II
Znajomy Nieznajomy
A-Amy...?
Szybko obróciłam się, żeby zobaczyć, kto mi przerywa moją codzienną rutynę. Przede mną stał nieznajomy mężczyzna, lecz coś w jego twarzy budziło moje zaufanie. Ubrany był w białą koszulę z czerwoną muszka i szelkami. Przez ramię miał niechlujnie przerzuconą marynarkę. Jednak to coś innego niż ta przedziwna muszka przyciągnęło moją uwagę. Była to twarz nieznajomego, a konkretnie jego oczy. Widziałam w nich smutek i ból. Choć mężczyzna wyglądał ledwo na trzydzieści lat, to mogłabym przysiąc, że jego oczy były starsze! Ile razy słyszałam, jak ludzie tak mówią! Ba, nawet pod mój adres takie wypowiedzi były kierowane. Jednak dopiero teraz, widząc te tysiącletnie oczy, dotarło do mnie, co to tak naprawdę znaczy.
- N-nie. - ocknęłam się z moich myśli – Alex.
Nie wiedziałam, po co się przedstawiam. Ale w momencie, kiedy wypowiedziałam swoje imię, jego spojrzenie zmieniło się. Wyglądało to, jakby dostrzegł, że wiem o jego bólu i za wszelką cenę chciał to ukryć.
- Przepraszam, pomyliłem Cię z kimś. To przez te włosy. Amel... Moja znajoma też miała rude włosy. Vincent Van Gogh. - spojrzał na obraz za mną, który wywołał nostalgiczny uśmiech na jego twarzy – Skomplikowany człowiek, szkoda, że go nie poznałaś. Spodobały by mu się Twoje włosy. No cóż, będę się zbierać.
Wyglądał, jakby chciał podejść i mnie objąć, ale w połowie się rozmyślił. Coś w jego ruchach sprawiło, że się cicho zaśmiałam. Sposób w jaki machał rękoma i chodził sprawiło, że pomyślałam o spaghetti. I już w myślach ochrzciłam go mianem Pana Spaghetti.
Pochłonięta swoimi wyobrażeniami o makaronach nie zauważyłam, że mój nieznajomy powoli zaczął znikać w drzwiach wyjściowych. Do tej pory nie potrafię wyjaśnić swojego zachowania. Moje nogi same zaczęły go gonić. Szybko wybiegłam z budynku. Plac przed muzeum był pusty. Nic dziwnego, było to niedzielne popołudnie. Z daleka ujrzałam zarys postaci, którym musiał być on. Rzuciłam się biegiem w jego stronę. To, co wydarzyło się później było szybkie i … bolesne. Zauważyłam, że wykonuje gest, jakby otwierał drzwi. Jednak nic przed nim nie stało. Nagle zniknął. Ot tak. Otworzył te swoje wymyślone drzwi i już go nie było. Mimo to, ja wciąż biegłam. Nagle poczułam, że w coś uderzam. Czyżbym wyważyła te wyimaginowane drzwi? Ale jak? Wpadłam do jakiegoś pomieszczenia. Nie tylko mój umysł był tym faktem zdziwiony. Wyglądało na to, że moje nogi również, ponieważ odmówiły mi posłuszeństwa i poleciałam prosto na wielką konsolę przede mną. Oczywiście wywracając się, pociągnęłam za kilka dźwigni, pragnąc ratować swoje życie. Przycisków też kilka powciskałam. Jakich szkód jeszcze narobiłam, nie wiem. Straciłam przytomność.
