Kiedy Dean staje w progu mieszkania, podtrzymując Castiela, który wydaje się coraz słabszy, słyszy śmiech, czuje zapach popcornu, masła i czegoś jeszcze, co zdecydowanie jest chimichangą Pameli.

Jego towarzysz podnosi głowę, wcześniej nisko pochyloną i patrzy z zaskoczeniem najpierw w stronę salonu, a potem na Deana. Błękit jego oczu wydaje się jeszcze bardziej intensywny na tle szarawej skóry.

- Myślałem, że mieszkasz sam - mówi zakłopotany

- Z bratem i jego dziewczyną. W tej chwili mają gości - wyjaśnia Dean - Mam nadzieję, że... No wiesz, nie przeszkadza ci to.

Cas kręci głową, chociaż nie wygląda ja przekonanego. Dean dochodzi do wniosku, że musi być wyjątkowo zażenowany. Sam nie chciałby pokazywać się tłumowi nieznajomych, będąc w takim stanie.

- Hej, spoko. - Policjant niepewnie dotyka jego ramienia. - Ręczę za te dzieciaki.

- Winchester! - Usłyszał z salonu podniesiony głos Balthazara. - Wiemy, że tu jesteś. Chodź i pokaż, kogo przyprowadziłeś, bo plotki i domysły się szerzą.

Dean wydaje z siebie bezgłośny jęk, który w zamierzeniu miał znaczyć: "Dzięki za wsparcie, Taz". Jednak, o dziwo, po tej uwadze Cas wydaje się zyskać nieco pewności siebie.

- Wierzę - mówi cicho.

- No to chodź zanim sława nas wyprzedzi. Balthazar i Charlie to cholerne plotkary.

Kiedy wchodzą do salonu - Dean pierwszy, Cas nieco z tyłu - zza oparcia kanapy niemal jednocześnie wynurza się siedem głów. Na twarzach wszystkich maluje się jednakowe zainteresowanie, które niemal synchronicznie przechodzi w zdziwienie.

- Wyglądasz okropnie, młody - stwierdza Balthazar, wstając.

Chce podejść do Casa, ale uprzedza go Jessica, która zrywa się jak oparzona.

- Co się stało? - pyta Deana, jednocześnie patrząc na Catiela i fachowym okiem studentki medycyny, oceniając jego stan.

Ponad jej ramieniem Dean widzi, jak pozostali wymieniają między sobą ciche uwagi. Taktownie decydują się nie wtrącać. Widać, że Cas źle znosi zainteresowanie dwóch osób, a co dopiero większej grupy.

- Nie napadaj na niego, Jess - wcina się Balthazar, gdy dziewczyna chce dotknąć twarzy Castiela. - Myślę, że jest w lekkim szoku

- Też tak myślę - mówi natychmiast Dean, patrząc przepraszająco na chłopaka.

- Jak się nazywasz? - Za plecami Jessici wyrasta Sam. W uspokajającym geście kładzie swojej dziewczynie dłonie na ramionach i uśmiecha się swoim jasnym, łagodnym uśmiechem. To właśnie są te chwile, kiedy Dean kocha go za zdolność łagodzenia sytuacji.

- Castiel - odpowiada natychmiast, zadzierając lekko głowę, by spojrzeć w wesołe oczy młodszego Winchestera.

- Zatem miło cię poznać, Castiel. Jestem Sam. - Ściska mu rękę i Dean z zadowoleniem odnotowuje Żółte smugi, które pozostawiają jego palce. - Blond dupek to Balthazar, a histeryczka to Jess. Przepraszam, jeśli cię przestraszyła, ale ma syndrom Matki Teresy. Nadpobudliwej.

Cas uśmiecha się słabo i widząc to, Dean sam ma ochotę lekko się uśmiechnąć.

- Nic nie szkodzi. Ja... Chyba się nie dziwię. Nie wyglądam za dobrze - stwierdza zachrypniętym głosem.

Mając wreszcie okazję przyjrzeć mu się w pełnym świetle, Dean może stwierdzić to samo. Podarte spodnie, wyświechtana koszula, brudna skórzana kurtka, a do tego twarz miejscami pokryta Sinym - oznaką uszkodzonej skóry.

Jess chce zadać kolejne pytanie, ale Dean ją uprzedza i bierze Castiela pod ramię.

- Chodź, pokażę ci, gdzie jest łazienka - oznajmia, prowadząc go w głąb mieszkania - Jo - rzuca jeszcze przez ramię - przyniesiesz z mojej szafy jakieś czyste ciuchy?

- Przepraszam cię za nich - wzdycha Dean, gdy drzwi łazienki zamykają się za nimi.

Castiel patrzy na policjanta, który stoi oparty o białe kafelki, i uśmiecha się niepewnie.

- Nie masz za co przepraszać, Dean. Wydają się mili.

Nawet bardzo mili - myśli. Z ich kolorowych twarzy bije życzliwość i ciepło, których Castiel nie widuje w swoim bliższym otoczeniu. Chyba mają naprawdę dobre chęci i to całkiem bezinteresownie. Po prostu widzą, że potrzebuje pomocy. Wprawdzie nie pierwszy raz w życiu, ale z pewnością najbardziej.

- Cieszę się, że ci odpowiadają. - Dean jest wyraźnie zadowolony z takiego obrotu sytuacji

Cas kręci głową.

- Wiem, że jako policjant pracujesz z różnymi dupkami, którzy czasem przy okazji są niewdzięcznymi kretynami, ale... ja chyba nie jestem jednym z nich. Nie musisz się bać, że nagle się obrażę i zostaniesz z wyrzutami sumienia, bo nie umiałeś mi pomóc.

Odwraca się do niego plecami i zdejmuje koszulę, ale i tak czuje na sobie spojrzenie oczu Zielonych jak sama nadzieja.

- Widzę, że mnie przejrzałeś. - Ton Deana nie zdradza żadnych specjalnych emocji, a Castiel czuje w nim cień obawy. Czy był zbyt bezpośredni?

- Oczywiście nie myślę, że robisz to tylko po to, żeby nie mieć wyrzutów sumienia...

- Cas, błagam cię - Chłopak odwraca się w sam raz, by zobaczyć, że oczy Deana są wzniesione ku niebu. - Nie brnijmy w to, co? Jesteś tu, bo staram się być dobrym facetem, a ty potrzebujesz chwili, żeby dojść do siebie - mówi.

W tej chwili drzwi łazienki otwierają się i do środka chodzi Jo, niosąc czyste ręczniki i ubrania.

- Mam nadzieję, że jeszcze nie jesteście nadzy - rzuca od progu, chociaż nawet gdyby okazało się, że są, byłoby już za późno.

- Tak jakby, robiło ci to różnice. - Parska Dean po czym, patrząc na Castiela, który ma zdecydowane problemy z obcowaniem z nowymi ludźmi, dodaje konspiracyjnym szeptem: - Jo jest lesbijką.

- A jego to strasznie podnieca - dodaje zaczepnie dziewczyna. Zgarnia, leżącą na umywalce kurtkę i koszulę Casa, po czym łapie Deana za nadgarstek. - Marzy, żeby wpakować się mi i Chaz do łóżka.

Zanim Cas odpowie cokolwiek, Jo wyciąga Deana z łazienki, na odchodnym rzucając przez ramię:

- Jak się ogarniesz, jesteśmy w kuchni. Zostało jeszcze trochę chimichangi, a do tego Pamela dorwała się do kuchenki.

Chłopak zostaje sam w biało-złotej łazience i wreszcie może spokojnie spojrzeć prawdzie w oczy: wyrzucili go. Nie ma już gdzie mieszkać, nie ma dokąd wracać. Jest sam, bo jego rodzina, tak naprawdę, nigdy nie istniała, a własnie utracił tę makabryczną parodię domu, do której, mimo wszystko, był jakoś przywiązany.

Został sam.

Myśl ta jest przytłaczająca do tego stopnia, że musi oprzeć się o umywalkę.

Patrzy w oczy swojemu odbiciu. Spodziewa się, że znów zajdą łzami, ale po chwili, w czasie której uspokaja oddech, zdaje sobie sprawę, że już nie może płakać. Jego oczy są suche, wylał już wszystkie łzy.

Dobrze.

Upewnia się, że drzwi są zamknięte na klucz, po czym ściąga t-shirt.

Staje zwrócony plecami do lustra i odwraca głowę, by przez ramię spojrzeć na swoje ciało. Patrzy na Czarne plamy - zaczynają się na łopatkach i spływają w dół, tworząc nierówne kształty. Wyglądają jak test Rorschacha, a na myśl przywodzą skrzydła.

Przez lata tworzył je ojciec Castiela - wracał do domu sfrustrowny dniem w dennej pracy, potem pił, a na koniec dnia bił najmłodszego syna - jedynego, który jeszcze przy nim został. Najczęściej jego ciosy i kopniaki trafiały właśnie w plecy.

Teraz nie jest łatwo się tego pozbyć. Nawarstwiały się przez lata, wsiąkło głęboko, a do tego Cas niemal nigdy nikomu ich nie pokazywał.

Ludzie bywają pełni uprzedzeń - chociaż jest już dwudziesty pierwszy wiek i nauka stoi wyżej niż ktokolwiek mógł się spodziewać, nikomu nie udało się jeszcze wyjaśnić naukowo działania Barw. Niewiedza sprawia, że zaczynają się opierać na domysłach, a domysły często są podszyte obawą przed niezrozumiałym, obawa z kolei tworzy przesądy. Są ludzie, którzy wierzą, że Barwa ciała wsiąka w ducha.

Castiel chce w to nie wierzyć. Woli myśleć, że nie jest skazany na potępienie, że nie musi się bać, że jego dusza nie jest jeszcze czarna. Ale nie może ryzykować tego, że inni tak pomyślą. Że uznają, że można się tym zarazić.

Zwłaszcza teraz, kiedy pierwszy raz jest tak potrzebujący, że nie odrzuca litości.

Dość, Castiel.

Wyjdziesz tam i będziesz się zachowywać przyzwoicie, bo nie chcesz, żeby Dean Winchester żałował swojej decyzji.

Kiedy Dean i Jo wchodzą do kuchni, Pamela miesza coś w garnku i dyryguje Balthazarem, Charlie siedzi z laptopem, a Sam, Jess i Kevin rozmawiają cicho pochyleni nad stołem.

- Co z nim? - pyta Jessica

Dean wzrusza ramionami.

- Jest w szoku. Nie mówił zbyt wiele, ale wiem, że ojciec wykopał go z domu. Chociaż raczej, nie ma po co tam wracać.

Sam kiwa głową ze zrozumieniem. Zna ten ból, chociaż nie skończył tak jak Cas - miał plan i możliwości, więc niemal natychmiast się pozbierał.

- Opieka społeczna? - sugeruje załzawiony Balthazar, nie przerywając siekania cebuli.

- Jeszcze by się załapał. Castiel Novak, dziewiętnaście lat. Chaz, znajdź mi coś o nim - mówi Jo i wtedy Dean zauważa, że położyła kurtkę Casa na stole i zaczęła przeszukanie. W ręku trzyma już dokumenty, które przegląda i przekazuje Charlie.

- Jo, nie możesz tak po prostu... - zaczyna policjant, ale Sam natychmiast mu przerywa.

- Dean to chyba rozsądne. Wiem, że nie jesteśmy na posterunku i nie podejrzewam Castiela o nic złego, ale czasem lepiej mieć pewność. Wiesz, bądź co bądź, to jednak chłopak wzięty z ulicy. Nigdy nie wiesz.

- Może być narkomanem, złodziejem albo wariatem - dodaje Kevin patrząc jak Jo waży w dłoni składany nożyk.

- Kevin, ty mój skośny promyczku - wzdycha Dean ale musi przyznać mu rację. Nie chce patrzeć na Castiela zbyt subiektywnie, bo może stracić czujność.

Patrzy na to, co Jo znajduje w kurtce - jakieś papierki, kieszonkowe wydanie "Frankensteina", zapalniczkę, telefon z pękniętym ekranem, poplątane słuchawki i opakowanie czerwonych Marlboro. Gdy tylko Jess zobaczyła te ostatnie, jej ręką wyskoczyła jak atakująca kobra i pochwyciła wymiętą paczkę.

- Żadnego palenia pod tym dachem. Ani nawet w promieniu pięciu metrów od niego - mówi stanowczo, chowajac fajki do tylnej kieszeni jeansów.

Dean widzi jak Balthazar - prawdopodobnie krewny lokomotywy, sądząc po tym, ile pali - wywraca oczami, ale nie komentuje.

Jo chowa rzeczy z powrotem do kurtki i idzie ją odwiesić.

W tym samym czasie Sam zostaje zagoniony do nakrywania stołu, bo poprzedni niewolnik Pameli wymówił się pilnym telefonem z uczelni.

- Charlie, laptop ze stołu - rzuca Sam rozkładając talerze - Albo wiesz, Pamela gotowa podać ci na nim kurczaka.

Dziewczyna parska cicho, ale zamyka sprzęt.

- Do jutra to załatwię - obiecuje Deanowi. Ten kiwa głową i tylko przygląda się całej scenie. Jest na swój sposób sielankowa. Warta docenienia, piękna przez kalejdoskop Barw, który ją tworzy, piękna przez głosy i zapachy, które im towarzyszą.

Nie pasuje tam. Jego miejsce jest tu - z boku

- Wpadłeś w melancholijny nastrój - zauważa spokojnie Sam, stając obok niego. Stykają się ramionami i Dean niemal czuję jak Barwy pęłzną między nimi.

- Bardzo możliwe. Czasem trzeba - odpowiada - Nie mogę całe życie być radosnym chłopcem, nie?

Sam nie odpowiada, chociaż Dean wie, co chciałby wytknąć - do bycia radosnym chłopcem jest mu zdecydowanie daleko.

- Chyba wstawiłeś się trochę na smutno - mówi zamiast tego - Wiesz, nie powiem żebyś się cieszył ale... głowa do góry. Właśnie uratowałeś jakiegoś gościa. Nie wiem, czemu się tak zadręczasz...

- Nie zadreczam się - prycha, patrząc na niego kątem oka. Sam jest tak zmartwiony, że brat musi się od niego odsunąć zanim całkiem zaleje go Pomarańczowo-Niebieski. - Skończ.

- Okej, jak chcesz. Ale wiesz...

- Tak, zawsze możemy pogadać, wiem Sammy - mówi nieco szorstko. Zaraz jednak się reflektuje. - Dzięki.

Wtedy, w progu kuchni staje Castiel, ubrany w ciuchy Deana, z jeszcze mokrymi włosami, i wszyscy milkną. Przez chwilę jest bardzo cicho i niezręcznie.

- Na co czekacie? Myć ręce i do stołu. Ty Cassie nie musisz, już jesteś czysty. - Pamela macha drewnianą łyżką w sposób jasno mówiący, że umie zrobić z niej użytek w razie sprzeciwu.

- Dzięki. Pachnie świetnie - mówi uprzejmie Cas, z wyraźnym zachwytem patrząc na jedzenie.

- Bo jest świetne. - Dziewczyna wydyma pełne usta. - Ktoś musi ich karmić, bo zbankrutowaliby na fastfoodach.

- A Balthazar umarłby z głodu - dodaje Kevin, wyciągając z lodówki piwo. - Jest całkowicie niesamodzielny.

Pamela wzrusza ramionami

- Chyba tak. Swoją drogą, Kevin, bądź tak miły i zamknij drzwi. Chce się upewnić, że będzie siedział na wycieraczce póki sobie nie przemyśli czy warto zostawiać mnie samą w imię karmienia raka. - Mówiąc to, nakłada porcję zdecydowanie dwa razy większą niż przeciętna. Kładzie ją przed Casem i mówi: - Jedz. Nie czekaj na resztę, bo zaślinisz obrus.

Cas parska krótko, co brzmi jak niepewny śmiech.

- Dzięki.

- Nie ma sprawy. - Pam delikatnie przesuwa dłonią po jego wilgotnych włosach w typowo matczynym geście i Dean z zadowoleniem obserwuje Liliowy, który spływa na czoło chłopaka.

Odrywa się od ściany i podchodzi do stołu, by usiąść koło niego.

- Będzie tylko lepiej - mówi cicho, lekko trącając stopą jego łydkę.

I po raz pierwszy Castiel uśmiecha się tak, że widać to również w jego oczach. Nie jest to nic wielkiego - ot, krótkie wygięcie warg - ale dla Deana coś ważnego.

Zwłaszcza teraz, kiedy dochodzi do momentu, w którym dostaje powoli post alkoholowego zjazdu nastroju. Nawet nie zdawał sobie sprawy w jakim stopniu to whisky trzymała jego samopoczucie, póki to nie spadło razem z jej poziomem.

- Dziękuję - mówi Cas.

AN

Dziękuję za komentarze i support. To wiele znaczy :3