Od autorki: Dziękuję wszystkim osobom, które przeczytały pierwszy rozdział i wróciły po więcej, a już szczególne podziękowania należą się komentującym i fave'ującym. :) Fajnie jest wiedzieć, że publikując czasem coś na FFNet po polsku, nie robię tego wyłącznie dla siebie.
Nie, to opowiadanie nie jest romansem. Akkarin ma tu dopiero około trzydziestki i jeszcze nawet nie zdążył poznać Sonei – choć w tym rozdziale znajdziecie maleńki dowcip pod adresem tej pary. Upojnych chwil z jakąś Mary Sue albo slashu z Takanem tym bardziej nie przewiduję, gdyby ktoś pytał. ;)
Mam nadzieję, że nie jestem jedyną osobą w całym fandomie, której wątki miłosne nie są bezwzględnie potrzebne do szczęścia. Cieszy mnie po prostu samo pisanie o Akkarinie, bo to interesująca, pociągająca postać. Takana też lubię, stąd pomysł na całe opowiadanie. Zawsze fascynował mnie motyw ich wieloletniej współpracy i przyjaźni, przez samą Trudi zepchnięty gdzieś na margines.
— Myślałem, że dzień wolny jest dniem relaksu — zauważył Takan ponuro.
— A nie jest? — Na twarzy Akkarina błąkał się ledwie widoczny uśmiech z pogranicza dobrego humoru i kpiny. — Mamy piękną, wiosenną pogodę i niemal pustą drogę, a dookoła słychać tylko szum lasu. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego odpoczynku.
Takan westchnął.
— Mój koń jest wyższy ode mnie, waży jakieś pół tony i pewnie już się zorientował, że nie umiem jeździć konno.
— Twój koń się myli.
— Nie drwij ze mnie, panie.
— Ależ mówię poważnie. — Mag roześmiał się cicho. — Masz wreszcie niepowtarzalną okazję, żeby sprawdzić, ile się nauczyłeś przez ostatnie dwa tygodnie.
— Za mało, tego jestem akurat pewien.
— Wielka szkoda. Służący Wielkiego Mistrza powinien posiadać dużo różnych umiejętności, nie sądzisz?
Mag musiał jak zwykle nieprzypadkowo dobierać słowa, bo retoryczne, pozbawione oskarżycielskiego tonu pytanie skutecznie zamknęło drugiemu mężczyźnie usta, zniechęcając go do dalszych, otwartych narzekań. Jeśli w ten sposób postawić sprawę, nauka jazdy konnej przestawała być tylko irytującą zachcianką Akkarina, a stawała się kwestią osobistego honoru Takana.
Wbił wzrok w ciemną grzywę dźwigającej go klaczy. Należące do Gildii zwierzę naprawdę było duże, ale zachowywało się spokojnie, dlatego powoli zaczynał wierzyć, że ma nad nim jakąś kontrolę. Póki co jechali stępa, miał więc okazję przyzwyczajać się do sytuacji, a przy okazji podziwiać malowniczy, leśny trakt, o wiele przyjemniejszy od zatłoczonego gościńca, z którego zjechali kilka minut temu.
Komentarze Wielkiego Mistrza trochę go denerwowały, ale też czuł zadowolenie na myśl, że mag musi być w naprawdę dobrym nastroju, mimo ogólnego zmęczenia. Akkarin wciąż ścigał nocami sachakańskiego zabójcę, ale teraz zdawał się o tym nie pamiętać, zamiast tego wpatrując się w czyste, pogodne niebo, prześwitujące ponad wierzchołkami drzew.
— Czy w Gildii albo na dworze nie chcieli wiedzieć, dokąd i po co się wybierasz, panie? — odezwał się Takan po chwili.
— Chcieli.
— I co im powiedziałeś?
— Prawdę, rzecz jasna — odparł mag spokojnie.
— Czyli?
— Że Kyralia nie upadnie podczas mojej jednodniowej nieobecności.
Takan prychnął.
— Pytam poważnie, panie. Nikogo nie ciekawiło, dlaczego Wielki Mistrz wybiera się samotnie za miasto? — Obecność służącego nie uchodziła za towarzystwo, przynajmniej nie dla większości wysoko urodzonych.
— Nie istnieje żadne prawo zakazujące Wielkiemu Mistrzowi takich podróży, Takanie. Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, powiedziałem Administratorowi, że z okazji zbliżającego się letniego Festiwalu Dusz zamierzam odwiedzić dawno nie widziany grobowiec rodziny Folmar. — Sachakanin uniósł brwi. — To jedna z rodzin Domu Velan, dość blisko spokrewniona z moją. Zawsze mieszkali w wiejskiej posiadłości na południe od Imardinu.
— I to prawda?
Nadal miał wrażenie, że nie do końca rozumie sens dnia w zupełności wolnego od pracy, ale spędzanie go na końskim grzbiecie w celu powspominania zmarłych na pewno nie budziło w nim skojarzeń z lekkim, przyjemnym wypoczynkiem.
— Nie żartuj. — Akkarin wzruszył ramionami. – Nie zebrało mi się nagle na takie wspomnienia, ani tym bardziej na żałobę. Lorlen i tak myśli, że znalazłem sobie wygodną wymówkę, żeby po prostu odpocząć, choć nikomu tego nie powtórzy. W rzeczywistości ty jedziesz się rozerwać poza miastem, a ja mam inne plany.
Zanim Takan zdążył spytać, jakież to plany ma jego pan i czemu sam nie zamierza brać udziału w rzekomej rozrywce, zza zakrętu drogi wyjechały trzy wozy. Grupa kupców najwyraźniej postanowiła skrócić sobie długą podróż wzdłuż wybrzeża, wybierając mniej zatłoczony, ale za to bardziej wyboisty szlak przez las. Na widok Akkarina wybałuszyli oczy – musieli wiedzieć, co oznaczają krój i kolor szaty oraz wyhaftowany w kilku miejscach złoty inkal. Takan przypuszczał, że zatrzymają się, żeby zsiąść i zgiąć się w ukłonach, i miał rację. Akkarin minął ich z idealnie obojętnym wyrazem twarzy, który zmienił się w pełen irytacji grymas, gdy wozy zostały w tyle.
Takan chciał wrócić do przerwanej rozmowy, zobaczył jednak, że młodszy mężczyzna przymyka oczy, co mogło oznaczać, że używa właśnie jakiegoś zaklęcia. Przez chwilę obaj jechali w milczeniu.
— Dobrze, dosyć tego — powiedział nagle mag, skręcając między drzewa.
Kiedy tylko wystarczająco oddalili się od traktu, Akkarin zeskoczył na ziemię. Ściągnął wierzchnią szatę i złożył ją starannie, a potem zaczął pakować do sakwy przy siodle. Służący obserwował go bez szczególnego zdziwienia.
— Panie? — Kusiło go, żeby samemu zsiąść z konia, ale wolał nie sprawdzać, jak dobrze pójdzie mu z powtórnym wsiadaniem.
— Na gościńcu przed nami jest mnóstwo ludzi, a my nie jedziemy do Coldvine po to, żeby wzbudzać sensację. Myślisz, że dlaczego prosiłem cię, żebyś nie zakładał oficjalnej liberii?
Jak się okazało, Akkarin nie zamierzał bawić się w żadną wyrafinowaną maskaradę. Po prostu pozbył się czarnej szaty i ściągnął włosy w wysoki kucyk, co przy okazji sprawiło, że na pierwszy rzut oka odmłodniał o kilka lat. Takan zlustrował pobieżnie ciemne spodnie, koszulę i rękawiczki do konnej jazdy, wszystko uszyte skromnie, ale za to przez zdolnego krawca i z dobrej jakości materiałów.
— Brakuje inkali, panie — zauważył lakonicznie.
— Jakich inkali? — Mag uniósł brwi.
— W zasadzie dowolnych. Teraz wyglądasz jak szlachcic, który po raz pierwszy w życiu udaje, że nie jest szlachcicem.
Akkarin parsknął cicho i wskoczył z powrotem na siodło.
— Wielki Mistrz udający bezimiennego szlachcica popełnia wprawdzie pewien nietakt, ale już zupełnym skandalem byłoby, gdybym nagle pojawił się w inkalach swojego Domu. Nawet moja rodzina by mi tego nie darowała.
Takan nie zamierzał się kłócić. Znał zasady zabraniające magom identyfikowania się z ich rodami. Chciał tylko zwrócić uwagę Akkarina na fakt, że na tym koniu i z tą fryzurą tak czy inaczej wyglądał na kogoś więcej niż służący albo kupiec. Z drugiej strony, teraz nikt na pierwszy rzut oka nie rozpoznałby w nim maga, ani tym bardziej Wielkiego Mistrza, a o to głównie chodziło.
Miał rację. Kiedy po jakimś czasie znów wyjechali z lasu na gościniec, mijani ludzie nadal w większości schylali przed nimi głowy, domyślając się, że Akkarin może być członkiem któregoś z Domów, ale nie przystawali w szoku, nie szeptali między sobą i nie padali na kolana. Akkarinowi na pewno to odpowiadało. Takanowi nie odpowiadało natomiast, że mag postanowił w końcu przyspieszyć tempo podróży.
Kiedy dwa tygodnie temu Wielki Mistrz oznajmił mu znienacka, że wybiera się do Coldvine i oczekuje, że jego służący pojedzie tam razem z nim, Takan był więcej niż zaskoczony. Oczywiście, nie omieszkał przypomnieć magowi, że nigdy w życiu nie jeździł konno. Akkarin zbył go machnięciem ręki, a jego nieruchoma twarz nie wróżyła nic dobrego.
Gildia była praktycznie samowystarczalną instytucją – miała nie tylko własne pola, łąki i zagajnik, ale też własne stajnie. Główny koniuszy, niski, krzepki mężczyzna z Wysp Vin, bez mrugnięcia okiem podjął się nauczenia Takana podstaw jazdy. Nic dziwnego, skoro Wielki Mistrz poprosił go o to osobiście. Owszem, wyglądało to na ekscentryczny kaprys ze strony Akkarina, ale nikomu nie przyszłoby do głowy wnikać w okoliczności decyzji Wielkiego Mistrza, czy się jej sprzeciwiać.
Vindon okazał się cierpliwym nauczycielem, co nie zmieniało faktu, że teraz, na kłusującym koniu, Takan czuł się jak ciężki worek kartofli. Dowiedział się jak ścisnąć kolanami boki zwierzęcia i unosić się w rytm jego kroków, ale praktyka nadal pozostawiała nieco do życzenia.
— To tylko kwestia wprawy — odezwał się spokojnie jadący obok mag. — A kiedy człowiek już raz się nauczy, nigdy nie zapomina. Zupełnie jak z chodzeniem.
Takan zerknął na drugiego mężczyznę bez zazdrości, chociaż ten trzymał się w siodle tak, jakby od dzieciństwa nie robił nic innego.
— Gdzie ty się nauczyłeś jeździć, panie?
— W domu, rzecz jasna. Mieliśmy sporą stajnię, dużo pięknych koni. — Akkarin zamyślił się. Wyglądało na to, że nie powie już nic więcej, ale po chwili zdecydował się mówić dalej. — Uczył mnie stajenny mojego ojca, odkąd skończyłem pięć lat. To był strasznie wymagający dziadyga, tak mi się przynajmniej zdawało. Kiedy robiłem coś wyjątkowo źle, zdarzało mu się na mnie nawrzeszczeć. A ponieważ sam byłem wtedy tylko dzieciakiem, za którymś razem nie wytrzymałem i poleciałem na skargę do ojca.
— I co wtedy? — spytał Takan. W Sachace bicie było jedną z łagodniejszych kar za podniesienie głosu na swojego pana, niezależnie od okoliczności.
— Ojciec też mnie zrugał za zawracanie mu głowy i kazał się bardziej przykładać do lekcji, jeśli tak mi zależało na uniknięciu kolejnej reprymendy ze strony nauczyciela. Byłem wściekły na nich obu i z tej wściekłości postanowiłem im pokazać, że potrafię więcej, niż im się wydaje. — Mag zaśmiał się cicho; najwyraźniej było to miłe wspomnienie, szczególnie z perspektywy czasu.
Takan też się uśmiechnął, przenosząc wzrok z powrotem na mijanych ludzi. Akkarin rzadko opowiadał mu o swoim dzieciństwie i studiach w Gildii. W Sachace była to dla niego ewidentnie zbyt drażliwa kwestia, zmordowani pracą niewolnicy znajdowali zresztą niewiele czasu i ochoty na długie rozmowy. Później, podczas pieszej wędrówki przez góry, Akkarin praktycznie się nie odzywał i nie sprawiał wrażenia, jakby jeszcze kiedykolwiek w życiu miał zamienić z kimś więcej niż dwa zdania na raz. A kiedy już wrócił do Imardinu i został Wielkim Mistrzem, ich stosunki nie były takie same jak dawniej.
— Ja nie zamierzam niczego udowadniać nawet tobie, panie — westchnął Sachakanin. — I mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał opuszczać Imardinu, ani konno, ani na piechotę.
— Podróże, poza pewnymi wyjątkami, bywają wspaniałe. — Ponura autoironia w głosie Akkarina była nie do przeoczenia.
— Będę pamiętał o tym jutro, nie mogąc usiąść na krześle.
Przesadny komentarz wywołał zamierzony efekt. Kiedy drugi mężczyzna odezwał się znowu, jego ton brzmiał już zupełnie normalnie.
— Na pewno nie będzie tak źle. W razie czego wyślę cię do Mistrzyni Vinary.
— Dlaczego do Mistrzyni Vinary?
Sama myśl o tym, że dostojna Przełożona Uzdrowicieli miałaby dotykać jego pośladków, wydała się Takanowi więcej niż absurdalna. Mag naturalnie żartował, choć robił to w charakterystyczny dla siebie sposób, zachowując zewnętrzną powagę.
— A co, może ja miałbym cię leczyć z tej przypadłości? — spytał z kamienną twarzą. — Pomyśl tylko, jak by to wyglądało.
— Rzeczywiście, nieciekawie. Liczyłem raczej na jakąś młodą nowicjuszkę.
— Jeszcze czego. Młode nowicjuszki są zarezerwowane dla Wielkiego Mistrza.
Takan nie wytrzymał i parsknął otwarcie, a sam Akkarin też w końcu się uśmiechnął. Dobrze, że pozbył się wcześniej oficjalnej szaty, bo inaczej zwracałby teraz na siebie podwójną uwagę.
Nie rozmawiali tak ze sobą już od jakiegoś czasu. Akkarin nieczęsto miewał nastrój do żartów, pomijając może sarkastyczne uwagi pod adresem swoim i innych ludzi, te ostatnie zwykle na tyle subtelne, że ich adresaci nawet nie zauważali, że są obiektem kpiny. Kiedy już dochodziło do szczerej wymiany zdań, rzadko równie lekkiej, co ta sprzed chwili, Takan zazwyczaj zachowywał dystans. Cokolwiek sam Akkarin sądził na temat ich wieloletniej znajomości, był przede wszystkim jego panem, co czyniło nadmierne spoufalanie się z nim rzeczą nie do przyjęcia.
Dziś jednak, kiedy opuścili mury miasta i znaleźli się na gościńcu, odżywały wspomnienia ich ostatniej, wspólnej podroży, kiedy byli sobie bliżsi niż obecnie. Ponad pięćset mil na piechotę przez sachakańskie pustkowie, przez góry i wreszcie przez samą Kyralię – Takan wątpił, czy wielu ludzi mogłoby się pochwalić podobnym wyczynem.
Wtedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Podróżowali głównie przez wsie, łąki i lasy, omijając miasta i miasteczka, a także bardziej uczęszczane szlaki. Spali w chłopskich zagrodach albo pod gołym niebem, rzadziej w czyimś domu. Bywali głodni i zmęczeni, choć był to inny rodzaj zmęczenia niż ten, który pamiętali z Sachaki. Zdarzało się, że ktoś chciał ich poszczuć psami, biorąc za wędrownych żebraków.
Pomijając różnicę w odcieniu skóry, Akkarin wyglądał wtedy dokładnie tak samo jak Takan – czyli jak zbiegły niewolnik po kilku tygodniach wycieńczającej przeprawy przez góry. Był jednak, o ironio, potężnym magiem. Mógł z łatwością zastraszyć wieśniaków i zmusić ich, żeby ugościli go wszystkim, co tylko mieli. Mógł obrabować napotkanych kupców. Nie musiałby nawet nikogo poważnie przy tym krzywdzić, ani też nie zdradziłby swojej tożsamości. Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie powiązałby go wtedy z Gildią.
Kiedy Dakova czegoś potrzebował – a na pewno nigdy nie potrzebował niczego aż tak bardzo, jak tamci dwaj obszarpani wędrowcy – po prostu najeżdżał jakaś osadę, nierzadko zostawiając po sobie trupy i zgliszcza. Takan nie byłby oczywiście szczęśliwy, gdyby jego nowy pan zaczął postępować identycznie, ale w pewnym sensie uważał za normę, że każdy mag bierze dla siebie wszystko, na co ma ochotę, a już na pewno nie schodzi słabszym od siebie z drogi. Nie zająknął się jednak na ten temat ani słowem. Sugerowanie Akkarinowi, który każdego ranka wpatrywał się w swoje ręce z takim wyrazem twarzy, jakby widział je po raz pierwszy w życiu, że mogliby ułatwić sobie wędrówkę, uciekając się do przemocy, byłoby jak wcieranie soli w otwarte rany.
Ich podróż nie była zresztą taka zła. Kiedy do Akkarina dotarło wreszcie, że życie naprawdę toczy się dalej i że w związku z tym powinien na przykład nauczyć Takana podstaw kyraliańskiego, zaczął przynajmniej z powrotem się odzywać. Także do napotkanych ludzi. Czasami zostawali w jakiejś wiosce na dzień czy dwa, żeby pomóc w drobnych pracach, za co dostawali jedzenie, rzadziej pieniądze. Bywało też, że wieśniacy wspomagali ich bezinteresownie. Od jednego z nich dostali całkiem porządne buty, inny wiózł ich furmanką daleko poza granice swojej wsi. Pod koniec wędrówki przypominali ludzi bardziej niż w momencie jej rozpoczęcia, choć nie była to znowu taka wielka różnica.
Teraz, kiedy jechali wspólnie gościńcem, on sam w wygodnych butach, które kosztowały pięć sztuk srebra, gładko ogolony, jego pan ubrany skromnie, ale na pięknym wierzchowcu, budzili zupełnie inne reakcje. Akkarin miał rację: wygląd zmieniał wiele. Na widok bezdomnego żebraka ludzie sięgali po kije, przed młodym szlachcicem skłaniali głowy, a w obecności arcydostojnego Wielkiego Mistrza niemal padali na klęczki. Nawet jeśli za każdym razem była to ta sama osoba.
Widok Sachakanina na terytorium Ziem Sprzymierzonych też budził różne reakcje. W zapadłych wioskach przy północno-wschodniej granicy na Takana patrzono podejrzliwie, jak na intruza, który powinien czym prędzej wrócić tam, skąd przyszedł. W Imardinie i jego okolicach, gdzie zbiegały się szlaki handlowe kilku krajów, skośnooki mężczyzna o złotobrązowej skórze pozostawał praktycznie niezauważony. Traktowano go po prostu jak kolejnego cudzoziemca albo nawet rdzennego mieszkańca o obcych korzeniach. Ta tolerancja miała swoje dobre i złe strony. Na pewno ułatwiała sachakańskiemu zabójcy ukrywanie się w wielotysięcznym tłumie.
— Wiesz — odezwał się po mag po dłuższej chwili milczenia — dalej uważam, że podróżowanie może być przyjemnością, a piękny świat nie kończy się na granicach Imardinu. Zmiana krajobrazu na ten jeden dzień dobrze nam obu zrobi.
— Czemu jedziemy akurat do Coldvine? — spytał Takan.
Zgodnie z tym, co zauważył Akkarin, krajobraz zdążył już ulec zmianie. Teraz otaczały ich przede wszystkim łąki i pola uprawne, a wśród mijanych ludzi zaczęli przeważać zwykli, nie wybierający się nigdzie chłopi i pasterze.
— Żeby zobaczyć otwarte morze — odparł młodszy mężczyzna takim tonem, jakby było to coś oczywistego. — Z tego co pamiętam, to mała, ale całkiem malownicza osada.
— Wspominałeś, że masz jakieś plany, panie.
— Zgadza się. Okolice na południe stąd, zwłaszcza dzikie klify, są dość odludne. Zamierzam pobawić się trochę magią.
— Pobawić się magią? — Takan uniósł brwi.
— Poćwiczyć. Na miarę swoich możliwości — wyjaśnił Akkarin. — Wszyscy wojownicy w Gildii ćwiczą przynajmniej od czasu do czasu. Nawet ci najzdolniejsi mogliby w przeciwnym razie wyjść z wprawy. Tyle tylko, że oni zazwyczaj wykorzystują do tego Arenę, a ja, jak wiesz, nie mogę pozwolić, by pozostali magowie poznali moją prawdziwą siłę albo zaczęli się domyślać, jak bardzo wykracza ona poza to, co sami uważają za normę.
— Natychmiast zauważyliby eksplozję mocy na Arenie albo gdziekolwiek indziej na terenie Gildii — Takan stwierdził raczej, niż zapytał.
Długotrwałe, magiczne fajerwerki w mieście też nie przeszłyby bez echa. To, że zwykli ludzie nie wyczuwali zaklęć, nie znaczyło, że byli ślepi i głusi na takie rzeczy jak latające wokół nich ogniste pociski.
— Oczywiście. Dopiero tutaj, z dala od Gildii i w ogóle jakichkolwiek ludzi, mogę pozostać niezauważony.
— Panie, jeśli zamierzasz posługiwać się mocą bez ograniczeń, będziesz mnie jeszcze dziś potrzebował.
— Owszem. — Akkarin spojrzał na niego poważnie, jednak po chwili kąciki jego ust uniosły się lekko. — Choć nie po to tutaj jesteś. Z tym brakiem ograniczeń też nie przesadzajmy. Niepotrzebny mi słup ognia widoczny stąd aż do Imardinu.
Takan też się uśmiechnął. Pamiętał jedno, jedyne widowisko podobnego rodzaju, jeszcze podczas ich pieszej wędrówki z Sachaki. Pewien wyjątkowo nieprzyjemny incydent z udziałem kilku aroganckich, wrogo nastawionych strażników sprawił, że Akkarin, który od czasu wyrwania się z niewoli prawie w ogóle nie posługiwał się odzyskaną mocą, postanowił w końcu przypomnieć sobie, co to znaczy być magiem. Szukającym zaczepki, uzbrojonym w byle jakie miecze byczkom włos nie spadł z głowy, nie zorientowali się nawet, że nie mieli do czynienia z parą bezbronnych włóczęgów. Zamiast tego, następnego ranka jedno z okolicznych wzgórz zdecydowanie zmieniło kształt. Akkarin odzyskał wtedy chyba coś więcej niż część wprawy w rzucaniu ofensywnych zaklęć. Takan był w każdym razie zdania, że całe zajście wyszło mu tylko na dobre.
Dojechali do rozstaju dróg. Na horyzoncie po prawej majaczyło kilka niewysokich wież, podczas gdy główny gościniec wiódł dalej na południe.
— Coldvine — powiedział Akkarin, zatrzymując konia. — Tu się na razie rozstaniemy.
— Czy… — Takan zdążył już otworzyć usta, ale jego pan był mimo wszystko szybszy.
— Absolutnie nie. Pomijając niebezpieczeństwo związane z oberwaniem magicznym pociskiem, kiedy w pobliżu nie ma żadnej bariery w rodzaju Areny, to jest twój dzień wolny. Baw się więc dobrze. Znajdę cię później.
Jeśli czasem, mimo całego szacunku dla człowieka, któremu służył, Takan miał ochotę odpowiedzieć mu jakimś dosadnym, sachakańskim przekleństwem, to był właśnie jeden z tych momentów. Biorąc pod uwagę wyraz twarzy maga, i tak nie musiał się odzywać, żeby wyrazić, co sądzi o okazanej mu właśnie trosce. Znał drugiego mężczyznę na tyle dobrze, by nie podejrzewać go o chęć zabawy swoim kosztem, a jednak dalej nie mógł się oprzeć wrażeniu, że właśnie pada ofiarą mniej lub bardziej zamierzonego żartu.
Z drugiej strony, Akkarin miał powody, żeby wyjechać z miasta, a przy okazji po prostu zabrał go ze sobą. Trudno było doszukiwać się w tym złośliwości. Kiedy więc mag bez słowa skinął mu głową, Takan odpowiedział takim samym gestem, a potem patrzył, już bez rosnącej irytacji, jak bardziej doświadczony jeździec odwraca się i spina konia do galopu. Akkarin pewnie nie mógł się doczekać tego momentu, odkąd przekroczyli Bramę Południową. Mimo to dostosował wcześniejsze tempo podróży nawet nie tyle do umiejętności, ile do preferencji swojego towarzysza.
Takan uśmiechnął się wbrew sobie. Miał trzydzieści-parę lat, wypchaną sakiewkę u pasa, głowę na karku i dobre wyczucie kierunku. Dzień był ładny, a wiejski krajobraz nie ustępował wcale pod względem uroku wypielęgnowanym ogrodom rozciągającym się za oknami rezydencji Wielkiego Mistrza. Kilka mil dalej znajdowało się otwarte morze, a czym było kilka mil na dobrym wierzchowcu w porównaniu z tygodniami pieszej wędrówki? Czystą przyjemnością, powiedziałby Akkarin, i Takan byłby chwilowo skłonny się z nim zgodzić.
Akkarin jak zawsze potrafił więc postawić na swoim od początku do końca. Takan posłał go w myślach do diabła – wyjątkowo mając nadzieję, że mag to usłyszy – i nie przestając się uśmiechać, ruszył w stronę Coldvine.
Od autorki: Character worship jak się patrzy. Gorsze cholerstwo niż angst. Nie jestem z siebie dumna, ale chrzanić to. :)
Garść przypadkowych informacji z tego rozdziału:
* "…z okazji zbliżającego się letniego Festiwalu Dusz zamierzam odwiedzić dawno nie widziany grobowiec rodziny Folmar." – ten niby-festiwal to coś jak japoński Bon-odori, w każdym razie nie klasyczne Zaduszki, jakie wszyscy znamy. Długo myślałam nad sensowną wymówką dla Akkarina i uznałam, że ta wcale nie jest tak idiotyczna, jak mi się początkowo zdawało. Wielki Mistrz ma naprawdę mało powodów, żeby wyjeżdżać poza miasto – może coś omówić telepatycznie, wysłać list, innych magów lub służących w swoim imieniu, no i oczywiście zażądać, żeby interesanci sami pofatygowali się do stolicy. Tylko zmarli do niego nie przyjadą i nie zadowolą się zastępstwem. Choć to nadal za mało, żeby przekonać Lorlena. :)
* "Ponad pięćset mil na piechotę…" – odległość z Sachaki do Imardinu wynosi w linii prostej jakieś czterysta mil, ale zakładam, że Akkarin i Takan nie pokonali tego dystansu jak po sznurku, zwłaszcza przez góry. Stąd pięćset mil, czyli jakieś osiemset kilometrów. Nawiasem mówiąc, Kyralia jest zaskakująco mała. Ma podobny kształt i niemal dokładnie ten sam rozmiar co Polska. Jeśli nigdy wcześniej nie przyszło Wam do głowy, żeby sprawdzać takie szczegóły, to już wiecie. ;)
Nieobecne w książkach miasteczko Coldvine umieściłam nad morzem Tanjin, na południe od Imardinu, gdzieś po drodze do Sheel.
No dobra, a teraz do rzeczy. Myślałam, że zamknę całość w dwóch rozdziałach, ale za bardzo się rozpisałam i plany uległy zmianie. Podział na większą ilość części nie zaszkodzi temu fanfikowi, choć nie jest to żadna wielowątkowa, epicka opowieść, wręcz przeciwnie – rozbudowana jednoczęściówka z przerostem dygresji. :D
W następnym rozdziale: pozostawiony sam sobie Takan wreszcie się zrelaksuje. Albo i nie. No, w każdym razie powinien przeżyć niespodziankę, jaką spłata mu los. Akkarina też nie zabraknie, tym razem w klasycznym, władczo-poirytowanym wydaniu.
Komentarze bardzo mile widziane, jak zawsze motywują do sprawniejszego pisania. Ręce w górę, kto chce jeszcze. :P
