Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie pierwotnym.
Niespodzianka
Część druga - Odmiana
Były w tym szpitalu osoby, które miały szansę pamiętać, jak wyglądał bez zarostu. Cuddy na przykład. Pierwsze cztery lata pracował tu ładnie ogolony. Wilson. Przez niego zresztą przestał się golić. Pielęgniarka w przychodni. Ale jego radosne stadko asystentów już mogło być zaskoczone. Zresztą nie tylko brakiem zarostu u szefa.
Wrócił po latach do starej, zwykłej, normalnej, drewnianej laski. Na nogach miał stonowane, skórzane buty – żarówiaste adidasy zostały w szafie. Był ubrany w jasne spodnie od garnituru, wyprasowaną niebieską koszulę i pasującą do spodni marynarkę (całe szczęście nie miał krawata – na takie szaleństwa nie było go stać). Na nadgarstku jego stary zegarek ze skórzanym paskiem – podarowany mu kilka lat temu przez Kutnera sportowy czasomierz też miał chwilowo wolne. W dłoni skórzana teczka zamiast plecaka. I żadnego kasku, choć pogoda była idealna do jazdy na motorze. Przytelepał się tu swoim własnym, starym, wyjątkowo umytym samochodem.
Ludzie w lobby ledwo go poznali. Kilka cech pozostało takie same – nadal utykał ciężko na prawą nogę, nadal jego szpakowate włosy wydawały się być nie do opanowania, nadal patrzył na świat soczyście błękitnymi, czujnymi i bardzo spostrzegawczymi oczami, dziś jednak ukrytymi za jego okularami do czytania, których, ku jego smutkowi, dorobił się już kilka lat temu.
Mruknął paru mijanym osobom „dzień dobry", ale zamiast do windy, ruszył do świetlicy lekarskiej.
Nie miał tu swojej szafki – jako ordynator własnego oddziału wszystkie rzeczy zazwyczaj trzymał w biurze. Był jednak jeden rekwizyt, który z racji bardzo rzadkiego używania nie znajdował się na typowym wyposażeniu diagnostyki, a dziś był mu potrzebny. Poza tym nie miał zamiaru w ogóle wjeżdżać na trzecie piętro. Dziś jego królestwem był parter.
Podszedł do dużej szafy przy jednej ze ścian świetlicy. Ściągnął marynarkę i zawiesił ją na wieszaku. Potem przejrzał wiszące w szafie fartuchy. Pamiętał, jak Cuddy niedługo po zatrudnieniu go tutaj miała ambicje wbicia go w ten paskudny biały strój. Nawet załatwiła fartuch obciachowo podpisany jego wdzięcznym nazwiskiem, ale tamta krucjata, jak wiele kolejnych, skończyła się oczywistym niepowodzeniem. House nadal był tak samo wysoki i szczupły, jak wtedy, więc kiedy znalazł wciąż biały egzemplarz, z łatwością się w niego zmieścił.
- To będzie dziwny dzień – mruknął, przypadkiem napotykając swoje całościowe odbicie w lustrze na drzwiach szafy. Szybko doszedł do wniosku, że im więcej patrzy w lustra (których nawet w zwykły dzień nie lubił), tym większą ma ochotę na to wieczorne urżnięcie się w trupa.
Drzwi do świetlicy otworzyły się, weszło dwóch lekarzy. House czym prędzej, bez słowa, opuścił pomieszczenie, kierując się do drzwi z wielkim napisem „Przychodnia". Lekarze popatrzyli po sobie, jeden w końcu zdołał wybąkać:
- Czy to był House?
Drugi spojrzał na dawno już zamknięte za Housem drzwi, wzruszył ramionami.
- Niemożliwe – odparł.
- Dzień dobry! – rzekł, podchodząc do rejestracji w przychodni.
- Dzień dobry – odparła odruchowo pielęgniarka. Dopiero po sekundzie rozpoznała głos, spojrzała na jego źródło.
Wiele już widziała przez lata pracy tutaj. Czegoś takiego jeszcze nie. Dzielnie zachowała to jednak dla siebie.
- Znajdzie się dla mnie jakiś gabinet i pacjenci? – rzucił radośnie House z uniesieniem brwi.
- Zawsze – odparła pielęgniarka.
- A ktoś, kto by za mnie biegał z kartami i wywoływał pacjentów?
- Być może – wzruszyła ramionami, podając mu pierwszą kartę w bordowej okładce. House dziarskim krokiem ruszył do gabinetu zabiegowego numer jeden.
Nie tylko dla niego ten dzień miał być dziwny.
Kolejne części będą już dłuższe.
