- No! – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Carlosa; mężczyzna klasnął w dłonie. – Po przekopaniu się przez blisko kilogramową warstwę piasku, stwierdzam, że poszedł pasek klinowy.
- Też mi nowość – prychnął Kosiarz. – Wymieniaj. Naprawiaj. I jedziemy dalej.
- Jest mały problem, sir.
- Wiesz, Olivera, że nienawidzę tego słowa na „pe".
- Wiem, sir. Nie mamy już zapasowych pasków.
- Słucham?! Bez żartów, Olivera.
- Oczywiście, bez żartów. Mieliśmy dwa paski, ale to było tydzień temu. Wtedy auto siadło i musiałem założyć nowy pasek, trzy dni później wymieniłem pasek na nowy w drugim samochodzie. Zostało zero, słownie: zero pasków klinowych.
- Szlag by to, kurwa!
- To prawda. – Carlos kiwnął głową. – To prawda.
- Jakieś pomysły? – Kosiarz zwrócił się twarzą do nas. Uniósł brwi.
Carlos z udaną nieśmiałością podniósł rękę do góry niczym grzeczny uczeń w szkole.
- Olivera, proszę. – Kosiarz nawet na niego nie spojrzał.
- Możemy czymś zastąpić pasek i spróbować dojechać do najbliższego miasta. W jeden samochód się nie zapakujemy, więc nie mamy wyjścia.
- A ile mamy do najbliższego miasta? Jesteśmy, kurwa, na środku pustyni!
Carlos odchrząknął i podniósł dłoń do góry, wyraźnie coś wskazując. Wszystkie oczy powędrowały za jego opaloną ręką. Z trudem powstrzymałam śmiech. Z piasku wystawał duży drogowskaz. Na zardzewiałym metalu widać było wytarte nieco czarne litery: ANGEL VALLEY, 20 KM. Przez chwilę panowało milczenie.
- Niech będzie – powiedział wyraźnie zbity z tropu Kosiarz. – Rób, co masz robić, Olivera.
- Dzięki, szefie. – Carlos wytarł umorusane smarem dłonie w spodnie i ruszył powoli w naszą stronę.
Zatrzymał się nad Jill i spojrzał na kobietę.
- Jill, kochanie, słyszałaś naszą rozmowę, prawda? Potrzebujemy czegoś, co zastąpi pasek klinowy.
- No i? – Jill posłała mi zdziwione spojrzenie. – Jak mogę wam pomóc?
- Miałaś… Widziałam u ciebie takie beżowe stringi, jakby imitację skóry…
Zapanowała cisza. Jill poruszyła się niespokojnie.
- „U mnie"? Nie: „na mnie"? – zapytała w końcu nerwowo, jakby poruszony został właśnie temat tabu. W sumie to chyba tak było.
- U ciebie. Potrzebuję ich. Świetnie zastąpią pasek. Daję za to głowę.
- Możliwe, ale jest mały problem.
- Szef nie lubi tego słowa na „pe".
- Wiem, wiem. Tylko faktycznie jest mały problem, bo wspomniane stringi mam dziś na sobie.
Carlos roześmiał się wesoło.
- Też mi problem. Ściągniesz je i po kłopocie.
- Nie chce mi się. Sam je ze mnie ściągnij.
Flirtująca Jill, to ci nowość.
- Ja to zrobię! – zaoferował się entuzjastycznie Motorek.
- Spadaj, mały. – Fantomas wyciągnął wojskowy scyzoryk i otworzył go; podszedł do Jill i uklęknął obok niej. – Pani pozwoli.
Mężczyzna sięgnął po wąską gumkę od jej stringów, wystającą wyraźnie ze spodni tuż nad jej biodrem i przeciął ją nożykiem. Gumka pękła z cichym trzaskiem. To samo zrobił z gumką z drugiej strony i pociągnął za nią, wyciągając ze spodni zdumionej Jill jasnobrązowe, skąpe majtki.
- Sprytnie – skomentował Shark – ale mogła się sama rozebrać.
- Tak, najlepiej tutaj. – Kosiarz roześmiał się głucho.
- Szowiniści – syknęła Jill, poprawiają spodnie. – I żeby któremuś nie przyszło do głowy, żeby wąchać moje majtki. Łeb odstrzelę!
- Przejrzałaś nas, Jill. – Carlos zrobił zbolałą minę. – Bez dwóch zdań.
Wziął od Fantomasa majtki i wrócił do auta. Przez chwilę grzebał w silniku.
Jill przeklinała cicho pod nosem. Dobrze jej tak, pomyślałam z dziwną satysfakcją.
- Gotowe – zakomunikował w końcu dumny z siebie Carlos. – Do Aniołkowa dojedziemy.
- Oby, oby – westchnął Kosiarz, ocierając dłonią spocone czoło.
Wróciliśmy zgodnie do naszych aut. Tym razem jednak naburmuszona Jill usiadła obok Motorka. Carlos rozsiadł się na siedzeniu obok mnie. Jego kolano stuknęło lekko o moje. Fantomas odpalił auto.
Jechaliśmy bez problemów jakąś godzinę, aż wreszcie za oknami zamajaczyły budynki. Wjechaliśmy na częściowo przysypaną piaskiem główną ulicę niewielkiego miasteczka. Wyglądało na dawno opuszczone.
- No, to rozumiem. – Fantomas zatrzymał auto.
Spojrzałam przez okno. Kosiarz zatrzymał swój wóz przed nami na parkingu zaraz pod zbudowanym na modłę Dzikiego Zachodu budynkiem. SALOON – głosił wyblakły napis nad drzwiami. Wysiedliśmy z auta. W naszą stronę ruszyli Kosiarz, Hannibal, Shark i Moody.
- Plan jest taki – zaczął Kosiarz poważnym tonem – bierzemy broń, rozdzielamy się i idziemy na zwiady. Do zmierzchu zostały jakieś dwie godziny, więc o zmroku spotkamy się w tym miejscu. Szukamy: samochodów, ewentualnie warsztatów i pasków klinowych, broni, kanistrów z benzyną, bo benzyny nigdy nie za wiele. Jedzenie i picie, jak mniemam, znajdziemy w tym poczciwym saloonie. Jeśli nie, cóż, wtedy będziemy się martwić… Dobra, do roboty. Alice pójdzie z Motorkiem na północ. – Ruchem ręki wskazał kierunek. - Carlos, ty z Jill na południe, tylko się nie pozabijajcie. Shark z Moody'm na wschód, pan doktor niech porozgląda się za jakąś apteką, bo aspiryna się skończyła…. Hannibal, idziesz ze mną. Fantomas zostaje tutaj.
Jak zwykle obyło się bez dyskusji, bo każdy z nas wiedział, że z szefem dyskutować nie wolno. Nawet niezadowolona Jill nie powiedziała ani słowa.
Motorek wziął potężną spluwę i stanął obok mnie. Sprawdziłam, czy moje pistolety są na swoim miejscu za paskiem i ruszyłam przed siebie. Chłopak dreptał obok mnie. Szliśmy jakiś kwadrans, kiedy Motorek odezwał się.
- Myślisz, że coś tu jest? No wiesz, jacyś Chodziarze?...
- Raczej nie i lepiej żeby tak było.
Znowu zapanowało milczenie. Szliśmy rozglądając się uważnie. Miasteczko z pewnością było kiedyś rajem dla poszukiwaczy złota. Teraz było opuszczonym cmentarzyskiem. Szkieletem dawnego miasta. Nigdzie nie było śladu samochodów. Możliwe, że mieszkańcy uciekli samochodami?...
- Co wy takiego widzicie w Carlosie? – Pytanie padło nagle, odrywając mnie od myśli.
- To znaczy? – Spojrzałam na mojego towarzysza.
- No, tak… ogólnie. Przystojny jest?
- Chyba tak – odpowiedziałam ostrożnie; nie chciałam zdradzić się ze swoimi uczuciami.
- Ja też słyszałem nieraz, że jestem przystojny i co z tego? Na mnie nikt nie leci.
- Bo nie ma kto.
- Jesteś… ty, no i Jill.
- I mamy na ciebie lecieć?
- Nie, no! To nie tak. Tylko… co ma Carlos, czego ja nie mam?
Dziwne pytanie. Zamyśliłam się. Może moje serce? Może Carlos ma moje serce i moją… miłość? Bo jak inaczej nazwać to dziwne uczucie w dole brzucha i kłucie w sercu?... Podnieceniem?... Nie, to miłość.
- Nie wiem – odpowiedziałam w końcu.
- A ja wiem: jakieś dziesięć lat więcej. Po prostu kobiety wolą dojrzalszych mężczyzn. Myślą, że są super w łóżku i w ogóle. Sranie w banie!
Nagle kątem oka dostrzegłam ruch. Wyjęłam broń i strzeliłam bez wahania. Moim łupem okazał się spory, czarny szczur. Motorek gwizdnął przez zęby.
- Niezły strzał.
Przez kolejne półtorej godziny kręciliśmy się po mieście, które okazało się większe niż sądziliśmy. Motorek ustrzelił osiem szczurów, ja jedenaście. Niby marnowanie amunicji, ale jaka zabawa. Kiedy zaczęło się ściemniać, ruszyliśmy w drogę powrotną. W saloonie świeciły się światła, więc od razu weszliśmy do środka. Przy stolikach siedzieli Shark i Moody, za barem stał Fantomas.
- Krwawej Mary? – zapytał na nasz widok.
Z głębi pomieszczenia przyszedł Kosiarz. Musiał dopiero co wziąć prysznic, bo na jego torsie lśniły krople.
- I jak? – zapytał.
- Ja – osiem, Alice – jedenaście – rzucił Motorek. – Szczurów, dorodnych szczurów. Samochodów żadnych, warsztatu nie znaleźliśmy. Bida z nędzą.
- U nas tak samo. – Kosiarz podrapał się po policzku pokrytym kilkudniowym zarostem.
- Carlos i Jill jeszcze nie wrócili? – zapytałam.
- Mam nadzieję, że się nie pozabijali… - mruknął Kosiarz, sadowiąc się na wysokim taborecie przy barze.
- To znaczy, że nie – wyjaśnił mi Motorek i podreptał do stolika; zajął wolne krzesło.
Odpięłam pasek z bronią i przewiesiłam go przez najbliższe oparcie krzesła.
- Twój plecak leży w korytarzu. – Kosiarz ruchem ręki wskazał nieoświetloną część pomieszczenia. – Możesz wziąć prysznic, jeśli chcesz. Mają niezłą łazienkę dla gości. All inclusive.
- Dzięki, ale nie. Poczekam na Carlosa – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Bez Carlosa ani rusz – zachichotał Fantomas.
- Nawet pod prysznic – rzucił złośliwie Shark.
- Znowu ten Carlos! – zajęczał z udaną desperacją Motorek.
- Dajcie spokój – machnęłam ręką z rezygnacją. – Dzieci, jak dzieci.
Odpowiedział mi śmiech. Osunęłam się na wolne krzesło i położyłam nogi na zakurzonym stole. Wpatrzyłam się w mocno wytarte czubki moich brązowych, wysokich butów.
