że czas mija, a ty kręcisz się w kółko. Mam rację? ― Potakuję, a ona uśmiecha się do mnie, ukazując rząd białych zębów, kontrastujących z jej karnacją. ― Wspominałam już szefowi o tobie i zgodził się, byś się z nim spotkał.
― Kiedy? ― pytam, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie ma to znaczenia. Mogę to zrobić w każdej chwili.
Cho rumieni się i bierze duży łyk swojej Latte.
― Za godzinę.
― Świetnie! ― Mój entuzjazm ją zaskakuje. ― To teraz może opowiedz mi trochę o swojej córce…
oOo
Cho musiała wrócić do domu, dlatego na rozmowę o pracę udałem się sam. Czekam pod drzwiami gabinetu niejakiego V.N. Spendenburga, nie wiedząc, czego mogę się spodziewać.
Drzwi otwierają się jakieś dwadzieścia minut po moim przybyciu do Ministerstwa.
― Pan Potter? ― zwraca na siebie moją uwagę siwowłosy mężczyzna. Podnoszę się.
― Dzień dobry. ― Kiwam mu głową. Głos mi lekko drży.
― Proszę wejść. ― Idę za nim. ― Przepraszam, że kazałem panu na siebie czekać. ― Siada za biurkiem. ― Nie będę owijał w bawełnę, bo nie wiem co miałoby to mieć na celu. Mam pewne wątpliwości, czy nadaje się pan do tej pracy. Nie ma pan odpowiedniego wykształcenia, nie odbył żadnych kursów, jak postępować z groźnymi gatunkami. Jednak, znając pana życiorys, jestem prawie pewien, że Rogogon Węgierski, trójgłowy pies, hipogryf i testrale, nie były jedynymi stworzeniami, z jakimi miał pan do czynienia. ― Kiwam głową; tak, było ich znacznie więcej. ― Muszę jednak uprzedzić, że przez większość czasu zajmowałby się pan prowadzeniem ksiąg, przepisywaniem formułek. Owszem, co kilka tygodnie organizowane są wyjazdy, podczas których pracownicy liczą osobniki danych gatunków, obrączkują je, unicestwiają, w zależności od misji, ale ogólnie jest to raczej papierkowa robota.
― Ależ mi to nie przeszkadza. Byłbym szczęśliwy, mogąc pracować dla pana.
Patrzy na mnie niepewnie. Mam wrażenie, że rozważa wszystkie za i przeciw. W końcu wstaje, idę za jego przykładem.
― Przedyskutuję pana kwestię na najbliższym zebraniu, dziękuję za fatygę ― odprawia mnie. Jestem dobrej myśli.
oOo
Zajmuję wyznaczone miejsce i czekam na rozpoczęcie ceremonii. Obiecuję sobie, że jak tylko to się skończy zajrzę do jakiegoś sklepu, wrócę do domu i się upiję.
Czuję się nie na miejscu w swojej zielonej szacie. Pozostali zaproszeni czarodzieje uważają chyba to samo, bo nawet nie próbują ukryć tego, że się na mnie gapią z niesmakiem. Zastanawiam się, czy nie doczytałem czegoś w zaproszeniu na temat ubioru, czy może wszyscy doszli do tego samego wniosku, że na balu, który ma uczcić pamięć walczących przeciw Voldemortowi, powinno się przyjść ubranym w czerwone szaty. Cóż, mogę ich zrozumieć, niech świętują. Ja zrobię swoje i wyjdę, najszybciej jak się da.
Witam się ze wszystkimi mijanymi czarodziejami i czarownicami; z niektórymi wymieniam uprzejmości. Rozglądam się w poszukiwaniu Snape'a i Draco, ale nigdzie ich nie widzę. Może odrzucili zaproszenie, w końcu Malfoy jest zapewne jeszcze słaby.
Zajmuję wyznaczone miejsce i czekam na rozpoczęcie ceremonii. Obiecuję sobie, że jak tylko to się skończy zajrzę do jakiegoś sklepu monopolowego, wrócę do domu i się upiję.
Wyczytywane zostają kolejne nazwiska, zaczęto od pośmiertnych wyróżnień.
Po jakiejś godzinie, morzu wylanych łez i równie okazałej ilości mdlejących kobiet, Minister bierze drugi pergamin. Nazwiska odczytywane zostają alfabetycznie. Czekam, aż wyczytają Draco, jednak to nie następuje. Po Lovegood i przemowie Luny, która jak zwykle wygląda olśniewająco w stroju własnej twórczości, proszony na środek zostaje Cormac McLaggen.
Jak wygodne jest to dla Ministerstwa, jak krzywdzące dla Draco. Skoro nawet durny Cormac dostaje order… Ach. Ale jego ojciec nie jest zbiegłym Śmierciożercą. On nie należał do kręgu wyznawców Voldemorta. Nieważne, że Draco tak naprawdę pomagał jasnej stronie. W ich małych móżdżkach zakodował się jedynie widok mrocznego znaku na ramieniu młodego Malfoya, nic innego nie miało znaczenia.
oOo
Kiedy w końcu wyczytane zostaje moje nazwisko, tłum krzyczy, klaszcze i gwiżdże. Kręcę głową, nie lubię, gdy wokół mojej osoby robi się tyle szumu.
Staję obok ministra, a ten przyczepia mi do przodu szaty błyszczący, złoty order. Gratuluje mi pokonania najgorszego czarnoksiężnika wszechczasów, a na koniec nawet obejmuje, ku radości tłumu.
Wszyscy na mnie patrzą, czekając na słowa otuchy, potwierdzenie, że to koniec, że wszystko jest takie, jakie być powinno.
― Jestem szczęśliwy, mogąc być tu dzisiaj z wami. Od początku zdawałem sobie sprawę z tego, że mogę umrzeć, walcząc z Voldemortem, tak jak wszyscy inni. Jednak gdzie byśmy dzisiaj byli, nie podejmując tego ryzyka? Nasze życie jest coś warte, póki mamy o co walczyć, do czego dążyć, o czym marzyć. Ci, którzy polegli, też mieli marzenia, marzenia o lepszym jutrze. Od nas jedynie zależy, czy ich ofiara nie pójdzie na marne. Musimy się zjednoczyć i wspólnie odbudować nasz świat, bez zawiści i nieufności. Nie możemy pozwolić sobie na nienawiść i wzajemne rozliczanie z błędów. Nie wolno nam patrzeć na drugiego czarodzieja przez pryzmat jego rodziny, jak to jest czynione. Żyjmy tak, by na stare lata tego nie żałować. ― Milknę. Ludzie patrzą na mnie, oddaję te spojrzenia. ― Uhonorujmy teraz minutą milczenia wszystkich poległych, co dotychczas nie zostało zrobione. ― Zamykam oczy i odliczam, myśląc o tych, których twarze będą towarzyszyć mi do śmierci. ― Dziękuję.
oOo
Kiedy wychodzę z Ministerstwa, jestem kłębkiem nerwów. Mogę jeszcze zrozumieć to, że Draco nie został odznaczony orderem, ale Severus? Gniew kipi we mnie. Nie znoszę czegoś takiego. Od razu przypominają mi się czasy u Dursleyów i czas spędzony w mugolskiej szkole. Tam również wyróżniana zostawała jedynie część osób. Zero sprawiedliwości zarówno kiedyś jak i teraz. [i]Smutne[/i].
Jak tylko przypominam sobie moją przemowę, chce mi się śmiać, nie mogła chyba być już gorsza. Jedno jest pewne, nigdy nie nauczę się przemawiać; jestem w tym beznadziejny.
Teleportuję się do swojego mieszkania i przebieram w mugolskie ubrania. Zdecydowałem, że nie chcę pić w samotności.
oOo
Po drodze wstępuję do magicznego baru, gdzie nabywam Ognistą Whiskey. Mam nadzieję, że Snape nie zamorduje mnie w chwili, w której mnie zobaczy.
