,,Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu.
Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu. To, że po Koniunkcji Sfer ludzie nauczyli posługiwać się magią, jest przekleństwem i zgubą świata. Zgubą ludzkości. I tak jest. Ci, którzy uważają magię za Chaos, nie mylą się."
Cytat:
Wiedźmin Krew Elfów
Ocknął się w jakimś lochu. Otworzył powoli oczy i rozejrzał się gwałtownie poruszając głową i syknął czując ból promieniujący z tyłu głowy. Dotknął się tam opuszkami palców i poczuł, że jego włosy są zaschnięte od krwi, bo od czegóż by innego. Możliwe, że to ta dziwna, zielonkawa maź spływająca po ścianie, ale tył jego głowy nie śmierdzi aż tak źle. Gdy po kilku chwilach chodzenia po małej celi bez okien i niewielkimi, niezbyt szerokimi kratami wymacał rękoma klatkę, nogi i ręce. Wszystko mu zabrali, różdżkę, notes, zegarek i kamień od Mirron'a. Jednak za chwilę poczuł cienkie nitki na swojej skórze i odetchnął z ulgą. Chyba uznali, że to tylko jakaś tam szmata. Usiadł na pryczy i ściągnął ją, jednak szybko schował w pościel słysząc kroki.
Przed kratami celi pojawił się szef służb specjalnych, Lucjusz Malfoy, a obok niego stał sam Mirron.
— Szczerze, panie Normit — zagadał Malfoy — nigdy nie spodziewałem się widzieć pana w moich lochach. — Lucjusz uśmiechał się drwiąco mówiąc to — Ale nie za bardzo wiem jak się do pana zwracać, bo Normit, to chyba nie pańskie prawdziwe nazwisko nazwisko. Tak samo jak Larsen, Hugar czy chociażby Ultar, którym posługuje się pan w świecie mugoli.
— Widzę, że już mnie dokładnie sprawdziłeś i wybadałeś. Zastanawiam się czy sprawdziłeś też kobietę swojego synka w tym samym stopniu. — rzekł wstając i podchodząc zmniejszając dystans między nimi, aż do samych krat, na których zacisnął dłonie — Wiesz, Lucjuszu, zabijaj mnie wzrokiem póki możesz, bo nie zabawię tutaj długo.
— Pańska pewność siebie jest zadziwiająca. — rzekł spokojnie — Z tego więzienia nikt nie uciekł od jego powstania.
— Z Azkabanu podobno też nikt nie uciekł. I nikt nieproszony nigdy w życiu by się tam nie dostał, prawda? Najbezpieczniejsze i największe mroczne więzienie w całym czarodziejskim świecie, chronione przez setki dementorów. Prawdziwa twierdza. — zaśmiał się i uśmiechnął.
Malfoy nie uśmiechnął się, ani nie skomentował, ale jego wzrok mówił sam za siebie. Był wściekły i zmienił temat.
— Harvey Sorvey, lat dziewiętnaście, czystokrwisty, dwa lata w Durmstrangu, później pięć lat w Hogwarcie, przydzielony do Slytherinu. Pańska historia edukacji jest bardzo barwna, nie był pan najgrzeczniejszym uczniem.
— Ale najlepszym. A jeśli chodzi o barwy mojej edukacji, to stawiam na krwistą czerwień, chociaż byłem wężem, nie lwem. — zripostował.
— Fakt, szkoda, że ktoś taki jak pan, musi gnić w takim miejscu jak to, ale może się dogadamy.
— Odpuść sobie. Skoro znasz moją historię, to z pewnością wiesz, że nie chodzę na układy. Twoja kadra nauczycielska w Hogwarcie z pewnością to wie.
— Nasz układ pozwoliłby ci stąd wyjść w trybie natychmiastowym i wieść życie na wysokim poziomie, bez żadnych przykrości z naszej strony. Pańska rodzina będzie…
— Nie mam rodziny. — przerwał mu — Nie mam też ochoty z tobą rozmawiać. — tutaj spojrzał z drwiącym uśmieszkiem na Mirron'a — Wiesz, gdy tylko stąd wyjdę, odnajdę cię. — powiedział celując w niego oskarżycielsko palcem.
— Nie próbuj mi grozić. Nigdy stąd nie wyjdziesz i nikt nie przyjdzie Cię uratować. Zostawili Cię, tak samo jak mnie.
— Kiedy mam proces? — zmienił temat spoglądając na Malfoy'a.
— Dzisiaj wieczorem. Staniesz przed całym wizegamotem, oskarżony o zdradę stanu i udział w spisku mającym na celu obalenie rządów naszego Lorda i wiele innych rzeczy. Twoja wina jest przesądzona, a dementorzy spragnieni.
— Dusza arystokratycznego sukinsyna z pewnością bardziej by ich zadowoliła. — Malfoy z pewnością słyszał wiele takich obelg, ale mimo wszystko Hav zauważył nerwowe drgnięcie brwi — Dlaczego nie powiesicie mnie publicznie jak załóżmy na to… Longbottom'a?
— Dość! Myślę, że już wystarczy.
I oboje ruszyli w kierunku wyjścia. Młody spoglądał za nimi uśmiechając się szyderczo i krzyknął.
— A wasz Lord Voldemort wpadnie?! — oboje zatrzymali się w trybie natychmiastowym i odwrócili.
— Ktoś taki jak ty niema prawa wymawiać jego imienia, psie. — wysyczał przez zaciśnięte zęby Malfoy a jego wzrok stał się bardziej morderczy niż wcześniej, jakby miał nadzieję, że samo spojrzenie zabije chłopaka.
—Jestem Orłem, nie Psem. — poprawił go i wrócił w głąb celi zająć się swoją koszulą.
Wieczorem jak mówił Malfoy przyszło czterech aurorów i zaprowadzili go na piętra. Rozprawa jest już bardzo blisko i ma tylko nadzieję, że te cholerne pionki będą gadać i gadać, dając mu czas na opracowanie jakiegoś planu. Szczerze to nie myślał, że zabiorą go tak szybko, ale może to i lepiej. Po co czekać? Chciał tylko spojrzeć w oczy Draco Malfoy'a, który z pewnością tam będzie.
— Możemy iść schodami? Nie lubię wind. — powiedział im widząc otwieraną kratę, ale nie zgodzili się.
Z żalem wszedł do windy, cały czas snując w głowie plan wyjścia. Nigdy nie był na niższych piętrach, ale plan podziemnego budynku znał jak własną kieszeń. Czterech aurorów, co jakiś czas spoglądało na niego z ukosa jakby oceniali szansę na ucieczkę i czy uda mu się zdjąć antymagiczne łańcuchy na jego dłoniach. W końcu jeden z nich rzekł.
— Nigdy nie myślałem, że Cię złapiemy.
— Naprawdę? — zapytał zaskoczony. Nie spodziewał się takiego wyznania ze strony wroga.
— Tak. Nawet tutaj słyszeliśmy o twoich — zawahał się na chwilę spoglądając na swoich ziomków i kontynuował — …dokonaniach. Podobno to ty w zeszłym roku stworzyłeś plan ataku na Azkaban a wcześniej pokrzyżowałeś nasze plany w Australii i Norwegii. Sam odbiłeś trójkę naszych więźniów i wyszedłeś bez szwanku. Nikt nigdy nie dokonał tego w tak młodym wieku.
Hav uśmiechnął sie słysząc komplement, ale nie miał czasu odpowiedzieć, bo wyszli na długi korytarz prowadzący do sali sądowej. Jednak w duchu cieszył się, że jego czyny są znane na tak szeroką skalę. Cóż, jako najlepszy Ślizgon, wielu miało, co do niego wielkie oczekiwania, które masakrował w każdej możliwej sytuacji. Nienawidził, gdy jakiś nauczycieli mówił ,,Zostaniesz świetnym członkiem Specjalnych Służb Bezpieczeństwa! Ucz się, ucz, a w przyszłości będziesz kimś wielkim w naszym świecie! Pamiętaj, że wszystko da się załatwić, jak się ma znajomości." Wtedy dostawał szału. Gdy rozniosło się, że dołączył do Feniksa i jego osiągnięcia już w pierwszym roku były ogromne, jego imię rozsławione zostało na wszystkie strony Anglii, a później na połowę magicznego świata. Określili go mianem Młodego Dumbeldore'a! Ale on wiedział, że daleko mu do tego, by dosięgnąć mu chociażby do pięt. On był legendą, a Hav zwykłym, młodym wojownikiem szukającym człowieka widmo, Błyskawicy.
Minęli wejście do departamentu tajemnic, którego nie pokazywała żadna mapa i to było źródłem wielkiego zainteresowania Hav'a. Gdy był młody opowiadali mu jak to Błyskawica wdarł się tam, wykradł coś a później walczył z samym Voldemortem. On nigdy nawet nie widział tego ich Czarnego Pana. A chciałby.
Zatrzymali się dopiero przed drzwiami do sali rozpraw, gdzie czekała dwójka ze Służb Specjalnych. Hav zacisnął pięści. Nadchodzi chwila prawdy.
Gdy otworzyli przed nim drzwi a on minął próg, czas zwolnił. Rozejrzał się wiedząc, że to jego jedyna szansa by spojrzeć na to wszystko z góry, tak jak teraz. Minister, i jego pionki na swoich miejscach. Ponad sześćdziesięciu członków i każdy będzie głosował za jego skazaniem. Czterech aurorów za nim, dwóch obok, pięciu przy ministrze, i siedmiu rozstawionych po każdym kącie sali. Wielu. Wielki żyrandol tuż nad krzesłem dla skazanego, świece dające ogień, znajomy auror z blizną na czole, kolejny auror ukryty wśród członków wizegamotu, łańcuchy antymagiczne przy krześle, magiczna tarcza obronna i cztery reporterki.
Zaśmiał się pod nosem. Tak bardzo się go obawiają? Czuł się zaszczycony, bo to wszystko wyglądało jakby wprowadzali tu samego Potter'a, Dumbeldore'a czy chociażby Voldemorta i nie potrafili ocenić, jaką ma moc, więc zaostrzają środki bezpieczeństwa do maksimum.
W obstawie zszedł i został brutalnie posadzony na krześle. Syknął czując jak coś ostrego, niczym jakaś igła wbijająca mu się w plecy. Każde krzesło dla skazanych miało jakiś smaczek, on dostał igłę, która go rani i uwiera krępując ruchy.
— Havrey Sorvey! — ryknął minister, z plakietką ,,Barton Hortens" przed sobą — Jest pan oskarżony o zdradę stanu, zamordowanie z zimną krwią sześciu aurorów, uczestnictwo w buntowniczej organizacji Feniks, zmasowany atak na Azkaban i uwolnienie czternastu więźniów…! — wymieniał oskarżenia jeszcze chwilę kończąc na tym, na czym zaczął i co wymienił niejednokrotnie — I za zdradę naszego Lorda i władcy!
— Nigdy nie przysięgałem mu wierności. — zauważył robiąc głupią minę i uśmiechając się szeroko.
— Chyba nie rozumie pan swojej sytuacji, panie Sorvey. — powiedziała jakaś podsiwiała kobieta w różowym kożuchu. Jej głos działał mu na nerwy i westchnął tylko zrezygnowany wiedząc, że to jakaś skończona suka, której jeśli odpowie to i tak sprowadzi go do swojego poziomu i przegada.
— Całkowicie rozumiem moją sytuację, Dolores. — przez cały wizegamot przeszłą fala szeptów, z zapytaniem, dlaczego nazwał ją po imieniu? Jednak jeden mężczyzna o blond włosach zgrabnie zaczesanych w tył i czarnej marynarce z zielonymi detalami przyglądał mu się uważnie milcząc.
Hav uśmiechnął się widząc osobę, na którą tak długo czekał i z którą tak pragnął porozmawiać. Jego czarne oczy spotkały się z przenikliwymi, szarymi oczami Draco Malfoy'a, które promieniują wytrwałością, mocą i siłą w równym stopniu, co słabością, żalem i smutkiem.
Zerwali połączenie wzrokowe i Hav skrzywił się nieco. Musi z nim porozmawiać, nie ważne jak.
Szepty nagle ucichły.
— Czy oskarżony ma coś na swoją obronę? — zapytał minister trzymając młoteczek w gotowości, by uciszyć szepty po jego potencjalnej, prowokującej odpowiedzi. I taka też nadeszła.
— Cóż, mam różdżkę, magię, znam dziesiątki zaklęć obronnych, i posiadam sporo mugolskiej broni w tym czołg i pocisk nuklearny. — po tej wypowiedzi a raczej ostatnich słowach, które były oczywistym kłamstwem, znowu zaczęto szeptać, ale trzy potężne uderzenia młotkiem uciszyły wszystkich — Nic się nie zmienicie. — powiedział, gdy nastała cisza i przez moment delektował się swoim głosem niesionym przez echo. Ten głos musi dotrzeć do właściwych uszu — Zawsze będziecie tylko gadać i gadać, a później się kłócić. Nie możecie mnie już skazać?
Minister zadziwiony jego słowami wstał i uśmiechnął się tryumfalnie. Tak naprawdę skazanie chłopaka to tylko wypowiedzenie rozkazu, bo wszystkie dokumenty zostały już podpisane. Jednak proces musiał się odbyć, żeby pokazać światu, że nikt nie uniknie sprawiedliwej kary. Zbrodniarze tacy jak Sorvey muszą zostać skazani oficjalnie, na forum publicznym i w najgorszy możliwy sposób.
— Skoro oskarżony, niema nic na swoją obronę, ogłaszam wyrok! — zagrzmiał — POCAŁUNEK DEMENTORA!
Hav uśmiechnął się widząc jak wszyscy zaczynają klaskać, a on nie wiedział, dlaczego. Co ich tak cieszy? Czy tak bardzo kochają słuchać głosu ich głupiego ministra czy może tak bardzo cieszą się, że zobaczą tak nieczęsty teraz pocałunek śmierci? Nie ważne, ważna jest chwila, która za sekundę nastąpi.
— Wyprowadzić go do lochów, gdzie będzie przeżyje swoje ostatnie dni, do czasu wykonania wyroku! — dodał i uśmiech Hav'a prawie się poszerzył, ale teraz musiał udawać przerażonego. Luknął na młodszego Malfoy'a i wysłał mu dziwne spojrzenie, na które ten podniósł pytająco brwi. Nie otrzymał odpowiedzi.
Czterech dryblasów, każdy już wyluzowany, nie to, co wcześniej. Gdy prowadzili go przez ministerstwo ich dłonie ciągle drgały w kierunku wewnętrznej kieszeni płaszcza, gdy tylko się poruszył. Teraz stali luźno z opuszczony rękami i uśmiechali się wrogo do zdjęć, by pokazać swoją wyższość nad skazańcem. Chcą mu udowodnić, że nic nie jest w stanie im zrobić, a oni mogą wszystko.
Ściągnęli mu łańcuchy, by założyć kajdany i to największy błąd ministerstwa, bo zawsze, ale to ZAWSZE, dają skazańcowi góra trzy sekundy na obronę. Na użycie magii. Może gdyby był chłystkiem to byłoby bez znaczenia, czy ma magię, czy nie? Ale nie jest.
Gdy tylko druga kajdanka opuściła jego nadgarstek wszyscy padli na ziemię, widząc jak wszystkie książki i dokumenty wylatują w powietrze tworząc coś na wzór zasłony. Szybko ogarnęły krzesło skazańca i słychać było tylko głośny trzask czegoś ciężkiego o ziemię i krzyk. Po tym, krzesło jakby żywe, rzuciło się na jednego aurora, brutalnie wbijając w jego głowę długą igłę.
— Co się dzieje!? — wrzeszczał jakiś auror!
— Atakują nas!
— KTO?! Gdzie oni są, na krew?! — wrzeszczał Lucjusz Malfoy, ciskając zaklęciami we wszystko, co przypominało mu posturę chłopaka, nie wiedząc, że walczy z kartkami, ułożonymi właśnie w ten sposób.
Kartki ksiąg, gazet, ważnych dokumentów i nawet chusteczki, latały po sali sądowej powodując chaos wśród wszystkich. Ich skazaniec nagle zniknął w wirze i stracili go z oczu. Co gorsza kartki przybierały jego kształt dezorientując aurorów i służbę specjalną jak tylko mogły, biegając na wszystkie strony.
— BOOM! — wrzasnął czyjś głos i po chwili nastała ciemność, której towarzyszył ogromny huk.
— To żyr! — chciał ktoś krzyknąć, ale jego głos urwał się w połowie słowa, jakby się gdzieś przeniósł.
W ciemności nikt nie widział nikogo, nikt nie wiedział, co się stało, ani nikt nie wiedział, co ma teraz zrobić. Nagle ktoś padł na ziemię, ktoś wystrzelił zaklęcie, ktoś oberwał i ktoś inny wypalił swoje. Po chwili wśród nieprzeniknionej ciemności oświetlanej tylko krótkimi światłami zaklęć widać było już tylko leżące ciała, a całą sala była w ruinie. Krzyki nie ustawały, bo wszyscy walczyli. Trwało to zbyt długo.
— STOP GŁUPCY! PRZESTAĆ, DO CHOLERY! — wrzeszczał Malfoy — To tylko pieprzony żyrandol! ZAPALIĆ RÓŻDŻKI! — zaklęcia ustały a sala ponownie została oświetlona. Aurorzy spoglądali na siebie ze strachem widząc, że cały czas walczyli ze współpracownikami i członkami wizegamotu. Wszyscy jak jeden mąż spanikowali i teraz żałowali, że nie potrafili ocenić tej sytuacji. Przecież wszystko było pod kontrolą a system ochrony na najwyższym poziomie! Dlaczego więc minister leży na biurku… Martwy?!
— Drzwi nadal zamknięte! — krzyknął jeden auror — Nikt nie wszedł ani nikt nie wyszedł. — dodał sprawdzając zaklęcia.
— To ten bachor! — wrzasnął ktoś z tłumu wizegamotu, a raczej z tłumku, który przeżył, albo był przytomny — Znaleźć go! Natychmiast go znaleźć i przyprowadzić do mnie!
— NIE! — sprzeciwił się Malfoy — Nie będziemy się bawić w publiczne egzekucje! To sytuacja krytyczna! Minister nie żyje! KOD CZARNY!
Aurorzy spoglądali na siebie nie rozumiejąc, o czym on mówi. Nigdy nie słyszeli o kodzie czarnym, ale ich przeczucia podpowiadały, co się za chwilę stanie. Wszyscy członkowie służb specjalnych podwinęli rękawy ukazując wijący się znak węża wokół czaszki. Niektórzy widzieli go czasami inni widzieli pierwszy raz a niektórzy nie wierzyli, że istnieje, słysząc o nim tylko z opowieści, z których wynikało, że znaku nikt nie użył od pamiętnej bitwy, o Hogwart. Gdy tylko dotknęli znaków swoimi palcami, powietrze zawirowało, i wszystko pociemniało. Nastała absolutna cisza.
Wszystkich ogarnął strach.
Hav siedział w ukryciu spoglądając na to, jaką panikę wywołał. Wszyscy ciskali zaklęciami wszędzie. Widział jak zielony promień trafia ministra, gdy ten próbuje stukać tym swoim głupim młotkiem w stół. Widział jak dwójka aurorów walczy ze sobą myśląc, że walczą z nim. Idioci. Widział jak jakaś kobieta potknęła się o żyrandol i wyrżnęła na niego przebijając swoje ciało jego eleganckimi bursztynowymi kolcami. Rozglądał się wszędzie i widział wszystko, panowała ciemność, ale on wszystko widział siedząc na zegarze pod animagiczną postacią orła. Jego wzrok był jego największą bronią, mimo, że oczy były orle, to w ciemności funkcjonowały jak sowie. Teraz musi odnaleźć Draco. Nie było to trudne z wyjątkowym wzrokiem. Znalazł go.
Siedział schowany za ławką z różdżką w dłoni i nie atakował ani się nie bronił. Zachował zimną krew i był czujny jak nikt inny na sali. Nawet jego ojciec wrzeszczał coś wściekle. To jedyna szansa. Zleciał do niego lądując najciszej jak potrafił i zmienił się w człowieka.
— Drętwota! — zaklęcie minęło go o niecały cal i szybkim, zręcznym chwytem wyćwiczonym za treningach sztuk walki chwycił rękę starszego mężczyzny i wygiął ją tak by wypuścił różdżkę. Pogratulował mu czujności, ale to nie czas na gratulacje. Uderzył go mocno w brzuch czując jego opór i chęć walki, lecz nie chciał zrobić mu krzywdy, ale Draco nie koniecznie miał zamiar iść na ugodę. Rzucił się na Harvey'a i natychmiast wykorzystał przewagę wagi, przygniatając go i zaczynając dusić przedramieniem. Hav wyrwał się jakoś, czując jak krew przestaje dopływać do mózgu i mając mroczki przed oczami wykonał szerokie, desperackie kopnięcie nogą, która uderzyła o coś twardego. O metal. Usłyszał chrupnięcie kości i zaklął widząc jak jego palce tracą kolor.
'NIE TERAZ!' — wrzasnął w myślach spanikowany i widząc okazję do ataku uderzył Malfoya w twarz powodując, że teraz to on był na nim i to on go dusił.
— Pokaż mi! — zażądał Sorvey — Pokaż!
— Nie! — charknął na niego i jego spojrzenie stało się teraz mordercze.
— Pokazuj! — zażądał ponownie, tym razem pewniejszym głosem.
— Pierdol się, Sorvey! Ni… — tracił już powoli głos a oczy uciekały w głąb czaszki.
— Za kilka sekund odlecisz! Pokaż mi to, nie chcę go zabić! Oni są na jego tropie! Chcę go ratować! — wywrzeszczał mu w twarz, ale jego głos został na szczęście zagłuszony przez krzyki Lucjusza o jakimś kodzie Czarnym. Było już jasno, ale oni ukryci za ławami byli całkowicie niezauważalni.
— Proszę. — dodał zrezygnowany.
Wzrok Malfoy'a zrobił się jakiś dziwny, smutny i zarazem straszny. Hav pierwszy raz spogląda w takie oczy, nie mógł przewidzieć jak ten się zachowa.
— Dobrze. — szepnął i orzeł poczuł opuszczenie barier oklumencji. Czując niebezpieczne falowanie powietrza na sali nie tracił nawet chwili. Wdarł się do umysłu wroga i zaczął przeszukiwać wspomnienia. Widział jego młodzieńcze lata Hogwartu, kłótnie z Potter'em i jego paczką. Bitwę o Hogwart, okrucieństwa, dołączenie do śmierciożerców, dołączenie do Specjalnych Służb i smutne życie wypełnione jednak niewielkim szczęściem i później ogromną stratą. Syn, Scorpius Malfoy, zamordowany w jego własnym łóżku, w mugolskim domu, a miał tylko jedenaście lat. I List zapraszający do Hogwartu obok ciała. Nienawiść do mugoli. Samobójstwo żony. Tyle emocji przez całe życie i jeszcze więcej, gdy go spotkał.
ZNALAZŁ JE! Najważniejsze wspomnienie, które jest teraz bezcenne. BŁYSKAWICA! Spotkali się! Wie gdzie jest! Musi go odnaleźć.
— Dziękuję Draco — załamany głos mężczyzny o intensywnych zielonych oczach i błyskawicą na czole. Jego twarz była poraniona i po kilkudniowym zaroście spływała krew — Jesteś moim ostatnim przyjacielem. — Błyskawica wyciągnął rękę do blondyna a w niej był czerwony kamień. Ten sam, który kupił od Mirron'a wiedząc, że to podróbka.
Teraz Hav nie wiedział, co tak naprawdę było prawdą. To nie wyglądało na spontaniczne działanie. Nie tylko on szukał Błyskawicy. Tak jak powiedział Mirron. 'Wszyscy go szukają. To wygląda jak jakiś wyścig.'
Nagle nim usłyszał odpowiedź Draco coś go wyrwało, a raczej odepchnęło. Umysł Malfoya zaczął się bronić, odepchnął go z zadziwiającą łatwością, a jego ciało wylądowało kilka metrów dalej, całkowicie bez sił.
Rozszerzył oczy i zaczął się trząść widząc osobę stojącą tuż nad nim. Mężczyzna, rzucający cień diabła, z wężową twarzą i krwawymi oczami, które odebrały niezliczoną ilość istnień. Hav zatrząsł się bardziej i wiedział jak to wygląda.
— Harvey Sorvey. — powiedział cicho i dźwięcznie a jego aksamitny głos echem odbił się po sali sądowej — Czy wiesz, kim jestem?
Wiedział. Od kiedy spojrzał w te oczy pełne nienawiści i poczuł tę potęgę większą niż cokolwiek na tym świecie, wiedział.
— Lord Voldemort. — szepnął cicho trzęsącym się głosem.
— Tak. — odparł spoglądając na różdżkę — Ale nie o to pytałem, więc powtórzę. Wiesz kim jestem?
Teraz Hav zastanowił się dwa razy zanim spróbował odpowiedzieć. Setka tytułów przeleciała mu przez umysł i pojawił się jeden tytuł, niewymyślony przez niego. Podesłany przez Lorda.
— Panem śmierci. — szepnął nie wierząc, że to powiedział i wiedząc, co to oznacza. Tytuł pana śmierci jest zarezerwowany tylko dla jednej osoby. Dlatego nigdy nie mógł ich odnaleźć! Wiedział, że nie zniknęły, są jego. Pierścień na palcu i różdżka w dłoni. Gdzie peleryna?
— Tak. Masz rację. — Lord Voldemort rozejrzał się, a Hav spróbował wstać, ale jakaś niewidzialna siła trzymała go w ryzach i miażdżyła kości, gdy tylko się poruszył. Zaklął w myślach, powstrzymując krzyk i cofnął swoją myśl, gdy tylko wszedł do tej sali. Nie może się porównywać do tego… Potwora. Ale nie jest głupi — Wiesz, co zaraz nastąpi? — zapytał jeszcze Lord.
— Tak. Zabijesz mnie. — odpowiedział nadzwyczaj spokojnie.
— Tak. — i teraz poczuł mocne uderzenie o jego umysł, jakby fala tsunami uderzająca o mór Chiński. Czuł jak jego bariery oklumencji się kruszą, ale zniszczone odnawiają się raz po raz. Lord nie zobaczy jego wspomnień. To nie jest możliwe dla nikogo, nawet dla największego czarnoksiężnika na świecie. Nikt nie zobaczy jego wspomnień.
— Kim ty jesteś? — zapytał Lord i natychmiast uklęknął przed nim. Wyciągnął dłoń i chwycił jego podbródek, przyglądając się uważniej rysą jego twarzy — Nie wierzę w to. — szepnął prawie niesłyszalnie jakby do samego siebie, mrużąc oczy.
— Coś nie tak? — zapytał Hav chcąc przerwać tę ciszę, którą wywołało zamyślenie się Voldemorta. Musi przyznać, był przerażający, ale gdy myśli i wygląda na cholernie inteligentnego wygląda jeszcze straszniej niż normalnie.
— Tak. — rzekł cicho i wstał — Nie zniosę kolejnego przeciwnika, chociaż przyznaję, że byłoby to całkiem zabawne biorąc pod uwagę twoją moc i umiejętności. — powiedział z cichym sykiem — Wybacz, ale to twój koniec.
Hav uśmiechnął się a jego ciało zaczęło się trząść jak galareta.
— Boisz się? — zapytał Lord — Trzęsiesz się ze strachu?
— Ze strachu? — zapytał zaciskając zęby i nie próbując już powstrzymać dygotania — Nie… To z podniecenia.
Jeszcze nigdy nie widział uśmiechu diabła. Teraz go ujrzał, a po nim tylko dwa słowa.
— Avada Kedavra!
Wszyscy w sali obserwowali jak zielony promień trafia młodego chłopaka w pierś i ten pada bez życia, a jego oczy tracą blask. Jego ciało robi się blade i zimne, a Lord stoi nad nim uśmiechając się leciutko. Odpowiedź chłopaka zadowoliła go jak nigdy nikt. Żałował, że musiał go zabić, ale nie miał dużego wyboru. Nie pozwoli dorastać nowym wrogom, nikt nie przeżyje. Teraz tylko on został. On dziedzic Peverell'a, dziedzic Slytherina, władca magicznego świata, najpotężniejszy czarnoksiężnik, jakiego widział świat i Pan Śmierci. ON! Nikt inny! Nikt już mu się nie sprzeciwi!
Już miał zniknąć, by nigdy więcej nie ujrzeć ciała chłopaka, gdy stało się coś, czego nie oczekiwał. Widząc to syknął groźnie w wężomowie.
— CO TO JEST?!
