- Damien?

Nie wiedziałem, że zasnąłem, dopóki nie obudził mnie głos mamy. Otworzyłem oczy i mogą uwagę przykuł ekran telewizora, na którym wyświetlona była strona główna menu DVD ze Śpiącą królewną, a animacja i lecąca w tle słodka muzyczka wciąż i wciąż powtarzały się w tym samym odstępie czasu. Usiadłem normalnie na fotelu i spojrzałem na kanapę, gdzie przykryta moją bluzą spała Cameron ze swoim pluszowym, obowiązkowo różowym kucykiem pod ręką.

Moja mama wyłączyła telewizor i przysiadła obok dziewczynki, dotykając jej miękkich, ciemnych włosów. Wstałem i przeciągnęłam się, aż strzeliły mi kości.

- Inni mają braci, którzy zabierają na imprezy, przyprowadzają do domu koleżanki i kupują piwo – mruknąłem. – Ja mam brata, który podrzuca mi swoją córkę pod opiekę.

- Ale nie narzekasz, prawda? – Mama posłała mi ciepły uśmiech; teatralnie wywróciłem oczami. – No dobrze, dobrze, a teraz chodź do mnie.

Posłuchałem, doskonale wiedząc, co zrobi. Wyciągnęła zza paska moich spodni resztę mocno pomiętego t-shirtu i starannie wygładziła odstający materiał. Na takie czułości zdobywała się dziwnie rzadko, ale u niej zawsze były oznaką dobrego humoru. Podniosła na mnie oczy i popatrzyła tym tajemniczym wzrokiem, jakby nie widziała mnie, swojego szesnastoletniego syna, tylko kogoś innego. Dobrze znałem to spojrzenie. Uśmiechnąłem się.

- Chris i Keira będą za jakiś kwadrans – powiedziała wesoło.

Moja rodzina była dziwna i nie dziwna w ten komiczny, nieco groteskowy sposób jak rodzinki z głupkowatych seriali telewizyjnych. Byli dziwni w dosyć upiorny, tajemniczy sposób, ale i tak ich kochałem, nawet kiedy przemilczali odpowiedzi na moje pytania i potępiali zwykłą ciekawość dziecka. Na przykład Chris. Miał mocno pod czterdziestkę, a więc niemal dwa razy tyle lat co ja, a jednak był moim najlepszym kumplem. Nie zachowywał się nawet, jak na jego wiek przystało. Miałem wrażenie, że dawno temu ktoś odebrał mu te kilkanaście lat, kiedy powinien był być beztroskim nastolatkiem, a potem studentem; młodość Chrisa była dla mnie jednak jedną wielką niewiadomą. Należała do Rzeczy-O-Których-Nie-Mówimy.

Zbiegłem po schodach prowadzących z tarasu na podjazd akurat w momencie, kiedy czarny, lśniący hummer wjechał w otwartą bramę. Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc tylko jeden samochód i to ten, który lubiłem bardziej; srebrny mercedes zdecydowanie klasy A należący do Keiry był zbyt kobiecy i drobniutki. Auto zatrzymało się i zanim silnik zgasł, drzwi pasażera otworzyły się i dziedziczka fortuny Snowów z nieodłącznym telefonem komórkowym przy uchu i w czarnych, lśniących szpilkach szybkim krokiem ruszyła w moją stronę, szczebiocząc po japońsku do słuchawki.

- Słaby macie tutaj zasięg – mruknęła, całując mnie w policzek i idąc dalej. Obejrzałem się za jej smukłą sylwetką opiętą idealnie leżącym kostiumem z pewnością jakiegoś drogiego, znanego projektanta.

- Damien! – Usłyszałem. Gabe już biegł w moją stronę. – Mam beta-wersję najnowszej gry od mamy. Odpalę plejstejszyna, okej?

- Jasne. – Nie mogłem powstrzymać się przez dotknięciem jego puszystych włosów. – Leć. – I już go nie było; niemal się roześmiałem, po czym ruszyłem w stronę hummera.

Chris zdążył już otworzyć drzwi z tyłu samochodu.

- Hej, Connor – przywitał się, jak to miał w swoim zwyczaju, co zawsze mnie dziwiło, bo we wszystkich dziennikach i spisach figurowałem jako Damien Reese. Wymieniliśmy uścisk dłoni i mężczyzna wyjął z auta przenośny fotelik, w którym grzecznie spała Tina, po czym ostrożnie zamknął drzwi, nie chcąc obudzić córeczki, która była jego oczkiem w głowie.

- Cześć. Jak noga? – zapytałem, dostrzegając, że mój przyjaciel lekko kuśtyka.

- Nieźle. – Uśmiechnął się. – To przypomniało mi, że nie jestem już młodzieniaszkiem. Nie mówiłeś Sarze, prawda?

- Oczywiście, że nie.

Moja mama nie wiedziała, że połowa naszych wypraw na ryby nawet nie zaczynała się nad jeziorem. Chris uwielbiał sporty ekstremalne; mówił, że stęsknił się za ryzykiem i igraniem ze śmiercią, chociaż oczywiście nie wyjaśnił dlaczego. Rzeczy-O-Których-Nie-Mówimy, heh. Tydzień temu skakaliśmy ze spadochronami i Chris nieszczęśliwie skręcił sobie nogę w kostce. Obyło się jednak bez gipsu i miałem nadzieję, że Land szybko się z kontuzji wykaraska, bo zdążyłem się już uzależnić od adrenaliny. Żeby tylko mama się o tym nie dowiedziała!

W kuchni dołączyliśmy do mojej mamy i Keiry, które piły kawę. Pani Snow (nie zmieniła bowiem nazwiska po ślubie z Chrisem) ubrana była w szary t-shirt i wytarte spodnie, a i tak wyglądała czarująco. Chris postawił fotelik na ławie pod oknem, upewniając się, czy mała nadal śpi, po czym usiadł obok żony, która akurat była w połowie monologu dotyczącego planów Snow Industries dotyczących wejścia firmy na rynek telefonii komórkowej. Słuchałem jednym uchem, zerkając raz po raz na Chrisa i czekając, aż znudzi go siedzenie w jednym miejscu. Pięć minut później wstał i zawołał Gabriela; we trójkę wyszliśmy na słońce. Zorganizowałem piłkę i zaczęliśmy rzucać do kosza, który mój tata przymocował zaraz nad garażem. Chris droczył się z synem, który był typem kujona, nie sportowca.

- Wiesz co, Connor? – Land rzucił mi piłkę. – Zawsze myślałem, że nasze dzieci będą dora... – urwał. – Czy ja dobrze widzę? Diane jest przed czasem?

Będąc pod wrażeniem, jak szybko zmienił temat, obejrzałem się. Czerwony cherokee właśnie minął bramę, żeby zaparkować obok hummera.

- O, nie – szepnął Gabe'a. – Dziewczyny...

Spojrzałem na jego ojca i obaj wybuchliśmy śmiechem.

Diane wysiadła z auta zaraz po jej bliźniaczkach, które chichocząc i niosąc ze sobą swoje różowe akcesoria i plecaczki w kształcie serc, ruszyły w naszą stronę.

- Dzień dobry – powiedziały równocześnie, po czym całą swoją uwagę poświęciły Gabe'owi, który z zaciętą miną stał obok swojego taty.

- No, Gabe, idź pobawić się z dziewczynkami. – Chris poklepał syna po czubku głowy. – Pokaż im grę.

- To gra chłopaków – syknął chłopiec.

- Nie szkodzi – Drew (albo Kirsten, nie byłem pewien) wywróciła oczami. – My też gramy w takie gry.

- Jasne, że gramy! – dopowiedziała jej siostra.

- Sprawdzimy. – Gabe uśmiechnął się nieco złośliwie. – Chodźcie, ale szybko. Dziewczyny są wolne...

- Nieprawda! – zawołały jednocześnie. – Możemy się ścigać!

- Panie mają fory – rzucił chłopiec; przez chwilę on i bliźniaczki mierzyli się spojrzeniami, po czym równocześnie wystartowali w stronę domu.

- Miały być fory! – krzyknęła jeszcze któraś z dziewczyn, zanim wbiegli na schody.

- Gabe śliczniutki jest. – Diane cmoknęła w policzek Chrisa, a potem mnie. – Ty też – dodała, puszczając mi oko.

- Gdzie masz brata? – zagadnął ją Land.

- Zgarnie Riley z lotniska i niedługo będą z tu z tatą. Ale mówcie lepiej, co słychać.

Przez chwilę rozmawiali o swoich dzieciach tonami dumnych rodziców. Między córkami Diane a Gabem było trzy lata różnicy, ale Drew radziła sobie z matematyką równie dobrze jak on i Chris chyba był nieco zazdrosny.

Wkrótce potem zjawili się Orlando, Riley i ich syn, Vin oraz Eddie. Dzieciak od razu został wysłany do Gabriela i reszty; obstawiałem też, że Cameron obudziła się i do nich dołączyła. Przyglądając się tym ludziom, bądź, co bądź, mojej rodzinie, coraz bardziej byłem pewny, że połączyło ich coś wielkiego i wyjątkowego.

Mój tata przyjechał z Johnem; zajęliśmy się rozpakowywaniem zakupów z auta, a Eddie i Orlando z puszkami piwa w dłoniach krążyli pomiędzy żarzącym się już ogrodowym grillem a wysokich, wesoło trzaskającym ogniskiem. Chris rozmawiał z Diane, a Keira tuliła się do jego pleców.

- Gdzie masz Christę? – zapytałem Johna, kiedy usiadłem na skraju jego łóżka. Mój brat powiesił na krześle marynarkę, starannie ją wygładzając. – Pojechała po Ćmę i Ryana. – Spojrzał na mnie uważnie. – Wyglądasz na zmęczonego.

- Szkoła daje mi w kość.

- Nie narzekaj – mruknął, rozwiązując krawat. – Ja dwa razy powtarzałem liceum.

- Sam sobie zgotowałeś taki los.

- No nie do końca.

- Tatuś! – Dobiegło nas od strony drzwi i Cameron podbiegła do Johna, który od razu podniósł ją do góry.

- Dokuczałaś wujkowi Damienowi, jak ci kazałem? – Cmoknął ją w policzek.

- Nie! Byłam grzeczna! – zaprotestowała żywiołowo.

Kiedy zeszliśmy do reszty, znowu skupiłem się na obserwowaniu. Szybko dołączyli do nas Ryan, Christina i Ćma (nikt nie zwracał się do mamy Eriki po imieniu). Potem zjawili się Sam z córeczką Grace; brakowało tylko Alex i Eriki. Alex pewnie miała się zjawić całkiem niedługo, Erica zaś z Francji wracała dopiero za trzy miesiące.

Usiadłem obok mamy; przede mną płonęło ognisko. Końcem buta wkopałem w płomienie kawałek drewna. Moja mama objęła mnie ramieniem, rozmawiając z Keirą. Eddie gadał o czymś z moim tatą, dosłyszałem coś o jakiejś zasadzce i helikopterze. John zajął się żoną; Ćma i Ryana wydawali się jak zwykle nie widzieć świata poza sobą nawzajem. Sam kręcił się nieco dalej w towarzystwie Diane i jej brata.

Nagle dobiegł nas dźwięk klaksonu.

- Alex przyjechała! – zakomunikowała nam Riley, wracając z kartonem soku.

Obejrzałem się, kiedy usłyszałem drugi trzask drzwi.

- Erica! – wykrzyknęła niespodziewanie Ćma, zrywając się z miejsca.

Zupełnie podświadomie zerwałem się z ławki, a serce zrobiło coś dziwnego w mojej piersi i poczułem się jakoś dziwnie, ale przyjemnie. Słysząc radosne szczebiotanie Ćmy, patrzyłem, jak obejmuje córkę, prowadząc ją w naszą stronę.

- Niespodzianka! – rzuciła Erica wesoło, witając się z każdym po kolei.

- Miałaś wrócić... – zaczął Ryan, tuląc córkę do siebie.

- Wiem, tato – przerwała mu szybko – ale straszliwie się za wami stęskniłam! Za wami wszystkimi!

- Się rozumie. – Chris posłał jej uśmiech.

Dziewczyna robiła rundkę dookoła stołu; niektórzy tulili ją dłużej, inni krócej, ale za to zasypywali pocałunkami, a mój tata na przykład tylko uścisnął jej dłoń z wyrazem dziwnego zakłopotania na twarzy[*], a ja nie mogłem oderwać od niej oczu. Zmieniła się przez ten trzy miesiące w Europie; zaczynając od jej włosów, które teraz były dziewczęco długie i opadały łagodnie na ramiona, przez delikatny makijaż, aż po spódnicę z falbaną czy jak to tam się fachowo nazywa, odkrywającą długie, zgrabne nogi. I kiedy przyszła moja kolej i wyciągnęła ku mnie otwartą dłoń do uściśnięcia, ja wziąłem ją w ramiona, zupełnie się nad tym nie zastanawiając. Uderzył mnie mocny zapach jej perfum i miękkość piersi przyciśniętych do mojego torsu. Miałem wrażenie, że gdzieś za mną Alex i Ćma równocześnie wstrzymały oddech.

- Cześć, Damien – powiedziała Erica wesoło, kiedy niechętnie ją puściłem. Alex dźgnęła łokciem Keirę.

- No hej – mruknąłem.

Dziewczyna przytuliła moją mamę, a potem usiadła obok Ćmy, która objęła ją mocno. A potem Alex zaczęła opowiadać, jak to Erica tydzień temu zadzwoniła do niej z płaczem, że chce wracać.

- Alex zarezerwowała bilet et voilà! Je suis ici. – Moja rówieśniczka wyglądała na bardzo szczęśliwą.

- Kochanie moje! – Ćma przytuliła ją mocniej. – Opowiadaj, Malcolm, opowiadaj!

Erica zjeżyła się nieco na Malcolma, jak jej mamie czasem zdarzało się ją nazywać. Kiedyś tłumaczyła nieporadnie, że Erica miała być chłopcem i właśnie tak miała się nazywać. Dziewczyna zaczęła opowiadać; słuchałem, ale nie wsłuchiwałem się w słowa, raczej w jej głos. I patrzyłem. Nie mogłem przestać, choć bardzo się starałem; gapiłem się równo. Przecież znałem ją od dziecka; wychowaliśmy się praktycznie razem, chodziliśmy do tych samych szkół, a teraz do liceum. Nie powiem, że się przyjaźniliśmy, ale na pewno kolegowaliśmy się, chociaż jakiś rok temu zaczęliśmy się od siebie oddalać, a potem przyszły wakacje, początek roku szkolnego i jej wyjazd do Francji na wymianę. Teraz jednak miałem wrażenie, że oto zobaczyłem ją po raz pierwszy. Tuliła się do mamy, a ja marzyłem, żeby tuliła się do mnie. Dziewczyny były dla mnie zawsze i nie żebym narzekał na brak powodzenia wśród płci przeciwnej, wręcz przeciwnie, ale nagle Erica wydała mi się tą jedyną. Jedyną dla mnie. A potem przypomniałem sobie, dlaczego oddaliliśmy się od siebie: na siłę nas ze sobą swatali, moi rodzice, John, Alex. Tak jakby żadne z nas nie miało innej opcji, jak tylko być z drugim. Jakby to zostało już ustalone dawno temu, zanim się urodziliśmy.

- Damien? – szept mamy wyrwał mnie z zamyślenia. – Zobaczysz, co u dzieciaków?

- Jasne. – Wstałem niechętnie i powlokłem się w stronę domu.

Uderzyła mnie cisza. Cisza plus dzieci nigdy nie oznaczała czegoś dobrego, to już wiedziałem. Na szczęście jednak cała banda nieletnich oglądała Małą syrenkę (stosunek liczby dziewcząt do liczby chłopców wynosił 2:1, stąd wybór filmu). Gabe z PSP w dłoniach, udając, że nie jest zainteresowany bajką, przesunął się nieco, robiąc mi miejsce. Spojrzałem po dzieciakach i zacząłem się zastanawiać, czy ich też już ze sobą swatają. Posiedziałem z nimi do końca filmu, który dzięki Cameron znałem niemal na pamięć.

- Możemy teraz grać? – zapytał Gabe.

- Ale mamy tylko dwa dżojstiki – mruknęła Kirsten, łakomie patrząc na DVD z Małą syrenką II.

- Będziemy się zamieniać, no! – Vin zmarszczył brwi.

- Dobra, ale my wybieramy jedną postać, wy drugą – zakomenderowała Grace.

Wstałem i zajrzałem do swojego pokoju; sprawdziłem ulubione forum i pocztę, kiedy usłyszałem muzykę z gry i ponury głos lektora:

- W roku 2009 program komputerowy zwany SKYSET wypowiedział wojnę ludzkości.

SKYSET? Nazwa zabrzmiała jakoś dziwnie znajomo; wróciłem do dzieciaków.

- Na czele Ruchu Oporu stanął James Condor. Wysłał w przeszłość swojego żołnierza Caleba Reeda, aby ten chronił jego matkę, Samanthę Condor. Stań się częścią tej niesamowitej historii.

Na ekranie pojawiły się dwa napisy PRZESZŁOŚĆ i PRZYSZŁOŚĆ.

- Bierzemy PRZYSZŁOŚĆ! – Gabe uśmiechnął się szeroko. – Mają super broń.

- Nie, weź PRZESZŁOŚĆ – powiedziałem, sam nie wiedząc dlaczego.

- Wybrałeś PRZESZŁOŚĆ. Wciel się w jednego z dzielnych żołnierzy Ruchu Oporu i pomóż zniszczyć SKYSET raz na zawsze. – Na ekranie pojawił się długi spis postaci do wyboru.

- Każda ma inną misję! – pochwalił się Gabe. – Mnóstwo scenariuszy do wyboru. Ta gra to będzie hit!

Zacząłem przebiegać oczami po nazwiskach. Nagle jedno przykuło moją uwagę. EMMA WILLIAMSON.

- Pokaż ją! – krzyknąłem.

- Spokojnie, Damien – zganił mnie Vin.

Na ekranie pojawiła się postać żołnierki, prezentując swoje uzbrojenie. Kobieta była bardzo ładna jak na standardy gier, dopracowana ze szczegółami; miała długie, kruczoczarne włosy, ubrana była w czarne obcisłe spodnie, wysokie buty i wojskową kurtkę.

- Patrzcie teraz! – pisnął młody Land.

Emma podwinęła rękaw, unosząc rękę, która nagle błysnęła srebrem, rozkładając się w coś na kształt ostrych, lśniącym szponów.

- Jest w połowie cyborgiem – zaczął Gabriel. – To długa historia, ale ta laska ma super combosy!

- Ja ją chcę! – Grace klasnęła w dłonie.

- Czekaj, wróć do listy postaci – powiedziałem szybko.

Wypatrzyłem kolejne nazwisko. DARREN CONDOR.

- To facet Emmy – wyjaśnił syn Chrisa. – Dobry w strzelaninach, niezłe oko i dużo punktów w szybkości.

Wpatrywałem się w bohatera gry, który prezentował się bardzo męsko. Darren Condor, Emma Williamson, John Condor, SKYSET. Dziwne... Nagle coś kliknęło w mojej głowie. Czy możliwe, żebym już tu kiedyś był? Nie tylko ja, Erica też?

Wstałem z głową pełną myśli i wróciłem do ogniska. Nie wypatrzyłem jednak Eriki. Pojechała już?

- Gdzie Erica? – zapytałem szeptem Alex.

- Nie wiem, poszukaj. – Ta puściła mi oko. Wbiłem ręce w kieszenie. – Ładniutka jest prawda? – Usłyszałem jeszcze za plecami.

Dziewczynę znalazłem dosyć szybko. Leżała na huśtawce-kanapie z zamkniętymi oczami; zmierzchało dosyć szybko. Erica wyglądała pięknie; spódnica odkryła jej kształtne kolana. Zamrugała oczami i przysunęła do siebie bliżej nogi, robiąc mi miejsce do siedzenia.

- W porządku? – zapytałem.

- Jestem tylko zmęczona. Leciałam od wczoraj.

Zamknęła oczy, a ja myślałem tylko o jednym: żeby ją pocałować. Siedziałem jednak nieruchomo.

- Alex całą drogę z lotniska mówiła o tobie, jak wyprzystojniałeś. – Jej głos pobrzmiał rozbawieniem, ale ja milczałem; to Alex swatała nas najbardziej. – Nie kłamała.

Spojrzałem na nią szybko, ale miała zamknięte oczy. Zastanawiałem się, co powiedzieć, kiedy dziewczyna usiadła, spuszczać nogi na trawę.

- Marzę o własnym łóżku. – Wstała, przeciągając się; poszedłem jej śladem. I wtedy zapytałem sam siebie, czy już kiedyś ją całowałem? Trzymałem w ramionach? Kochałem się z nią? Kiedyś, dawno temu, w innym życiu? Nie miałem pojęcia. Z zamyślanie wyrwał mnie jej głos:

- Jedziemy na weekend do domku Bradleyów, to znaczy moje koleżanki, ja i kilku chłopaków. Chcesz się zabrać z nami?

- Ja-jasne – wydukałem zaskoczony. Posłała mi uśmiech tak piękny, że aż serce mi zmiękło.

- Zdzwonimy się.

Poczułem się, jakbym był najszczęśliwszym facetem na świecie. Co tam przeszłość, Erica i ja – tu i teraz – spędzimy razem dwa dni w środku lasu. Co prawda nie sami, ale niech już będzie...

[*Dla tych, którzy zapomnieli, Derek i Erica (ta z przyszłości) spędzili razem upojną noc w TTEWM Ep6: Everything I Do.]