Witam. Czwarty rok Harry'ego będzie niekanoniczny, bo turniej nie będzie miał miejsca, więc i Voldemort się nie odrodził. Innych nowości dowiecie się w trakcie. Zapraszam.


I

Harry otworzył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Przez chwilę wydawało mu się, że nadal jest u wujostwa, ale za chwilę wszystko sobie przypomniał i uśmiech wpłynął na jego usta. Zauważył rudzielca dziwnie rozwalonego na innym łóżku, jednak szczelnie owiniętego kocem. Na innych łóżkach też widział rude czupryny należące do Freda i Georga, którzy balowali całą noc i teraz śpią jak zabici. Dosłownie. Harry wieczorem chciał bawić się z nimi, ale był zbyt senny i zmęczony, bo wrzeszczenie na trybunach potrafi być wykańczające. Teraz jednak podniósł się na nogi i wyszedł z ich ,,pokoju" w powiększonym namiocie. Właśnie za takie rzeczy kochał magie. Niby namiot, ale w środku ma wszystko! Otworzył lodówkę, którą w nocy objedli bliźniacy z Billem, i zauważył, że jest pusta. Jednak nie zamknął jej tylko parł się o drzwiczki i wpatrywał dziwnie. Miał wrażenie, że coś jest nie tak. Nagle z zamyślenia wyrwało go chrząknięcie i spojrzał w stronę stołu.

— Dzień dobry Harry. — powiedziała jego przyjaciółka o kasztanowych włosach.

— Cześć Harry. — dodała druga. Tym razem ruda. Zielonooki wpatrywał się Hermionę i Ginny trochę głupim wzrokiem i właśnie zauważył, że ledwo je widzi.

— Cześć… — brzdąknął i wymacał dłonią twarz sprawdzając, czy zapomniał okularów, czy po prostu coś mu wpadło do oka. Warknął w irytacji, gdy okazało się, że ich zapomniał. Odwrócił się automatycznie, z zamiarem ich odnalezienia w stercie ciuchów i wszystkiego, co bliźniacy przez noc porozrzucali. Miał tylko nadzieję, że nie znajdzie ich zniszczonych. Ruszył, ale zrobił nawet jednego kroku, gdy jego dłonie zostały przez kogoś pochwycone i został pociągnięty do stołu.

— Hej! Co robicie? — pytał i protestował, ale dał się pociągnąć dziewczynom, które posadziły go na krześle — Co chcecie?

— Mógłbyś być milszy, wiesz? Zrobiłyśmy śniadanie. — odpowiedziała mu Hermiona.

— Dobrze wiedzieć.

— Zjesz z nami? — zapytała Ginny i przez chwilę musiał się nad tym zastanowić. Jest rano, jest zmęczony i głodny, a lodówka jest pusta. W tej chwili najlepszą opcją byłoby jedzenie z dziewczynami, póki bliźniacy jeszcze śpią. Potaknął, a one podstawiły mu pod nos kanapkę z dżemem i herbatę. Teraz Harry zaczął myśleć trzeźwiej, bo to chyba oczywiste, że one nie przygotowałyby mu jedzenia ot tak.

— Straciłem apetyt. — powiedział podpierając głowę o dłoń i wpatrując się w niewyraźne dziewczyny, a one zachichotały — Widziałyście gdzieś moje okulary?

— Może tak. — powiedziała jedna.

— Może nie. — dodała druga, a Harry wziął głęboki, uspokajający oddech. Te dwie widocznie robią sobie z niego żarty. Nie dość, że ta kanapka może nie być kanapką, to jeszcze nie ma okularów, a one nie pozwolą mu odejść od stołu. Tym razem to one mają przewagę, ale obiecał sobie, że kiedyś to się zmieni.

— Serio. Nic nie widzę. — oświadczył, i znowu odpowiedziały chichotem. Powoli miał tego dosyć.

— Wierzymy ci na słowo, Harry. — rzekła Ginny i zabrała mu kanapkę sprzed nosa i wzięła wielki gryz. Teraz Harry żałował, że jest taki podejrzliwy, bo przecież one są ostatnimi osobami, które chciałby go otruć. Ale kto wie, jakie niebezpieczeństwa czekają na Złotego Chłopca? Po ostatnich trzech latach mógł spodziewać się wszystkiego. Teraz jednak pluł sobie w brodę, że to nie on zajada się tą kanapką. Cóż, będzie musiał poczekać do obiadu, albo do czasu, aż spakują graty, zwiną namiot i wylecą świstoklikiem do Nory. Do tego czasu przynajmniej się napije. Sięgnął po szklankę ciepłej herbaty i już miał ją przy ustach, gdy usłyszał jak dziewczyny wstrzymują oddechy, a jego Herbata ucieka mu z ręki.

— Hej! — krzyknął odruchowo, bo nieco oparzył sobie dłoń i spojrzał w górę. U Weasleyów zawsze miał mały problem z rozpoznaniem ich, gdy stoją do niego tyłem, a gdy niema okularów, to już było to totalnie niemożliwe, nawet, gdy stoją przodem. Wszyscy byli podobnej postury i mieli rude czerepy, więc nie było to łatwe. Zmrużył oczy, przez co pewnie wyglądał śmiesznie, ale nie przejmował się tym. Chciał wiedzieć, które z tych rudzielców przed nim stoi.

— Bill… — szepnął podejrzliwie, a ten się zaśmiał.

— Haha! Trafiłeś w dziesiątkę, młody. Ale czego można się spodziewać po szukającym? — powiedział, a Harry skrzywił się nico — Wiesz, ja na twoim miejscu bym tego nie pił.

— Co? Niby dlaczego?

— Zgaduj? Wiem, że jesteś dupa z eliksirów, ale powinieneś wiedzieć jak pachnie herbata. — Harry zdziwił się, bo wcześniej nie wyczuł nic podejrzanego, ale teraz dorwały go wątpliwości. Więc Hermiona i Ginny naprawdę chciały go otruć? Może dosypały tam soli, albo pieprzu, albo tego i tego?! Albo, co gorsza, nie posłodziły tej herbaty?! Trochę przerażała go ta niewiedza i od dzisiaj postanowił zawsze wąchać herbatę.

— Braciszku, psujesz mi zabawę. — powiedziała z żalem Ginny kładąc głowę na stole — A było tak blisko, prawda?

— Prawda. — potwierdziła rozbawiona Hermiona.

— To nie jest zabawne, dziewczyny. — skarcił je, ale chyba niezbyt się tym przejęły — I oddajcie mu okulary, chyba, że chcecie patrzeć jak wywala się, co dwa kroki. — dodał jeszcze i wylał herbatę do jakiegoś kwiatka, po czym zniknął z pola widzenia chłopaka.

— E... To oddacie mi okulary, nie? — zapytał niepewny ich reakcji, ale nie byłą taka niespodziewana. Jak zwykle się zaśmiały.

Harry po odzyskaniu wzroku odnalazł coś do jedzenia w plecaku jeszcze nieobudzonego Rona i zrobił sobie małą ucztę z krakersów. Jednak sam ich dźwięk i zapach obudził przyjaciela, który prawie zamordował go za tą małą kradzież. W następnej chwili obudzili się bliźniacy, i z małego chaosu wywołanego przez walkę Harry'ego i Rona, zrobił się Totalny Chaos. Harry i Ron przepychali się na podłodze i walczyli o paczuszkę krakersów, a Fred i George kibicowali, krzyczeli i rzucali w nich wszystkim, czym się dało. Sielankę przerwali Bill i Charlie, którzy kazali im się zbierać, bo zaraz wracają. Harry podzielił się krakersami z nieco obrażonym Ronem i zaczęli się pakować.

— Mogłeś zapytać. — marudził dalej Ron, masując lewe ramię, w które zielonooki go kopnął — Przecież bym się podzielił.

— Nie wierzę ci. Poza tym moje krakersy zjedli twoi bracia, więc twoje powinny być moje. — zauważył.

— To głupie! Kiedy ustaliłeś taką zasadę? — zapytał rozkładając ręce i marudząc o nieszczęsnych krakersach, których i tak zjadł więcej.

Niecałe dwie godziny później stali przed świstoklikiem. Harry jak bardzo kochał magię, tak bardzo nienawidził świstoklików. Już po pierwszym razie miał dość, a teraz miał być drugi. Czuł, że nie wytrzyma. Jednak jaki miał wybór? Nie znał drogi powrotnej, a nawet jeśli, to nie wiedział ile zajmie mu dotarcie do Nory, albo do Hogwartu, bo lada chwila początek roku. Na przekór sobie chwycił buta, policzył do trzech i zamknął oczy, żeby nie widzieć wirującego krajobrazu, ale to nie kazało się dobrym pomysłem. Po chwili wylądował plecami na ziemi, łapiąc każdy oddech, jakby zaraz miał się skończyć tlen, albo gorzej. Nienawidził świstoklików.

— Wstawaj. Już jesteśmy. — powiedział mu Ron i pomógł wstać — Dobrze się czujesz? Zbladłeś.

— Nie, to nic. Nic mi nie jest Ron. — uspokoił go i rozejrzał się. Byli całkiem niedaleko Nory. Wystarczy przejść przez ten niewielki las, minąć rzeczkę i będą na miejscu. Ruszyli natychmiast przed siebie. Nie trwało długo nim Harry spostrzegł, że czegoś w jego ekwipunku brakuje. Ponownie. Zasłonił dłonią twarz, nie wyczuł okularów i powstrzymał się, by nie zwymyślać wszystkim rudzielców od najgorszych. Czy oni wszyscy zawsze muszą wykorzystywać tę głupią słabość?! Kiedy w ogóle to… — RON! — ryknął szukając go wzrokiem, co było łatwiejsze niż wcześniej, bo Ron był najniższym z rudzielców, nie licząc Ginny.

— Czy coś się stało, Harry? — zapytał nagle Pan Weasley, nieco rozbawionym tonem, a Harry zapragnął walnąć go w łeb po raz pierwszy w życiu. Zawsze szanował tego faceta, który trzyma się swoich ideałów i takich tam, ale on również uczestniczy w tym spisku przeciw jego osobie! To niepoważne z jego strony! Przecież jest opiekunem tych wszystkich marchwi!

— Nic, czym musi sobie pan zaprzątać głowę. — powiedział pewnie i zmrużył oczy, by lepiej widzieć swojego rozmówce.

— Och naprawdę? Widzę, że jesteś już na tyle dorosły, żeby sam poradzić sobie ze swoimi problemami! To świetnie! Ciekawe, kiedy Ron też zacznie sobie tak dobrze radzić. O patrzcie, latający kurczak! — krzyknął wskazując palcem niebo, ale nikt nie spojrzał. Wszyscy wiedzieli, że to niezbyt udany blef — Och, zniknął. — powiedział zawiedziony i westchnął smutno, po czym ruszył w drogę z opuszczoną głową.

— Widzę, że masz problem, Harry. — usłyszał glos Hermiony i zacisnął pięści.

— Bo widzisz, Harry możemy ci pomóc. — powiedziała Ginny uśmiechając się głupio. Harry wiedział, że teraz wszyscy są przeciw niemu i każdy akcentuje słowo ,,widzieć"! Wkurzało go to.

— Poradzę sobie. — odparł i podbiegł do Rona, który z pewnością ukrywa gdzieś jego okulary. Uważał tylko, żeby się nie wywrócić i nie zrobić z siebie totalnego idioty — Ron, oddawaj! — rozkazał natychmiast.

— Oh, Harry. Spójrz, ładnie tutaj, co nie? — Ron widocznie za dużo sobie pozwala. Harry powoli robił się zły. Bardzo zły.

— Rooon! Oddaj mi moje okulary!

— Jakie okulary? — zapytał, ale Harry nie wierzył. Zna Rona. Jest taki jak wszyscy Weasleyowie i dodatkowo wciągnęli Hermionę w tę głupią grę! W tej chwili krew się dosłownie w nim buzowała. Mia ochotę walnąć Rona tak mocno, żeby oczy wyleciały mu z tego pustego łba. Na szczęście przybył ratunek.

— Oddaj mu je, Ron. — młody Potter dziękował w duchu, że choć jeden z Weasleyów ma trochę rozumu. Jednak w życiu mu tego nie przyzna! To on wymyślił tę głupią w grę w ,,zabierz — odzyskaj", a teraz po prostu czuje się winny! Kanciarz!

— Ale ja ich nie mam. Naprawdę! — powiedział obronnie Ron, ale chyba nikt mu nie wierzył.

— Dobra, ale jeśli kłamiesz, to powiem mamie. — Ron nie wydawał się wystraszony — Accio okulary Harry'ego. — chwila oczekiwania, ale nic się nie stało. Bill powtórzył to zaklęcie jeszcze raz na Ronie i dodatkowo na bliźniakach, by być pewny, z później stwierdził, że okularów po prostuj niema. NIEMA! Harry wyklinał na rudzielców w myślach, ale starał się opanować. Może zgubił je gdy ,,lądował"? Nie wiedział, ale wracać raczej nie zamierzają. Bill zabawił się w detektywa i przesłuchiwał wszystkich w poszukiwaniu poszlaki do odnalezienia zguby. Jednak na próżno. Harry szedł ciągle patrząc pod nogi i chowając ręce w kieszenie bluzy. W tej chwili był obrażony głównie na Rona, który zarzekał się, że jej nie zabrał. I tak mu nie wierzył. To taki sam kanciarz, jak Bill, tyle, że niższej ligi.

W końcu, tuż przed wyjściem z lasu zauważył zamazany dom. Norę rudych lisów. Tak ją sobie nazywał. Nim jednak minął granicę lasu usłyszał w głowie szept i zatrzymał się nagle.

Zaczekaj… — kobiecy szept był równie zachęcający, co odpychający. Był bardzo nienaturalny, ale sprawiał, że chciało się za nim podążać. Że chciało się go odnaleźć. Zatrzymał się i widział jak jego przyjaciele idą w stronę domu, wtedy usłyszał ten szept po raz kolejny — Mam coś, co należy do ciebie.

Normalnie uznałby to za kolejny żart bliźniaków, ale coś mu podpowiadało, że to nie żart, a ta kobieta ma jego okulary. Zawrócił się do lasu i szedł między drzewami, słuchając słów. Po dłuższej chwili dotarł do miejsca, które wyglądało jakby panowała w nim noc. Było dopiero południe, ale gdy spojrzał w niebo widział niewyraźne gwiazdy. Prawdziwe gwiazdy i księżyc. Ciężko było mu to zrozumieć i teraz spostrzegł, że wszędzie tak jest. Cały las ogarnęła ciemność.

— Chłopczyku… Tutaj! — usłyszał wołanie i spostrzegł niewielką chatkę, w której świeciło się niebieskie światło. Podszedł kawałek i nagle przed oczyma zamajaczyła mu atrakcyjna, kobieca postać. Gwałtownie się zatrzymał i wybałuszył oczy widząc złote srebrzyste włosy, odbijające światło księżyca. Wyglądały tak zjawiskowo, że ledwo zdołał zapytać.

— Kim… jes… — nie dokończył, bo kobieta, położyła mu palec na ustach, a drugą ręką dotknęła jego czoła, zasłaniając bliznę. Po chwili przeczesała mu włosy zbliżając się jednocześnie.

— Podobasz mi się, chłopczyku. Chcę ci dać dar. — i w tej chwili obiema dłońmi ujęła jego twarz i zbliżyła się jeszcze bardziej. Harry'ego kompletnie zamurowało i czuł, że głowa mu za moment eksploduje, gdy ta kobieta o srebrnych włosach obdarzyła go pocałunkiem. Cały oblał się czerwienią i poczuł, że oczy nagle zaczynają go piec i łzawić. Chciał się cofnąć, ale nie mógł. W następnej chwili kobieta zniknęła, a on przecierał oczy na granicy lasu. Łzy leciały nieustannie, oczy piekły i bolały. Czuł dziwna złość i zarazem szczęście. Rozejrzał się, ale nigdzie nie zobaczył tajemniczej kobiety. Widział za to Norę, las i mini boisko do Quidditcha. Sięgnął ręką do twarzy i wtedy doznał szoku. No tak! Widzi Norę! Widzi! Dokładnie! Nie jest zamazana, widzi ją tak samo jakby miał okulary. Jednak na jego nosie nie było żadnych okularów, mimo to widział wszystko normalnie.

To mój dar dla ciebie. — usłyszał szept w głowie i zrozumiał. To ona. To dzięki niej. Oczywiście! Ale zastanawiało go jedno. Kim ona jest?