ktoś tu pytał o nowy rozdział? ;) Enjoy.
Poranek był wyjątkowo ponury, mimo że była późna wiosna. Niebo zasnuły szare chmury, nie przepuszczając błękitu, a w chłodnym powietrzu unosił się zapach zimy, zupełnie jakby miniona pora roku chciała przypomnieć o sobie wiośnie. Pod kopytami parskającego kasztana trzaskały chwycone przez dłonie mrozu źdźbła trawy. Kłęby pary, wydobywające się z nozdrzy zwierzęcia i ust dosiadającego go jeźdźca, wirowały w powietrzu. Podróżnik, otulony czarną peleryną, chował twarz pod kapturem, chroniąc się przed zimnem. Dłonie trzymające ręce okryte były skórzanymi rękawiczkami. Zawieszona na plecach kusza chwiała się za każdym razem, gdy koń podrywał głowę, wspinając się na stromy szlak. Otaczające ich skaliste wzgórza były już wysokie, a do stóp najbliższej góry było zaledwie kilka mil. Jeździec zatrzymał konia na szczycie wzniesienia, unosząc się w siodle. Zsunął z głowy kaptur, odsłaniając jasne włosy. Próbował ocenić dokładniej odległość do łańcucha górskiego, ale przez brak jednego oka nie był w stanie. Z westchnieniem opadł z powrotem na siodło, wyciągając z obszernej, wewnętrznej kieszeni peleryny zwiniętą mapę. Przyglądając się wyrysowanemu szlakowi, zaczął zastanawiać się, co dalej. Zgodnie z informacjami Winggala był już w okolicy kryjówki bractwa. Musiał jakoś zwrócić na siebie uwagę. Fay westchnął cicho. Naprawdę nie podobała mu się ta sytuacja, ale nie miał wyjścia. Założył z powrotem kaptur na głowę i zmusił konia do zboczenia ze ścieżki. Podjechał pod sporą skałę i zatrzymał wierzchowca. Zwinnie zeskoczył z konia i przywiązał lejce do pobliskiego krzewu. Odłożył kuszę na ziemię i zajął się ściąganiem z wierzchowca sakwy. Rzucił ją pod skałę i wyjął z niej kołczan zawierający bełty do kuszy. Był w drodze od kilku dni, kończyło mu się jedzenie, więc musiał zapolować i coś zjeść, zanim zwróci uwagę bractwa, bo wątpił, by poczęstowali go ciepłym posiłkiem. Blondyn schował torbę pod krzewem, po czym, biorąc broń, ruszył cicho między skałami. Kamieniste podłoże i nieliczne jałowce nie mogły stanowić kryjówki dla żadnego stworzenia, więc zaczął powoli schodzić ze wzniesienia, omijając z daleka trakt. Fay pozwolił na moment uaktywnić się wampirzym zmysłom, niewiele co prawda lepszym od ludzkich, by pomogły mu w zdobyciu pożywienia. Gdy był w połowie drogi na dół, bardziej gęste krzewy niżej zaszeleściły. Mag przypadł do ziemi, kryjąc się za skałą, obserwując czujnie zarośla. Liście drżały jeszcze przez chwilę, aż w końcu wyłonił się z nich dziki królik. Zwierzę uniosło się na tylnich nogach, ale nie widząc zagrożenia, ponownie przestało interesować się otoczeniem. Fay poruszył się ostrożnie, powoli zakładając bełt na cięciwę, uważając, by niespodziewanym hałasem nie spłoszyć królika. Dotknął korbki i nie śpiesząc się, napiął cięciwę. Wysunął lekko broń zza kamienia. W tej chwili królik ponownie uniósł się na tylnych łapach i widząc obcą dla siebie istotę, zamarł w bezruchu, ale zanim zdążył rzucić się do ucieczki, palec Faya spokojnie nacisnął spust. Bełt przeciął cicho powietrze i niemalże natychmiast trafił w pierś zwierzęcia. Siła uderzenia odrzuciła zwierzątko do tyłu, a jego łapy zadrżały spazmatycznie, by po paru sekundach znieruchomieć.
Fay wstał i zarzucając kuszę na plecy, ruszył na dół. Łupem szczęścia udało mu się zdobyć posiłek, więc teraz czekało go doprowadzenie mięsa do postaci jadalnej. Umiał gotować i to całkiem dobrze, a w czasie ich podróży nie raz musieli polować, ale nie lubił oporządzania zwierzyny. Zbyt dużo było przy tym krwi, a on nie cierpiał, gdy czerwona ciecz plamiła mu dłonie. Zwierzęca krew za bardzo przypominała ludzką, a tej Fay nie chciał już więcej widzieć na swoich rękach.
Podszedł do ciała królika i podniósł je. Nie śpiesząc się, wrócił na wzniesienie i zajął się rozpalaniem ogniska. Był pewien, że krew i zapach dymu mogą przyciągnąć do niego uwagę członków bractwa, ale wątpił, by zaatakowaliby go w biały dzień. Czystokrwiści woleli działać pod osłoną nocy, więc miał jeszcze kilka godzin, by odpocząć i przygotować się do tego, co miało nadejść. Fay zdawał sobie sprawę, że ma niewielką szansę na przekonanie wampirów, by nie pozbawiali go życia, ale nie miał innego wyjścia. Według słów Winggala, żaden z członków bractwa nie posługiwał się magią, co dawało blondynowi przewagę, bo ludzie nie posiadający tej zdolności nie potrafili wyczuć, czy ktoś jest magiem. Dzięki temu Fay mógł bez przeszkód wcielić się w rolę, którą uznał za odpowiednią.
Fay usiadł pod głazem, podkulając nogi i opierając podbródek o kolana. Ponuro patrzył na królika piekącego się na prymitywnym, skleconym naprędce drewnianym rożnie. Od tygodnia nie pił krwi, od tygodnia był w drodze i od tygodnia był sam.
Wiele razy czuł się samotny, ale tak naprawdę przez ostatnie dziesiątki lat ktoś przy nim był niemal zawsze. Ashura nie był idealnym opiekunem, może nie potrafił dać mu prawdziwej ojcowskiej miłości, ale zawsze go wspierał i się o niego troszczył. Poza tym, Fay był wychowankiem króla i silnym magiem, mieszkał na zamku, w którym zawsze było pełno ludzi. Zawsze jednak czegoś brakowało. Przez ostatnie miesiące Kurogane, Sakura i Syaoran byli przy nim, nigdy się nie rozdzielali i Fay mógł czuć się szczęśliwy.
Teraz jednak Fay miał wrażenie, że znów znajduje się w Piekielnej Wieży, całkiem sam, w ciszy zmąconej jedynie oddechem jego i parskaniem wierzchowca. Przymykając oczy, pochylił głowę, chowając ją w kolanach, chcąc odciąć się od wspomnień z dzieciństwa. Czuł się źle.
-Nie ma to jak małe załamanie – szepnął do siebie nieco zduszonym głosem, czując suchość w gardle. Wziął kilka głębokich oddechów i westchnął. Na nic mu się nie przyda użalanie się nad sobą, musi działać. Wstał i mijając kasztanowego konia, zaczął wzrokiem przeczesywać najbliższą okolicę. W myślach wyznaczył granicę okręgu o promieniu kilku metrów. Zamknął oczy i skupił się na nieistniejących liniach tworzących granicę okręgu. Wysłał swoją magię, by stworzyła osłonę dookoła niego, warstwę zbyt słabą, by móc kogoś zatrzymać, ale wystarczającą, by jej naruszenie zostało przez niego zauważone. Nie chciał zostać zaskoczony i zaatakowany znienacka, bo wtedy nie miałby szans. Czując, jak moc uspokaja się i zastyga w postaci niematerialnej tarczy, otworzył oczy, szepcząc końcowe zaklęcie. Moc drgnęła jeszcze raz i znieruchomiała, a on rozejrzał się dookoła. Nie widział tarczy, ale czuł, że tam jest, cicha i niepozorna. Podszedł do wyznaczonej granicy i wyciągnął rękę. Dłoń przeniknęła bez problemu przez powietrze, ale wyczuł mocne wibracje magii, gdy tylko dotknął bariery. Zadowolony, wrócił pod skałę, wdychając zapach pieczonego mięsiwa. Od poprzedniego wieczora nic nie jadł, a niemal całą noc był w drodze. Nie, że nie mógł nigdzie zanocować. Po prostu nie mógł leżeć bez ruchu i czekać, aż sen łaskawie przyjdzie. Wolał jechać przed siebie, więc po krótkim popasie zmusił konia do dalszej wędrówki. Dopiero teraz odczuwał skutki tamtej decyzji. Opuścił powieki. Był zmęczony, a pragnienie krwi zaczęło się odzywać ponownie. Zaczął coraz bardziej wątpić w powodzenie swojej misji. Jeśli już po tygodniu czuje się tak słaby, co będzie potem?
Ocknął się z półsnu jakieś kilkanaście minut później i poderwał się, przypadając do wygasającego ogniska i na wpół przypalonego królika. Zaklął pod nosem, parząc palce dymiącym mięsiwem. Zdjąwszy królika z różna, zjadł tyle, ile mógł, po czym ponownie skulił się pod skałą. Jasne włosy opadły mu na twarz, gdy pochylił głowę. Musiał się choć trochę zdrzemnąć. Wkrótce zapadł w sen.
Obudziło go nagłe drgnienie bariery. Poderwał się na nogi, zauważając, że niebo pociemniało. Musiało być po zachodzie słońca. Rozejrzał się dookoła, ale wtem ktoś skoczył mu na kark z góry. Z jękiem spadł na kolana, próbując zrzucić napastnika, ale silne ramiona przyszpiliły go do podłoża. Od oprawcy cuchnęło świeżą krwią, co znaczyło, że Fay nie był pierwszą ofiarą tego wieczoru. Długie paznokcie wpijały się w kark blondyna, a kolana przyciskały go do ziemi.
-Leż spokojnie, kamratku, pożyjesz minutkę dłużej. Nie lubię poszarpanych ofiar, źle smakują. – syknął napastnik ochrypłym głosem. Fay, mając głowę odwróconą w kierunku wygasłego ogniska, widział parę podniszczonych butów spacerujących dookoła prowizorycznego obozowiska.
-Ładny konik, panie podróżny – odezwał się obojętnie właściciel butów. – Będzie z niego pożytek, albo się sprzeda, albo zostawi sobie… No dalej, Rudir, zaszlachtuj go, nie mamy całej nocy.
-Nie, czekajcie, nie zabijajcie – szepnął blondyn, uznając, że nadszedł czas na rozpoczęcie gry. – Jesteście wampirami, prawda? Szukałem was.
-Hęę? – Rudir pochylił się nad nim, siłą odwracając mu głowę, by na niego spojrzeć. – A co ty, samobójca?
-Chwila – drugi z wampirów podszedł bliżej i przykucnął przy obezwładnionym Fayu. Mag zdziwił się, widząc jego twarz. Wampir wyglądał bardzo młodo, a szarozielone oczy w połączeniu z lekkim wzorem piegów na jasnej twarzy jeszcze bardziej to podkreślały. Strzecha rdzawych włosów upięta była w niestaranny kucyk. – Weź mi jego twarzyczkę pokaż bardziej – zwrócił się do Rudira, wyraźnie zainteresowany. Gdy ten szarpnął blondyna za włosy, rudzielec chwycił go za podbródek i zmarszczył brwi, przyglądając się mu. Fay miał cichą nadzieję, że jego oko zmieni barwę na złotą.
-Cholera, to przemieniony – stwierdził młody krwiopijca, puszczając go. – I to wygłodzony, ślepia… ślepie mu na milę świeci – wstał i spojrzał na towarzysza. – Rudir, puść chłopaka. To jak kanibalizm.
Fay poczuł, jak z jego pleców znika ciężar i podniósł się do siadu. Rudir kucał przy nim, trzymając silną rękę na jego ramieniu w niby przyjacielskim geście, ale nacisk palców był bardzo mocny i bynajmniej nie wskazywał na dobre zamiary. Dopiero teraz Fay mógł mu się przyjrzeć. Na ludzkie lata wyglądał jak zarośnięty trzydziestokilkulatek, a oczy płonęły mu demonicznym, złotym blaskiem. Był sporego wzrostu, może nawet wyższy niż Kurogane.
-No to co, Liar, przemienieni też smaczni, hehe – zarechotał Rudir, a Liar skrzywił się wyraźnie.
-To obrzydliwe. Ej ty – zwrócił się do maga. – Coś tam mówiłeś, że nas szukasz? Tak czy nie?
-Tak – odpowiedział cicho Fay.
-A co nas to obchodzi? – Rudir szarpnął nim lekko, wyszczerzając żółte zęby. – Do piachu z nim, Liar, co się cackać.
-A co było ostatnim razem, gdy zatłukliśmy jakiegoś człowieczka, co szukał bractwa? – Liar uniósł głowę, patrząc z pogardą na towarzysza. – Drugi raz na półroczną włóczęgę się wysłać nie dam. Idziemy z nim do szefa. Jak to jakaś płotka, najwyżej skończy w sali tortur. Wiążże go i zakryj mu to oko, niech drogi nie widzi.
-Miej nadzieję, przemianko, że to coś, co zainteresuje szefa – mruknął Rudir i wstając, zmusił Faya do powstania. – Żadnych gwałtownych ruchów, przemienione cudeńko, bo ci wyrżnę pazurami na ciele kilka zasad, do których powinna się ofiara stosować. No dalej, stój spokojnie, to do siedzibę w całości odwiedzisz. – Nie spuszczając blondyna z oczu, zaczął przeszukiwać kieszenie.
Czarodziej stał spokojnie, znając możliwości czystokrwistych wampirów. Wystarczy ich jeden ruch, by zabić nieuzbrojonego człowieka. Kusza leżała kawałek dalej, zupełnie bezużyteczna. Mógł użyć magii, ale przecież o to w całej tej grze chodziło – by dostać się do siedziby bractwa.
Rudir wydobywszy jakiś rzemień związał mu ręce z przodu i szczerząc się paskudnie, zerwał mu z głowy opaskę. Założył ją z powrotem, jednak na zdrowe oko i zachichotał. Faya otoczyły ciemności.
-Paskudnie to oczko wygląda, przemianko – Rudir popchnął go, a blondyn potknął się i z trudem odzyskał równowagę.
-Pakuj go na konia – odezwał się beznamiętny głos rudego wampira. – Tylko stabilnie, nie chcę by połamał sobie kości przy lada zakręcie. Aha, i ja jadę z nim, ty wracasz na nogach.
-A to, kurwa, czego, ryży popaprańcu? – Rudir brutalnie chwycił Faya i bez ceregieli osadził go w siodle.
Blondyn na oślep wymacał stopami strzemiona i związanymi w nadgarstkach dłońmi chwycił się łęku siodła.
-Bo ta biedna szkapina wyzionie ducha, jak na nią wleziesz – odparł Liar, wskakując na konia za więźniem. – Wio, szkapko. Spokojnie, nie jemy koniny, dobry koń jest za drogi. – Fay poczuł, jak obok jego dłoni przemykają ręce rudzielca, zapewne chwytając lejce. Na szczęście, jak zauważył blondyn, wampir w przeciwieństwie do Rudira nie cuchnął krwią, a nawet dało się wyczuć lekką woń jakiś ziół. W ciemności słyszał oddech młodego wampira i miarowy stukot końskich kopyt o skały. Koń szedł stępa, ale i tak po jakimś czasie Fay stracił orientację, bo wkrótce pokonali tyle zakrętów, że przestał je liczyć. Jechali jakieś pół godziny w milczeniu. Fay pochylił głowę na piersi. Zakryte oko, cisza i zmęczenie nie pomagały w koncentracji.
-Złotko, nie usypiaj – Liar odezwał się dziarskim, zupełnie odmiennym niż wcześniej tonem, poganiając konia, by przeszedł do kłusu. Głos rudzielca rozbrzmiał obok uszu maga, budząc go z letargu. – Zaraz droga się skończy, a ja się z chęcią dowiem, co za diabły przywiodły się do naszych gór. Miejmy nadzieję, że porządne masz powody, bo jakoś szkoda by cię zabić… Wydajesz się sympatyczny, a te włosy masz genialne. Zawsze chciałem być blondynem – Liar westchnął rozdzierająco. – A co? Matka w spadku dała mi włosy rude jak wiewiórka. Ty masz pojęcie, jakie sobie jaja ze mnie robili? No, dopóki nie zorientowali się, że jestem wampirem, wtedy to zamiast jaj robili krucjatę. – wampir zachichotał, zwalniając konia. Fay poczuł, jak rudzielec zeskakuje z siodła. – No, złotko, jesteśmy prawie w domku. Rudir pewnie już jest, bo on łazi jakimiś dziczami, zamiast kulturalnie po drogach. Daj ręce, pomogę ci zejść – dodał, a Fay poczuł na swoimi nadgarstku dotyk zimnych palców. Pozwolił sobie pomóc w zejściu, ale nie wiedział, że choć teraz Liar zachowuje się przyjaźnie, może to się w każdej chwili zmienić. Miał dziwne wrażenie, że rudowłosy nie jest do końca stabilny psychicznie. Zbyt nienaturalne wydawało mu się przejście od wcześniejszej obojętności do nagłej gadaniny.
Został poprowadzony dalej. Po chwili świeże powietrze znikło, a grunt pod nogami zaczął stopniowo się obniżać. Domyślił się, że jest w systemie jaskiń, o którym mówił Winggal. Schodził ostrożnie w dół, na oślep, prowadzony przez Liara, który od czasu do czasu rzucał jakieś uwagi. W końcu podłoże się wyrównało i ktoś obcy do niego podszedł. Sądząc po zniknięciu zapachu ziół, Liar się oddalił. Czyjaś silna dłoń popchnęła go i zmusiła do upadku na kolana.
-Łeb nisko – warknął znajomy głos, a blondyn rozpoznał, że to Rudir. Wampir chwycił go za włosy i zmusił go opuszczenia głowy. Drugą ręką zdjął mu opaskę.
Fay zamrugał, bo światło świec niemal go oślepiło. Po chwili zorientował się, że naprawdę jest w jaskini. Ta miała niskie sklepienie, tak, że stojące pod ścianami postacie w kapturach i czarnych szatach niemal dotykały go głową. Zakapturzone wampiry stały w kręgu, patrząc na niego. Nie widział ich twarzy. Panowała cisza.
-Czego u nas szukasz, przemienione dziecko? – głęboki, spokojny głos wybił się z ciszy. Z boku, zza wampirów, wyszedł wysoki mężczyzna.
-Pomocy – powiedział cicho Fay.
-Nie jesteśmy przytułkiem, przemianko – warknął Rudir. W kręgu rozległy się przytłumione śmiechy, których dźwięk mimo woli spowodował u czarodzieja gęsią skórkę. Zerkając na boki, stwierdził, że wampirów jest około ośmiu.
-Milczeć – powiedział cicho wysoki wampir. Szepty i śmiechy zamarły natychmiast. Mężczyzna podszedł bliżej i pochylając się, uniósł podbródek Faya. Blondyn mógł bez problemu w świetle świec rozpoznać arystokratyczne rysy bladej twarzy, otoczone długimi, prostymi czarnymi włosami. Oczy wampira były szare i zimne. Fayowi wydał się dziwnie podobny do Winggala. Dumne usta miały ten sam krój. To Anathis, skontaktował blondyn. Przywódca.
-Jak masz na imię, chłopcze? – zapytał wolno Anathis w zupełnej ciszy.
Fay w głębi duszy westchnął. Nadszedł czas na kłamstwa i oszustwa, a także na całą historyjkę, którą ułożył. Miał nadzieję, że będzie wiarygodna, w końcu od tego zależało powodzenie misji i jego życie.
-Nazywam się Yuui von Valeria – powiedział, widząc na twarzy wampira lekkie, uprzejme zainteresowanie. Widocznie rzadko słyszał szlacheckie nazwisko w siedzibie swojego bractwa.
-Arystokrata? – Anathis uniósł czarne brwi.
-Zubożały. – sprecyzował blondyn. – Z zawodu kupiec.
-Więc co sprowadza kupca o szlacheckim nazwisku do siedliszcza naszego bractwa?
Fay wziął głęboki oddech. Anathis puścił jego twarz, ale nie pozwolił mu wstać. Wciąż klęcząc i czując na ramieniu łapę Rudira, rozpoczął opowieść, mając nadzieję, że brzmi jak błagający, nie mający pojęcia co robić, kupczyna. Do tego porządnie przestraszony.
Zaczął kłamać. Opowiadać o tym, że pochodzi z niewielkiej wioski na Północy, gdzie od dawna zamieszkiwała jego rodzina, która kilka pokoleń przed jego narodzinami przehulała cały majątek, zostawiając mu w dziedzictwie jedynie sklep. Wspomniał o starych rodzicach, który zmarli, nie zostawiając mu ani grosza. Tłumaczył, że sklep przestał przynosić dochody i on, Yuui, porzucił wioskę i w nadziei na lepsze życie udał się w drogę do jednego z większych miast, do Lomeer. Wtedy właśnie, w czasie podróży, pod osłoną nocy, został zaatakowany. Pamiętał jedynie dużo bólu i to, że gdy rano się ocknął, leżał obok martwego, pozbawionego krwi mężczyzny, a ktoś powoli się oddalał, śmiejąc się dziwnie. Czuł ból i płonącą suchość w gardle, która potęgowała się, gdy patrzył na ciało. W końcu nie wytrzymał i próbował wypić to, co pozostało w mężczyźnie. Wtedy zdał sobie sprawę, co zaszło. Został zaatakowany przez wampira, który zmienił go w podobnego sobie i zabił jego ofiarę.
-Wiedziałem, że nie znajdę miejsca wśród ludzi – powiedział cicho Fay, czując, jak jego serce tłucze się o żebra. W jaskini od dobrych kilku minut panowała idealna cisza. Głos mu drżał – był przerażony. – Słyszałem o was, pomyślałem… Pomyślałem, że mi pomożecie.
-Cóż – Anathis spacerował od ściany do ściany. Fay próbował na niego spojrzeć, ale silna ręka Rudira mocno nacisnęła na jego kark. Kolana bolały od długiego kontaktu z kamiennym klepiskiem. – Zaiste, wampir, który cię napadł, skazał cię na śmierć, zabijając twoją ofiarę. Szkoda, że nie znam jego imienia.
-To nie przytułek, panie – warknął jakiś wampir. – Wzruszająca historyjka, ale co nas obchodzi? Niech zdycha. I tak nie będzie z niego pożytku.
Fay zadrżał i wstrzymując oddech, czekał na wynik bitwy, w której gra szła o jego życie.
-Mirianie, nie unoś się – Anathis zatrzymał się i surowo spojrzał na poddanego. – Ten młody wampir przyszedł do nas prosząc o pomoc. Słusznie zauważył, że nikt inny mu nie pomoże. Wybrał nas, mimo że z pewnością słyszał nieprzychylne plotki o naszym bractwie. Wiedział, kto ma rację. To się ceni.
-Panie – odezwał się Rudir ochrypłym głosem. – Mamy go niańczyć? Zanim przywyknie do zwykłej krwi, miną tygodnie. Żaden z nas nie ma ochoty pilnować, by przeżył ten proces. Zresztą, skąd mamy wiedzieć, czy to nie jakiś szpieg Sanguisa?
-Sanguis nie byłby tak głupi, by wysyłać przemiankę – parsknął Liar. – Wysłałby swoje Kiełki kochane, co mu służą jak pieski.
-Zamknij się, rudzielcu – warknął Mirian, ale Anathis po raz kolejny go uciszył.
-Słuszna uwaga, Liar – zauważył przywódca wampirów.- Znam Sanguisa bardzo dobrze i wiem, że jeśli coś planuje, robi to tak, by mieć jak największe szanse powodzenia. Przemieniony wampir nigdy nie dorówna czystokrwistemu, to oczywistość. Ne wysłałby do nas kogoś takiego. Zresztą… Kamui, a co ty o tym myślisz?
Fay zaskoczony spojrzał w bok, na tyle, na ile pozwolił mu wciąż trzymający go Rudir. Postać wampira z Tokyo wysunęła się z kręgu, zrzucając z ciemnych włosów kaptur.
-Jednym z naszych praw jest udzielenie pomocy temu, kto o nią poprosi – odezwał się spokojnie Kamui, nie pokazując po sobie, że zna Faya. – On… Yuui, tak? Yuui przyszedł do nas, nie do Sanguisa. Byłoby hańbą tak po prostu zabić kogoś, kto oczekiwał od nas pomocy.
-Masz rację, Kamui – Anathis uśmiechnął się ciepło do ulubieńca. Któryś z wampirów prychnął z niesmakiem. – Ale Rudir również ją ma. Mamy wiele innych zajęć. Werbowanie nowych członków bractwa, zdobywania dla nas żywności, pieniędzy…
-Jeśli uznasz to za stosowne, panie, jestem gotów się nim zająć – Kamui pochylił głowę w geście szacunku. – Wiesz, panie, że niestety nie mogę razem z wami wyruszać na polowania i misje. Byłoby dla mnie wielką pociechą, gdybym mógł dostać funkcję, która zabiłaby nieco mój czas.
-Przecież masz inne rozrywki – parsknął Rudir. – Na brak emocji nie narzekasz, złotko.
Kamui nie zareagował na zaczepkę, patrząc wyczekująco na Anathisa. Ten wyglądał na zamyślonego.
-Cóż – spojrzał na ulubieńca. – Faktycznie, musi ci się trochę nudzić. Miłość na tle fizycznym nie zajmuje przecież całej doby – wampiry zaśmiały się otwarcie, ale jeden gest przywódcy je uciszył. – Dobrze, Kamui. Powierzę tobie i twojemu… przyjacielowi – tym razem nikt nie odważył się zachichotać. – opiekę nad naszym podopiecznym. Zrobicie to, co uznacie za słuszne. Yuui – wampir podszedł bliżej Faya i dał Rudirowi znak, by ten puścił blondyna. Postawny krwiopijca zaczął pozbywać się więzów na nadgarstkach Faya. – Powiedź mi, Yuui, czy prócz liczenia, czytania i pisania – bo mniemam, że jako właściciel sklepu opanowałeś te umiejętności – umiesz coś, co byłoby nam przydatne?
-Potrafię gotować – odpowiedział Fay, czując, że może wstać. Podniósł się na nogi, krzywiąc się z powodu zdrętwiałych nóg. – I strzelać z łuku i kuszy.
-Dobrze – Anathis spojrzał mu prosto w twarz. – Przydasz się. Kamui i Fuuma oprowadzą cię i objaśnią zasady panujące w bractwie. Póki co, nie wolno ci samemu opuszczać jaskiń.
Fay kiwnął głową, nie dając po sobie poznać zaskoczenia. To Fuuma był współpracownikiem Kamui'a? I… z słów Anathisa wynikało, że on i wampir… byli kochankami. Zdumiony i nieco zmieszany, zerknął w kierunku wampirów. Krąg rozszedł się, każdy w swoją stronę, w większości nie zwracając na niego uwagi. Najwyraźniej skoro obowiązek pilnowania nowego spadł na Kamui'a, uznali sprawę za zakończoną. Rudir rzucił mu opaskę i znikł w jednej z odnóg korytarza. Dopiero teraz Fay mógł rozejrzeć się po jaskini. Stroma ścieżka prowadziła w górę, tamten korytarz najwyraźniej prowadził do wyjścia. Kilka metrów od niego niska jaskinia, w której odbyło się spotkanie, rozszerzała się w przestronną, pustą salę, od której odchodziły odnogi kolejnych korytarzy. Gdzieniegdzie strop podtrzymywały słupy, wskazując na to, że system jaskiń swego czasu mógł być kopalnią lub czymś podobnym.
Obok niego pojawił się Kamui i drugi mężczyzna. Fuuma uśmiechnął się dobrotliwie, zdejmując kaptur z głowy, ale nie powiedział nic. Kamui chwycił Faya za ramię.
-Chodź – nakazał, prowadząc go w jedną z odnóg skalnego korytarza. Szli kilka minut, co chwila skręcając, coraz bardziej się zniżając, aż doszli do wysoko sklepionej sali. Tutaj jaskinia była już całkowicie naturalna – wysokie, ostre skały wyrastały ze ścian i nierównego podłoża, grzyby i porosty pokrywały każdą powierzchnię, na jakiej mogły rosnąć, a z otworu wysoko w kamiennej ścianie wytryskiwał strumień, z łoskotem spadając w dół i przecinając jaskinię na pół. Woda spadała ze stromego urwiska na przeciwległym końcu sali.
-Tutaj możemy rozmawiać – szepnął Kamui, pokazując Fayowi zagłębienie wśród skał niewielkiego wodospadu. Fuuma zajął miejsce przy wejściu do jaskini. – Tu prawie nikt nie chodzi, a woda wszystko zagłusza.
-Nie spodziewałam się, że się uda – Fay odetchnął, przysuwając się do kamiennej, mokrej ściany. Z tego miejsca byli niewidoczni dla potencjalnych wchodzących.
-Nieźle ci poszło – stwierdził Kamui. – Przez parę dni, jeśli nie będziesz sprawiać problemów, będą cię ignorować. Większość z nich, bo Rudir może mieć jakieś obiekcje. Radzę ci, nie wdawaj się z nim w dłuższą rozmowę. Jeśli poczuje się urażony, może zabić i niewiele go obchodzą zasady.
-A ten rudy, Liar? – blondyn zerknął nerwowo w kierunku Fuumy. Kamui, zauważając jego spojrzenie, wychylił się lekko zza skały. Fuuma uniósł rękę w uspokajającym geście, więc wampir z powrotem się schował.
-Liar jest… cóż, nie do końca stabilny psychicznie – Kamui odgarnął ciemne włosy z czoła. – Gdy zachowuje się jak dziecko, znaczy, gada jak najęty i się przymila, jest niegroźny. Zmienia się pod wpływem adrenaliny. Podczas polowań i walk jest bezwzględny, bezlitosny i nieczuły. Nie należy go denerwować. Traktuj go jak dzieciaka, wtedy będzie się zachowywać jak dzieciak.
-A inni?
-Anathis już roztoczył nad tobą swoje skrzydła, zostawiając cię tutaj – odpowiedział Kamui. – Przypadłeś mu do gustu, a to dobrze. Ma zwyczaj… faworyzowania niektórych członków bractwa. Kiedyś faworytem był Liar, ale wypadł z łask, teraz jestem ja. Ciebie też polubił, czyli jeśli chodzi o niego, n razie możesz czuć się bezpieczny. Inni nie są tak głupi, by mu się sprzeciwić. Mogą mieć wątpliwości, ale nie zrobią ci krzywdy. Mirian, ten, który opowiadał się za zabiciem ciebie, to wyniosły typ. Dużo gada, ale nic nie robi, bo nie chce brudzić sobie rąk, a nikt nie jest aż tak naiwny, by go słuchać. Nie przejmuj się nim. Resztę poznasz, nie ma w nich nikogo, kogo mógłbyś się obawiać.
-Co robi tutaj Fuuma? Czy on…? – mag zawahał się, ale zadał pytanie, które dręczyło go od dobrych kilkunastu minut.
-Eh… - Kamui wyglądał na zmieszanego. – Tak, Fuuma jest wampirem. Sam go przemieniłem.
-Dlaczego?
-Sam tego chciał – Kamui zniżył głos. – W Tokyo, niedługo po waszym odejściu, obie grupy połączyły się. Ja i Fuuma poznaliśmy się nieco lepiej no i… - westchnął ciężko. – Myślę, że już domyśliłeś się, co nas łączy – widząc, że Fay z lekkim rumieńcem na policzkach kiwa głową, kontynuował. – Którejś nocy pokłóciłem się z nim. Ja i Subaru musieliśmy uciekać, on chciał iść ze mną. Poprosił o przemianę. Zrobiłem wcześniej to tylko raz – spojrzał znacząco na blondyna. – i już wiedziałem, jakie to bolesne dla śmiertelnika. Był nieugięty, w końcu się zgodziłem. Zaczęliśmy podróżować we trójkę, trafiliśmy tutaj, na dwór Sanguisa i nie mogąc się wydostać, zaczęliśmy mu służyć. Subaru został u niego, my przyjęliśmy rolę szpiegów. Nakłamałem Anathisowi, że jestem chory i nie mogę brać udziału w walkach, a Fuuma to mój przyboczny, mający mnie chronić. Wszyscy wiedzą, co nas łączy, ale nikt o tym nie mówi.
- A co z Seishirou? – Fay popatrzył z daleka na Fuumę. – Są braćmi.
-Z Seishirou sprawa jest skomplikowana – westchnął Kamui. – Kiedyś Subaru dał mu swojej krwi… Nie przyjęła się, jak to miało miejsce w twoim przypadku, ale i tak Seishirou został łowcą – jest w stanie wyczuć Subaru. Zaczęliśmy uciekać przed nim przez światy, ale każdym miesiącem czuję, ze to ma coraz mniej sensu, zwłaszcza, że Subaru naprawdę chce się z nim spotkać. – Kamui usiadł na pokrytym wilgocią kamieniu. – Sam już nie wiem, czy Seishirou pragnie nas zabić, czy też chce dorwać mojego brata w zupełnie innym znaczeniu tego słowa.
Zapadła cisza.
-Powinniśmy wracać- stwierdził wampir po krótkiej chwili. – Jeśli będziesz chciał ze mną rozmawiać, to tylko tutaj i wnaszych kwaterach. Aha, to dla ciebie – zdjął z szyi łańcuszek, który Fay pamiętał z Tokyo. – Subaru ma drugi. Możesz się z nim kontaktować z pomocą tego, ale pamiętaj o ostrożności. Fuuma ma taki trzeci, więc nie ma problemu – dodał, uprzedzając pytanie Faya. – Z nim też możesz rozmawiać.
-Magiczny? – Fay wziął w rękę łańcuszek i przyjrzał się zawieszce. Wysłał odrobinę magii i uśmiechnął się, gdy w odpowiedzi lekko błysnęła. – Przydatna rzecz. Działa na tak dużą odległość? Ktokolwiek to wykonał, musiał być świetnym zaklinaczem.
-Znawca – stwierdził Kamui z uśmiechem. – Lepiej ukrywaj taką wiedzę. Chodźmy. Pokażę ci miejsce, gdzie będziesz spał. – dodał głośniej, wychodząc zza skały. Podszedł do Fuumy, upewniając się, czy Fay za nim podąża. Fuuma ruszył pierwszy korytarzem.
-Yuui – powiedział cicho ciemnowłosy wampir. – Zaskoczyło mnie to imię.
-Takie mi nadano przy urodzeniu – przyznał szeptem mag, bo zbliżali się do tej części systemu jaskiń, gdzie mogli napotkać innych członków bractwa.
-Sprytne posunięcie – odparł równie cicho Kamui. – Później ci powiem, dlaczego. Chodź.
Teraz czarodziej widział już wyraźnie, że korytarze i szyby nie mogły zostać stworzone przez naturę. Ściany były zbyt gładkie jak na wytwór przyrody i tylko miejscami przypominały jaskinie. Wszystko oświetlały płonące w równych odległościach pochodnie.
Fuuma gdzieś zniknął. Kamui prowadził maga korytarzami, bez wahania skręcając w odpowiednie rozgałęzienia. Z jednego z mijanych korytarzy zabrzmiał gardłowy śmiech.
-Rudir – mruknął ciemnowłosy wampir, nie zwalniając kroku. – To jego kwatera. Bogowie wiedzą, co tam trzyma… Mam nadzieję, że moja noga nigdy tam nie postanie.
Zatrzymali się przed otworem w ścianie zakrytym byle jak zbitymi deskami. Obok w ścianie ział kolejny, tym razem drewniana zasłona była oparta o kamień. Fay domyślił się, że członkowie bractwa w ten sposób próbowali zapewnić sobie choć trochę prywatności.
-Wejdź.
Fay odsunął prowizoryczne drzwi i wsunął się do środka jaskini. Po kilku metrach natrafił na zakręt, a gdy go minął, ujrzał niewielkie wykute w skale pomieszczenie. Strop był tu dość wysoko. Stało tu rozklekotane, zbite z desek łóżko mogące pomieścić dwie osoby i kilka kufrów. W kącie stała spora misa z parującą wodą i kilka białych ręczników, które zapewne przyniósł Fuuma.
-To kwatera przygotowana była dla nowych członków bractwa – powiedział Kamui. – Obok jest moja. W teorii moja, bo w praktyce również Fuuma tam mieszka – wyglądał na zmieszanego. – W razie czego… pukaj. Inni raczej się nie zapuszczają w okolice nie swoich kwater, więc możemy w miarę spokojnie rozmawiać. Bywa tu dość zimno, ale postaram załatwić ci jakieś cieplejsze ubrania. – zmierzył Faya wzrokiem. – Pozostaje kwestia krwi.
-Subaru tylko mi wspomniał o tym, że dam radę przeżyć na ludzkiej krwi – odpowiedział cicho Fay, siadając na łóżku. Materac okazał się zaskakująco miękki.
-Dasz – potwierdził Kamui. – Ale będzie ciężko. Będziemy musieli zacząć od małych dawek, byś się nie zatruł. Twoje ciało nie jest przyzwyczajone do innej krwi. Będziesz osłabiony, może nawet chory, ale skoro Anathis się tobą zainteresował, nikt cię nie zaatakuje. Dodatkowo, będziesz pod ochroną moją i Fuumy. Po kilku tygodniach będziesz w stanie w miarę normalnie funkcjonować, a wtedy zaczniemy bardziej wprowadzać cię w życie bractwa.
Mag westchnął.
-Po co ja się godziłem… - szepnął do siebie, chcąc z powrotem znaleźć się w zamku Winggala obok przyjaciół. Kamui patrzył na niego z czymś, co chyba było współczuciem.
-Wybacz, że cię w to wplątaliśmy – powiedział ciemnowłosy wampir. – Ale tylko tak możemy odejść z tego świata. Wy i my – dodał, widząc zaskoczone spojrzenie Faya. – Jeśli odzyskamy pióro, stworzy ono dziurę w barierze otaczającej ten świat. Odejdę razem z moim bratem i Fuumą, a następnie wy oddacie pióro Sakurze. Chyba, że macie coś przeciwko. – dokończył zaniepokojony.
-Nie – Fay pokręcił głową. – Nic.
-Koń, którym tu przyjechałeś, został zabrany do naszej stajni – kontynuował Kamui. – Przyniosę ci po cichu kuszę i rzeczy, które miałeś w jukach.
-Dziękuję.
-Trudno tutaj, w jaskiniach, określić porę dnia czy nocy. Mamy trochę czasomierzy, ale w praktyce każdy śpi, kiedy czuje się zmęczony i przygotowuje sobie zwykłe posiłki kiedy chce. Potem zaprowadzę cię do kilku najważniejszych wspólnych pomieszczeń. Aha, i musisz wiedzieć… - Kamui drgnął, słysząc kroki, ale do kwatery wślizgnął się tylko Fuuma. Obdarzył kochanka uspokajającym uśmiechem i rzucił Fayowi stertę ubrań.
-Wiedzieć, skąd czerpią krew? – dokończył domyślne Fuuma. Usiadł na jednym z kufrów. – Nie było okazji, by się przywitać. Cześć. – kiwnął głową blondynowi, a ten odwzajemnił gest.
-Myślałem, że polują – Fay przejrzał kilka ubrań. Wyglądały na odpowiednie, jeśli chodzi o rozmiar. Wszystkie były ciemne. Szczególnie przypadła mu do gustu ciemnofioletowa koszula z białym żabotem i lekko rozszerzanymi rękawami.
-Też, ale nie zawsze zdołają zabić kogoś tak, by móc w spokoju pożywić się krwią – Fuuma skrzywił się, w dobrotliwych oczach pojawiło się obrzydzenie. – Głęboko w jaskiniach, znacznie niżej niż tutaj, jest kilka pomieszczeń, gdzie umieszczają jeńców. Nazywają to miejsce „ubojnią". Chyba wiesz, dlaczego.
Fay poczuł, że robi mu się niedobrze, wyobrażając sobie kamienne ściany błyszczące od krwi i poszarpane ludzkie ciała, a nad nimi śmiejące się postacie Rudira, Liara i Miriana, a także Anathisa i reszty bractwa.
-I ich krwią będę się żywił – wyszeptał.
Fuuma spojrzał na Kamui'a, po czym przysiadł obok.
-Nam też się to nie podobało – powiedział cicho. – Dlatego mamy swój własny system i jeśli zechcesz, możemy cię w niego włączyć.
-Jaki system? – blondyn zaczął żałować po raz kolejny, że się na to zgodził.
-Gdy przemieniłem Fuumę, miałem problem – Kamui zajął wcześniejsze miejsce Fuumy i teraz siedzieli naprzeciwko siebie. – Potrzeba była ofiara. Nie chciałem wplątywać w to kolejnej osoby, więc uczyniłem ją siebie.
-To znaczy, że jesteś zarówno stworzycielem, jak i ofiarą – stwierdził z zaskoczeniem mag. – To w ogóle możliwe? Fuuma pije twoją krew?
-Tak. A ja piję jego – odpowiedział czystokrwisty wampir. – Podwójna ofiara, podwójny napastnik.
-Zgodziliśmy się na to obaj – dodał Fuuma. – To coś w rodzaju… paktu. Wiążącej przysięgi. Ja nie mogę żyć bez krwi Kamui'a, a on obiecał, że nigdy nie skosztuje krwi kogokolwiek innego. Podwójne życie, podwójna śmierć.
-Jesteście skłonni do takiego poświęcenia - Fay naprawdę był zszokowany. – Naprawdę jesteście razem, prawda?
-Tak – Fuuma uśmiechnął się do nieco zmieszanego Kamui'a. – Ale pytanie brzmi – włączysz się na pewien czas w układ? Zechcesz pić naszą krew?
-Moją – uściślił Kamui, nie zwracając uwagi na pełne sprzeciwu spojrzenie Fuumy. – Moje rany goją się błyskawicznie, a Fuumie wystarczy, że ja piję jego krew. Ponieważ to ja jestem twoim stworzycielem, picie mojej krwi będzie miało łagodniejsze dla ciebie skutki. Im zdrowszy będziesz, tym lepiej.
-Zgadzam się – odparł Fay. – Ale inni zwrócą na to uwagę.
-Nie zwrócą – zaprotestował Kamui. – Ich nie obchodzisz. To wyjątkowo egoistyczne zgromadzenie. Dopóki nie stanowisz dla nich bezpośredniego zagrożenia mają cię gdzieś. Jedynie Anathis może się zainteresować, ale to już na mojej głowie.
-Na nas już czas – Fuuma wstał z kufra i spojrzał znacząco na czystokrwistego wampira. – Na razie tu zostań… Yuui.
-Trzymaj się – Kamui uśmiechnął się do niego lekko i ruszył w kierunku wyjścia. – W razie czego, użyj medalionu. Fuuma odbierze przekaz… mam nadzieję.
Wysoki mężczyzna wzruszył ramionami.
-Czasem ciężko to wyczuć, Kamui. Zwłaszcza, jak się jest zajętym… - Fuuma uśmiechnął się przepraszająco. – Sam chyba dobrze o tym wiesz, nie?
Fay ze zdumieniem zauważył, że Kamui spłonął rumieńcem i wymamrotał coś pod nosem. Czystej krwi wampir szybko zniknął w krótkim skalnym korytarzyku prowadzącym do wyjścia z kwatery. Fuuma zaśmiał się cicho.
-Wreszcie go dopadłem – stwierdził, układając usta w zawadiacki uśmieszek. –A mówił, że nie da się go podejść… Na razie. – uniósł rękę w geście pożegnania. Fay skinął mu głową i po chwili został w kwaterze sam.
Mag westchnął ciężko i ruszył do wyjścia, by upewnić się, że dziura w kamiennej ścianie jest zasłonięta. Zerkając przez szpary w drewnie, nie zauważył nikogo w głównym korytarzu, więc cofnął się o krok i wyciągnął rękę, roztaczając po cichu niewidzialną barierę w ten sam sposób, którego użył wcześniej. Upewnił się, że działa i powrócił do środka swojej jaskini. Podchodząc do misy, zrzucił z siebie przepoconą, brudną koszulę. Ściągnął spodnie i bieliznę i rzucił koszulę na ziemię obok misy. Ukląkł na materiale i sięgnął po jeden z ręczników. Zanurzył go w gorącej wodzie, chcąc choć trochę się odświeżyć. W jaskini było chłodno, już po chwili na jego nagiej skórze pojawiła się gęsia skórka, więc prowizoryczne mycie nie trwało długo. Szybko się wytarł i sięgnął po ubrania pozostawione przez Fuumę. Zarzucił na tors koszulę, która wcześniej przypadła mu do gustu i ubrał świeżą bieliznę. Na nogi naciągnął czarne spodnie z ozdobnym, białym szwem na nogawkach. Chwilę grzebał w kufrach, aż odnalazł wełniane skarpety i trochę podniszczone, czarne buty sięgające za kostki. Na wierzch zarzucił sięgający kolan czarny płaszcz i tak ubrany, usiadł na łóżku. Po krótkiej chwili się położył, patrząc smętnie na płonącą pochodnie rozświetlającą pomieszczenie. Zmęczenie dało mu się we znaki. Z trudem wstał, odnalazł w kufrze ciepły koc i powrotem wrócił na posłanie, okrywając się nim. Nie miał poduszki, ale ramię podłożone pod głowę w zupełności wystarczyło. Przymknął oczy, pozwalając rozluźnić się spiętemu ciału.
Nie chciał zasnąć, bo perspektywa, że ktoś przyjdzie do jego kwatery i zaatakuje go we śnie, była nieprzyjemna. Senność jednak nie dawała za wygraną i w końcu z westchnieniem poddał się, przewracając się na plecy. Obok, za ścianą, były dwie znajome osoby, które już obiecały go chronić przed pozostałymi członkami bractwa. Wyglądało na to, ze musi im zaufać. Zamknął oczy.
Śnił mu się Kurogane. Wysoki wojownik ubrany był w garnitur, z czego był wyraźnie niezadowolony. Z irytacją szarpał krawat, ale nie miał pojęcia, jak się go pozbyć. Fay zaśmiał się na ten widok, rozpoznając go. Byli już w tym świecie. Obok Kurogane przycupnęła Sakura, w zwiewnej, białej sukience i kapelusiku z białym kwiatkiem, przyglądając się z zaciekawieniem kotkowi, który podchodził do niej powoli, na ugiętych łapkach, w każdej chwili gotowy do ucieczki. Syaoran był gdzieś wyżej, na wzniesieniu i oglądał w skupieniu mury jakiegoś starego kościółka.
Czarodziej pamiętał, że coś w tej scenie było inaczej. Po krótkiej chwili przypomniał sobie, że Sakura z pewnością bawiła się z kotem dalej, a on sam stał obok wojownika, śmiejąc się z jego nieudolnych prób wyswobodzenia się z krawata. Teraz jednak patrzył na nich z odległości. Szybko obrócił głowę w kierunku ruin świątyni, jednocześnie czując, jak coś w środku niego zamarza, nie pozwalając mu oddychać. Z jękiem bólu padł na kolana, czując, jak mróz obejmuje w posiadanie jego ciało. Przenikliwe zimno przeszyło jego płuca, zamieniając je w lód. To samo stało się z każdym jego narządem. Ze znieruchomiałych ust wypłynęła ciemna, zimna krew, krzepnąc w kontakcie z jego skórą, która pokryła się szronem. Serce przestało bić, krew w żyłach również zamarzła. Nie był w stanie zaczerpnąć oddechu. Dusił się. Nie był w stanie nawet poruszyć powieką oka, zmuszony był patrzeć na to, co działo się z jego przyjaciółmi.
Krew. Wszędzie krew. Krew na białej sukience, na czerwonym krawacie, na skórze i ubraniach. Kot uciekający w popłochu, śmiertelnie przerażony. Ostre, lodowe kolce wyrastające zewsząd. Ciała ponabijane na lód niczym na pale. Szarpnięte się, krzyczące ciała. Krzyk świdrujący w uszach, sięgający aż do zamarzniętego serca.
Krzyk, który zamiera, gdy tylko zmusza się do śmiertelnego wysiłku, by poruszyć swoim ciałem. Nagle drgnięcie, zamknięcie oka i otworzenie go i oto dygocząc, patrzy na kamienne sklepienie.
-Koszmar – wyszeptał wyschłymi wargami Fay, z trudem oddalając od siebie wizję cierpiących przyjaciół. Usiadł na posłaniu, okręcając się kocem. Pochodnia wciąż się paliła, ale już nie tak jasno, jak wcześniej. Wszędzie panowała cicha. Blondyn przesunął dłońmi po włosach, zdając sobie sprawę, że jego misja naprawdę będzie ciężka. Suchość w gardle nie była spowodowana tylko tym, co widział we śnie. Wiedząc, że jego ciało znów zaczyna łaknąć krwi, wstał z łóżka. Czuł się obolały po spaniu w ubraniu, ale nie poświęcił temu ani jednej myśli więcej. Wyjął zza koszuli medalion, który od kontaktu z jego ciałem nabrał ciepła i trzymając go w dłoni, wywołał Fuumę. Czekał kilka minut, ale nie usłyszał odpowiedzi. Kręcąc głową, wsunął łańcuszek z powrotem za ubranie i ruszył w kierunku wyjścia z kwatery. Odsunął prymitywnie zbite deski i wyszedł na korytarz. Podszedł do desek zasłaniających wejście do pomieszczeń Kamui'a i zawahał się. Bądź co bądź, wampir wspominał o częstej obecności Fuumy w jego kwaterach i Fay nie chciał przeszkodzić w niczym. Zapukał, ale nie otrzymał odpowiedzi, więc wszedł. Tutaj też do jaskini prowadził krótki korytarzyk z zakrętem. Fay, czując, że płoną mu policzki, zerknął zza rogu i jęknął cicho z rozpaczy, widząc coś, czego nie chciał ujrzeć.
Fuuma rozsiadał się wygodnie na krześle, odchylając głowę do tyłu. Kamui siedział okrakiem na jego kolanach, całując jego szyję. Ręce przemienionego wampira błądziły po ubraniu na plecach Kamui'a, niekiedy wsuwając się pod materiał. Fay już miał się cofnąć, by nie przeszkadzać kochankom, którzy nawet go nie zauważyli, gdy poczuł zapach krwi. Przyjrzał się uważniej Kamui'emu i zrozumiał, że choć z daleka to tak wyglądało, to co czystokrwisty wampir czynił, wcale nie było pocałunkami. Był w trakcie krwawego posiłku. Fay jednak stwierdził, że i tak nie powinien przeszkadzać, będąc pewny, że karmienie szybko się zakończy i jego miejsce zajmą inne, odważniejsze czynności. Wycofując się, zobaczył jeszcze, jak Fuuma pochyla głowę i muska zębami skórę na szyi kochanka.
-Podwójna ofiara, podwójny karmiciel – mruknął do siebie Fay, wchodząc z powrotem do swojej kwatery. – Pakt, przysięga, to jeszcze zrozumiem. Ale czemu na tle erotycznym?
Zasuwając deski, zerknął za siebie, bo wydawało mu się, że coś usłyszał. Rzeczywiście, po chwili ciche, drobne kroki dało się usłyszeć jeszcze raz. Ktoś o niewielkiej masie ciała biegł korytarzami jaskiń. Fay cofnął się o krok, by nie zostać zauważonym. W polu widzenia pojawiła się dziewczynka, co bardzo go zaskoczyło.
Dziecko było boso, mimo chłodu bijącego od kamieni. Miało bardzo długie i bardzo jasne włosy, opadające na białą, poniszczoną sukieneczkę. Dziewczynka zatrzymała się i rozejrzała dookoła, jakby zaskoczona tym, że nie ma dotąd biec – ta odnoga korytarzy kończyła się dwoma kwaterami, z których obie były zasłonięte. Czarodziej drgnął, widząc jej oczy. Błękitne oczy dziecka były pozbawione jakiejkolwiek świadomości. Czuł przytłumioną magię bijącą od dziewczynki, ale z pewnością nie była ona czymś wytworem, na co mógłby wskazywać nieobecny wzrok. Miał przed sobą prawdziwego człowieka.
-Tu jesteś, maleńka – mruknął jakiś głos. Zza rogu wyłonił się Liar. Rude włosy układały się w nieładzie, koński ogon był przekrzywiony i poszarpany. – Oddawaj to, pomyleńcu, bo ci oderwę tą śliczną główeczkę. – w oczach rudzielca zabłysło szaleństwo.
Dziecko nie okazując żadnych uczuć powoli wyciągnęło do niego zaciśniętą piąstkę. Przechyliło lekko głowę, patrząc nierozumnym wzrokiem na wampira. Nie wypowiedziało ani słowa, ale Fay już wiedział, z czym ma do czynienia i lekko się wzdrygnął. Liar szorstkim ruchem zabrał dziewczynce jakiś mały przedmiot i szybkim krokiem się oddalił.
Mała blondyneczka spojrzała prosto w stronę kryjówki Faya. Ponownie przekrzywiła główkę, ale już po chwili odeszła. Gdy na korytarzu ucichły jej kroki, Fay wszedł z powrotem do swojej kwatery.
Szaleństwo magiczne. Rzadka przypadłość atakująca magiczne dzieci, kandydatów na czarowników, polegająca na dożywotniej utracie kontroli nad mocą, zwykle w przypadku, gdy dziecko nie ma nauczyciela i jego magia rozwija się bez obserwacji. Magia uszkodziła jej umysł, może też i ciało. Ta dziewczynka musiała zostać pozostawiona samej sobie, gdy tylko zaczęła przejawiać magiczne moce. Tak dzieje się w niektórych światach, gdzie ludzie boją się magii i czarodziei. Ale co robi ona tutaj, w sercu wampirzego bractwa? Nie jest wampirzym dzieckiem, nie wygląda na takie.
Fay usiadł na łóżku, zastanawiając się nad tym, co zobaczył. Być może bractwo uznało, że może być pomocna. Jeśli tak, mylą się. Tej przypadłości nie da się wyleczyć żadnym ze znanych sposobów. Magia jest niestabilna, ale dopóki ta mała nie weszła w okres dojrzewania, nie jest zagrożeniem. Niebezpiecznie zrobi się dopiero później, gdy w grę wejdą emocje towarzyszące dorastaniu. Nie ma możliwości opanować takiego dziecka bez naprawdę fachowej opieki, silnej mocy i ciepła. Wątpię, by ktokolwiek tutaj przejawiał jakieś ciepłe uczucia względem tego dziecka. Ale w końcu to tylko moje przypuszczenia.
Poczuł współczucie do tego dziecka. Sam dobrze wiedział, co to znaczy być niekochanym i wyklętym.
Spojrzał na płonącą pochodnię. Powinienem skontaktować się z Subaru, stwierdził. Powinni wiedzieć, że się udało.
Ponownie wyciągnął amulet i tym razem wywołał pozostałego w Lomeer wampira. Czekał kilka sekund, aż usłyszał zaniepokojony głos Subaru – zapewne zaskoczonego tym, że to nie jego brat się z nim kontaktuje.
~Kto tam?
To ja, Fay. Blondyn usadowił się wygodniej na posłaniu, krzyżując nogi. Kamui dał mi ten amulet, powiedział, że powinienem być w kontakcie.
~Czy wszystko w porządku? Czy z Kamui'em coś nie tak?
Wszystko jest dobrze. Fay uspokoił wampira. Jestem w jaskiniach bractwa. Przyjęli mnie i Anathis przekazał mnie pod opiekę Kamui'a i Fuumy.
~Całe szczęście. Naprawdę się tu o ciebie baliśmy.
Fay pomyślał o przyjaciołach, których widział ostatni raz tydzień temu i ponownie za nimi zatęsknił.
Przekaż moim towarzyszom, że jestem cały i zdrowy.
Blondyn doskonale wiedział, że to ostatnie nie było do końca prawdą. Od dłuższego czasu wiedział, że jego zdrowie jest nadszarpnięte, a nieustające przemieszczanie się między wymiarami i walka magią nie pozwalały mu całkowicie się wyleczyć. Brak krwi jeszcze to pogarszał, ale Fay nie miał zamiaru jeszcze bardziej zamartwiać przyjaciół.
~Przekażę. Fay, mam dla ciebie kilka informacji na temat bractwa, do których zdołałem się dogrzebać razem z innymi Kłami. Anathis ma w zwyczaju wysyłać nowych, ale zadomowionych już członków bractwa na coś, co nazywa „próbą wierności". O ile wiem, ani Kamui, ani Fuuma nie zostali na taką misję wysłani, więc pewnie o tym nie wiedzą, bo całość odbywa się w tajemnicy. To sprawdzenie wierności wampira wobec bractwa. Jeśli Anathis zdecyduje się wysłać ciebie na coś takiego, poczeka, aż przestaniesz być sensacją w bractwie, aż zagrzejesz sobie miejsce.
Dzięki, Subaru. Fay poczuł wdzięczność wobec wampira. Będę przygotowany.
~Nie ma za co. Wydaje mi się, że to wypełnienie próby jest przepustką do zobaczenia pióra, ale nie mam pewności. Moją próbą jest szpiegowanie u hrabiego Winggala – Anathis wciąż jest przekonany, że zbieram dla niego informacje. Wciąż ją wykonuję, więc nie miałem okazji zobaczyć tego przedmiotu.
Subaru, powiedz mi jeszcze jedno.
~Tak?
Widziałem tutaj dziecko. Dziewczynka, może ośmioletnia.
~Ach… Nie wiem o niej praktycznie nic, po za tym, że jest ulubienicą Anathisa. Właściwie traktuje ją bardziej jako… maskotkę. Jak salonowego pieska. Mała nie potrafi mówić, zresztą, skoro ją widziałeś, wiesz, co jej dolega. Ale musisz o nią zapytać Kamui'a, ja nie wiem nic więcej.
Jeszcze raz dziękuję.
To nic takiego. A teraz wybacz, Fay, ale muszę kończyć. Na razie.
Powiedź mi jeszcze, która jest godzina. Nie mogę się zorientować w tych jaskiniach.
~Jest druga w nocy. I uprzedzając pytanie – jeszcze nie spałem, wiec mnie nie obudziłeś.
To dobrze. Dzięki i do usłyszenia.
Po dłuższej chwili spędzonej na wpatrywaniu się w pochodnię, Fay ułożył się do snu. To był naprawdę długi dzień.
Tym razem spał spokojnie. Gdy rano otworzył oczy, wyczuł, jak ktoś przekracza ustanowioną barierę. Poderwał się, ale okazało się, że to tylko Kamui. Wampir uśmiechnął się przepraszająco.
-Nie chciałem cię budzić.
-To nic takiego – Fay odgarnął włosy z czoła i spojrzał na to, co wampir przyniósł ze sobą. Kamui rzucił w kąt juki, które Fay miał przy siodle konia, postawił obok łóżka prowizoryczny, pozbijany z desek stolik i ustawił na nim klepsydrę. Drobniutkie ziarenka piasku natychmiast zaczęły się przesypywać. Fay zauważył, że na szkle wymalowano poziome kreski, a obok nich umieszczono liczby. Im więcej piasku znajdowało się w dolnej części, tym jego poziom wskazywał na wyższą liczbę.
-Trudno dostać taką klepsydrę – Kamui wydawał się siebie zadowolony. – Jest bardziej precyzyjna niż zwykłe, pozwala ustalić dokładną godzinę.
-Magiczna – stwierdził Fay z zaskoczeniem. – Odmierza czas bez potrzeby ciągłego przekręcania?
-Tak – potwierdził wampir. – Fuuma kiedyś dostał to od Yuuko jako przesyłkę. Niestety, adresat, do którego miał to dostarczyć, zmarł… Yuuko pozwoliła mu to zatrzymać jako zapłatę za zmarnowany czas.
Fay uśmiechnął się.
-A to? – spytał, poważniejąc. Wskazał na cynowy kielich, który czystokrwisty wampir wciąż trzymał w ręce. Kamui usiadł obok niego.
-Na krew – odparł ciemnowłosy. Podał mu kielich i podwinął rękawy koszuli. – Musisz pić małymi łykami, powoli. Nie wiem, jak twój organizm zareaguje na taką zmianę.
Fay patrzył, jak wampir rozcina paznokciem skórę na wewnętrznej części dłoni. Z kilkucentymetrowej rany zaczęła sączyć się krew. Kamui przechylił nadgarstek, by ciecz spływała prosto do kielicha trzymanego przez Faya. Gdy się zapełnił, cofnął dłoń, a rozcięcie zagoiło się błyskawicznie.
Fay spojrzał niepewnie na połyskującą w świetle pochodni krew. Jego ręka lekko drżała, powodując kołysanie się powierzchni cieczy i ulatnianie się zapachu. Poczuł pieczenie w gardle i mocniej zacisnął palce na kielichu. Kamui czekał w milczeniu.
Mag wolno uniósł kielich do ust i pociągnął łyk. Krew dotknęła języka i podniebienia, a on sam się wzdrygnął, czując, jak ciepły płyn spływa w dół gardła, przynosząc dziwne uczucie, będące czymś na pograniczu niezdrowego podniecenia, strachu, obawy i przyjemności, ale jednocześnie obrzydzenia. Smakowała inaczej niż krew Kurogane – był pewien, że gdyby miał ludzkie zmysły, nie odnotowałby tej zmiany, bo różnica była subtelna. Krew wampira była nieco ostrzejsza, bardziej cierpka niż słodka i miała w sobie coś, co powodowało mdłości. Pita z zimnego naczynia, niosła ohydny smak metalu.
-I jak? – zapytał Kamui, patrząc na wciąż pełny kielich. – Dasz radę to wypić?
-Tak – przytaknął czarodziej, biorąc drugi łyk. Powoli go przełknął i w ciągu kilku minut wypił cały kielich. Oddał naczynie ciemnowłosemu, który przyglądał się mu z troską.
-Źle wyglądasz – stwierdził. – Na razie tyle. Wieczorem musisz przyjąć jeszcze jedną dawkę. Im szybciej przywykniesz, tym lepiej. Na razie zostań w łóżku, organizm może odrzucić tą krew. Przyniosę ci coś zwykłego do jedzenia. Teraz to jedyna pora, żeby uzyskać coś ciepłego do zjedzenia.
Fay wysłuchał go w milczeniu, po czym za jego radą się położył. Zaczęło mu się kręcić w głowie, ale wiedział, że przełamanie się i przejście na inną krew niż Kurogane jest warunkiem powodzenia misji. Kamui wkrótce wyszedł, by przynieść mu ciepłą strawę, a przez resztę dnia wpadał na zmianę z Fuumą, by sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku. Fay czuł się w miarę – do późnych godzin popołudniowych, gdy to Fuuma znalazł go leżącego na podłodze w kałuży zwymiotowanej krwi.
Dwa kolejne dni upłynęły pod znakiem choroby.
-Mam cholerne wyrzuty sumienia – mruknął ponuro Fuuma, patrząc na posłanie, gdzie spał gorączkujący czarodziej. – Nie myślałem, że aż tak źle to zniesie.
-Ma niższą gorączkę niż wczoraj – stwierdził Kamui. Czystokrwisty wampir wyglądał na zmęczonego. – Myślę, że jutro już wstanie o własnych siłach. Pierwsze dwa dni są najgorsze.
-Musimy faszerować go tą krwią? – Fuuma rzucił spojrzenie na stojący obok łóżka kielich. – Widzisz przecież, że jej nie akceptuje.
-Jeśli teraz przestaniemy, skończy się to dla niego tragicznie – warknął Kamui, patrząc z irytacją na kochanka. – On musi zaakceptować tą krew. Wiedział o niebezpieczeństwie i zgodził się na nie. Na razie jest dobrze – dodał spokojniej, patrząc ponownie na blondyna. Czarodziej miał zamknięte oko, a na niezdrowo białej skórze perlił się pot. – Poprawiło mu się od wczoraj, a to dobry znak. Ostatnią porcję krwi przyjął.
-Gadałeś z Anathisem? – wyższy mężczyzna nie wyglądał na przekonanego. – Nie dziwi cię, że jeszcze nikt się nim nie zainteresował?
-Ufa mi – odpowiedział Kamui, sięgając po kielich z krwią i przytykając go do ust Faya. – Nie byłbym zdziwiony, gdyby zabronił innym przeszkadzać. Zresztą, i tak w nasze okolice mało kto się zapuszcza. Ale jestem pewien, że niedługo zechce go zobaczyć.
-Co mu powiesz? Że karmiliśmy go krwią ludzi z dołu?
Kamui westchnął, powoli przechylając kielich. Fay zakrztusił się, ale nie otworzył oczu.
-Muszę. On wciąż jest przekonany, że jestem chory. Pewnie myśli, że moja krew jest w jakiś sposób… skażona. Uważa ciebie za moją prywatną ofiarę, za osobę niższego rzędu, więc mało go obchodzisz, ale gdyby miał podejrzenia, że chcę zagrozić jakoś nowemu… .
-Wtedy nawet twoje względy u niego by nie pomogły – dokończył ponuro Fuuma. Podszedł do Kamui'a i lekko otoczył go ramieniem. Niższy wampir oparł ciemną głowę o jego ramię.
– Jeśli misja się nie powiedzie, zginiemy wszyscy. Wiedzieliśmy o tym, dlatego musimy do tego nie dopuścić. – Kamui spojrzał na Faya i oczy wampira zapłonęły złotem. – Razem z nim zabijemy każdego, kto stanie nam na drodze do pióra. To jedyne wyjście, by wydostać się z tego przeklętego świata.
Nie był w stanie określić, ile czasu minęło, odkąd poczuł się źle. Pamiętał jedynie, że Fuuma doprowadził go do porządku i ułożył na posłaniu. Potem były naprzemienne ataki zimna i gorąca, dreszcze i zamglona jawa przerywana bezsensownymi, abstrakcyjnymi snami. Czasem widział pochylającą się nad nim postać, raz rozpoznawał twarz Kamui'a, innym jego przyjaciela, a raz prze jego oczami pojawiła się mała twarzyczka z dużymi, błękitnymi oczami i jasnymi włosami, które łaskotały jego skórę. Przez pewien czas myślał, że to jego brat nawiedza go we śnie, ale gdy tylko odzyskał na moment jasność myślenia, zdał sobie sprawę, że to niemożliwe.
Ocknął się nagle, zostając brutalnie wybudzony ze snu, zupełnie jakby ktoś nim potrząsnął. Oszołomiony, z trudem podniósł się na łokciach. Rozejrzał się dookoła, rozpoznając swoją kwaterę. Zamrugał i ostrość widzenia znacznie się polepszyła. Dostrzegł Kamui'a, który siedział na jednym z kufrów z nogami objętymi ramionami. Odchyloną do tyłu głowę opierał o kamienne ściany. Wyglądał, jakby drzemał. Fay rzucił spojrzenie na klepsydrę. Magiczny przyrząd w tej chwili samoczynnie się obrócił, rozpoczynając odmierzanie nowego dnia. Więc była północ. Blondynowi szumiało w głowie, a gardło miał potwornie wysuszone, ale zdołał cicho zawołać wampira. Kamui błyskawicznie otworzył oczy i równie szybko był już przy jego posłaniu.
-Dobrze cię widzieć wśród żywych – czystokrwisty uśmiechnął się. Fay jeszcze nie widział, by Kamui szczerzył się tak szeroko. – Fuuma, udało się!
Fuuma, dotąd przyczajony w przeciwległym kącie kwatery, rozprostował ramiona i również do nich podszedł.
-Mówiłem, że się uda, to nie chciałeś wierzyć. Cześć… Yuui.
-Co się stało? – Fay nie bardzo wiedział, o co chodzi. – Ile byłem… chory?
-Trzy dni – Kamui spojrzał na niego, poważniejąc. – Było ciężko, ale… Jak się czujesz?
-Strasznie chce mi się pić – przyznał blondyn, z trudem przełykając ślinę.
-Wody czy krwi? – zapytał Fuuma.
Fay zawahał się.
-Wsłuchaj się w wampirze zmysły – poradził Kamui, widząc jego niepewność. – One ci powiedzą.
Mag posłusznie zamknął oko i odciął się od towarzyszy. Przez dłuższą chwilę oddychał spokojnie.
-Nie chcę krwi.
-Dlaczego? – Kamui nie dawał za wygraną. – No?
-Bo jej na razie nie potrzebuję? – Fay otworzył oczy i z zaskoczeniem spojrzał na wampira. Ten znów się uśmiechnął.
-Zaakceptowałeś trzy ostatnie dawki mojej krwi. Dasz radę na niej przeżyć nawet i trzy lata. Jeszcze przez kilka tygodni będziesz osłabiony, ale stopniowo będzie ci się polepszać. Fuuma, a teraz leć i przynieś mu coś ludzkiego do jedzenia. I… - Kamui nagle zamilkł, a Fay zauważył, jak ciało wampira sztywnieje. – Ktoś tu idzie – szepnął wampir, wstając i odsuwając się pod ścianę.
Fay i Fuuma usłyszeli kroki dopiero po chwili. Blondyn poczuł, jak ktoś zatrzymuje się przy barierze. Przybysz zapukał lekko w pozbijane deski. Trzy razy.
-Anathis – szepnął Fuuma. – Przyszedł do ciebie.
