Tak więc w końcu dodaję rozdział drugi.
Nie umiem pisać. Naprawdę.
I dziękuję serdecznie za wszystkie słowa otuchy.
Nie dedykuję nikomu. Wybaczcie.
- Boisz się?
Tak. Boję się gdy na ciebie patrzę. Boję się tonu twojego ostrego głosu, gdy szepczesz patrząc na tą kobietę. Jestem przerażony, gdy widzę jak podchodzisz do niej i rzucając zaklęcie posłuszeństwa wykorzystujesz do prymitywnych celów. Nie mogę patrzeć gdy ciągniesz ją za płomienno rude włosy, szarpiesz za zamek ciemnych spodni, rozrywasz i tak już poszarpaną przez szczury bluzkę. Boję się ciebie ojcze. Boję się patrzeć na twoją twarz gdy zaspokajasz swoje bestialskie żądze. Czy to ty jesteś mężczyzną szarmanckim i łagodnym w stosunku do kobiet jakiego znałem jeszcze kilka lat temu?
W tej chwili jesteś okrutnym śmierciożercą.
A ja boję się twoich oczu, wiedząc, że gdy spojrzę w lustro zobaczę ich identyczną kopię.
Oczy mordercy bez sumienia. Bez drogi powrotu.
- Ojcze, myślę, że już wystarczy.
Westchnąwszy, uniósł lekko podbródek jednocześnie będąc bardzo ostrożnym. Jego ojciec stał nad martwym ciałem kobiety, które traktował najokrutniejszymi zaklęciami torturującymi. Blondyn przełknął ślinę, starając się zwalczyć odruch wymiotny na zapach unoszący się z ciała.
- Nigdy nie będzie dość, Draconie. Nigdy nikt nie będzie mógł ukarać mugoli w sposób na jaki zasługują.
Nigdy nikt nie będzie umiał ukarać nas, pomyślał pochmurnie, lecz zaraz odepchnął te myśli i odwrócił się w stronę drzwi. Idąc powoli w stronę wyjścia, przymknął oczy. Okropny zapach krwi bił w niego z całą swoją mocą, a wstrzymywanie oddechu przestało dawać cokolwiek.
Gdy opuścił lochy westchnął drżąco, opierając spocone czoło o chłodną ścianę. Nie chce tak skończyć. Nie chce stać się potworem.
- Boże, jeżeli istniejesz pomóż mi… Pomóż mi się stąd wydostać…
Jego głuchy szept odbił się od zimnego korytarza, powędrował ku górze i rozprysł się wśród chmur.
Gdyby istniała nadzieja. Gdyby Draco miał wierzyć w coś… W obojętnie co. Gdyby mógł mieć coś w czym pokładałby nadzieję, miałby jeden powód by żyć.
Jeden, jedyny mały powód.
- Pansy!
Czarnowłosa obróciła się zamaszyście, a czarny płaszcz który ją okrywał zawirował dookoła jej szczupłej postaci.
- Och, Liluś!
Było jasno. Na Pokątnej zaczął się robić spory ruch. Pierwsi sklepikarze już cieszyli się dużym popytem. Inni siedzieli przed swoimi sklepikami korzystając z ostatnich promieni ciepłej jesieni. Brunetka podeszła do ślizgonki. Powolnym krokiem ruszyły przed siebie.
Lilyanne była smutna. To dziwne, bo czemu może być smutny ktoś, kto ma wszystko?
Jej towarzyszka nie zauważyła markotności i przygaszenia arystokratki.
Pansy nigdy nie zauważała.
- Boże już nie mogę się doczekać Hogwartu! Jedyną rzeczą dla której chcę tam wracać to Dracuś… - Ona nigdy nie zauważała. Nie zauważała jej matowych oczu, zaciśniętych pięści. Nie zauważała tego, że dziś ubrała się mniej starannie niż na co dzień. I w tej chwili nie obchodził ją ten cały „Dracuś". Chciała pobyć sama. Chociaż przez sekundę. Może dwie.
- Lila? Słuchasz mnie w ogóle?
Nerwowo uniosła nieprzytomne spojrzenie na krótkowłosą.
- Ach, tak, tak. Słucham cię, Pansy.
Tak… Pansy nigdy nie zauważała.
Nikt nigdy nie zauważał.
Lucjusz Malfoy nie był człowiekiem o dużej cierpliwości. Co chwila popędzał gobliny, które i tak pędzone przez tłumy szalejące w banku, pracowały dziś naprawdę szybko.
Koniec jego czarnej laski stukał niecierpliwie o posadzkę, irytując stojącego obok siedemnastoletniego młodego mężczyznę.
- Ojcze, przestań.
Jak na złość laska zaczęła uderzać mocniej i w mniejszych odstępach czasowych.
Draco zamknął oczy.
Nawet poza domem nie mógł odnaleźć spokoju.
Dzisiaj w nocy bał się zasnąć. Widok martwej kobiety z lochów cały czas pałętał się w jego umyśle, odsuwając na bok sen. Gdy udało mu się jednak oddać w ramiona Morfeusza, budził się po kilkunastu minutach z krzykiem. Zbyt dużo krwi. Zbyt dużo bólu.
- Idę stąd. Jak skończysz to wracaj do domu sam. Ja mam jeszcze coś do zrobienia.
Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i ruszył szybkim, zamaszystym krokiem do wyjścia.
Ma ważną sprawę do zrobienia. Musi pomyśleć. O wszystkim i o niczym.
Brązowowłosa razem z wyższą ślizgonką opuściły filię salonu Madame Malkin. Powoli zaczynało się robić ciemno. Słońce chowało się kolejno za budynkami magicznego Londynu.
Noc nieustępliwie zaczęła wstępować na usypiane kojącym wiatrem niebo.
Wszystko o tej porze dnia nabierało dla niej piękna i subtelności. Lilyanne nigdy nie wiedziała dlaczego tak zapalczywie uwielbia noc. Dla niej ta ciemność była tak bardzo kuszącą, tak pociągająca, aż niemalże czuła jak chłodne niebo chwyta ją za kołnierz palta i ciągnie w swoją stronę.
Z jej piersi wydobyło się głośne westchnięcie.
Czuła niesamowite zmęczenie ostatnimi czasy. Jej ciało i umysł były dziwnie zrelaksowane i ośmieliłaby się nawet użyć stwierdzenia leniwe.
- Bogowie…
Pansy nawet nie zauważyła.
W głowie brązowowłosej od kilku długich tygodni roił się pewien plan. Plan na który czekała od dwóch lat – od czasu gdy stała się popleczniczką Czarnego Pana. Nie mogła już tak dłużej żyć. Najpierw chciała się zabić.
Czarny Pan jednak wykrył jej myśli i zagroził tym, że jeżeli choć raz jeszcze pomyśli o odejściu pozabija wszystkich. Ojca, matkę, małego kilkuletniego brata.
Miała wtedy piętnaście lat i była cholernie głupia. Jej oklumencja i leglimencja kulały tak mocno, że nawet pies z przetrąconą nogą był od nich sprawniejszy.
Teraz jednak, zmordowana ciężkim treningiem nauczyła się jak wpływać na własne myśli. Odsłaniać te błahe, o codziennym życiu, czy też te o oddaniu dla swego pana.
Po kolejnych kilkunastu Cruciatusach, udoskonaliła też wnikanie do umysłu innych śmierciożerców.
Bezlitośnie wydawała zdrajców, polepszając swoją pozycję w kręgu. Voldemort miał do niej cień zaufania. A to dawało jej przewagę.
Jej oczy były zimne.
Chłodne.
Nieprzeniknione.
Gdzieś w głębi jej tęczówek szalał jednak dziki, nieujarzmiony błysk. Płomień tańczący po tafli lodu.
Zacisnęła dłoń na rączce różdżki i przerażająco obojętną twarzą ruszyła w stronę lasu. Małe gałązki łamały się głośno pod jej butami płosząc spacerujące w pobliżu zwierzęta. Robiło się coraz chłodniej.
Już od dawna nastała noc, ale ona nawet nie pomyślała, by odwrócić się od ciemności i wrócić do Wainwright Manor. Ten las… Ten milion drzew dookoła… Przyzywały ją.
Krzyczały jej imię niemym szelestem liści. Szeptały. Uwodziły.
I wtedy na chwilę przystanęła, zatrzymana przez przerażające poczucie, że ktoś za nią idzie. Powoli, bezszelestnie spojrzała za siebie, gasząc ciemną różdżkę cichym „nox".
Gdzieś po prawej pękło drewienko. Dwa lata służby u najgroźniejszego czarodzieja świata, przeważyło nad zdrowym rozsądkiem, który błagał, by uciekać.
Natychmiast odwróciła się gwałtownie za siebie i uniosła niezauważalnie szybko różdżkę.
- Drętwota!
Kolorowy błysk przeciął ciemność nocy. Zaklęcie z hukiem uderzyło w olbrzymie drzewo.
- Confundus.
Głos był niski. Zachrypnięty.
Przeszły ją ciarki wzdłuż pleców.
- Protego!
Bogowie… Głos… Ten głos!
- Diffindo.
- Protego horriblis…
Upadła ciężko na kolana.
Zanim śmierciożerca zdążył wypowiedzieć kolejne zaklęcia wykrzyknęła.
- Expeliarmus! – głośny świst po prawej. Jego różdżka musi być niedaleko – Zaczekaj… To ja.
Staliście może kiedyś w ciemnym pomieszczeniu, nie widząc nawet czubka własnego nosa, gdzie panowało ogromny gwar i szmer i nagle w ciągu jednej krótkiej sekundy wszystko umilkło? Wszystko przycichło jakby za skinieniem magicznej różdżki.
- Lumos.
Boże wszechmogący, co ja ci zrobiłam, że tak bardzo mnie nienawidzisz?
Chłopak. Piekielnie wysoki, odziany w ciemno szary płaszcz do kolan. Miał przeraźliwe jasne włosy, prawie, że białe jak u staruszka. Światło jego różdżki oświetlało jego smukłą postać, którą widziała kilka dni temu na dzielnicy Nokturnu. Jego szare oczy, które nasuwały jej na myśl jasne, lekko zachmurzone grudniowe niebo, obserwowały ją uważnie skanując każdą jej komórkę.
Jego wzrok był tak mocny, intensywny, że na chwilę wstrzymała powietrze i zwalczyła ochotę opuszczenia wzroku. Czuła, że niesamowicie się trzęsie. Jej dłonie ukryte pod fioletowymi, wełnianymi rękawiczkami dygotały szalenie i pociły się na przemian.
Z pewnym strachem patrzyła jak nagle blondyn wyciąga do niej dłoń.
Powoli i z ostrożnością. Tak jakby chciał pogłaskał po łbie zabłąkaną sarnę.
Uniosła lekko dłoń i na chwilę ją zatrzymała.
To śmierciożerca. Jeden z naszych. Co jeżeli chce poczytać w jej umyśle? Co jeśli to wierny sługa? Zabije ją? A może da ją zgładzić Czarnemu Panu?
Bogowie, nie ważne. On…
Szybko chwyciła go za dłoń, wstrzymując na chwilę powietrze. Patrzyła jak on uśmiecha się ironicznie i nie mogła powstrzymać siebie, by lewy kącik jej ust uniósł się lekko ku górze. Patrząc na ten subtelny grymas na jego smukłej twarzy, zdążyła go polubić.
Poczuła jakby byli ze sobą związani. Ona i on.
On i ona. Jak dwie osoby połączone przysięgą wieczystą.
- Kim ty jesteś?
Zjawa i cień.
Wpatrzyła się w jego szare tęczówki i westchnęła opuszczając niżej dłoń.
- Malfoy. Draco Malfoy.
- Lilyanne. Lilyanne Wainwright.
Cień i zjawa.
Od autorki: Tak, wiem - zaklęcia. Można znaleźć opisy zaklęć w wikipedii, albo w google.
