Rozdział I
To Ginny Weasley jako pierwsza zauważyła, że niebo się wali.
Świat, w którym żyli po upadku Voldemorta i końcu Czarodziejskiej Wojny pod pewnymi względami był tak samo szalony jak przed Bitwą o Hogwart. Harry, Ron i Hermiona wciąż się ukrywali i wciąż żyli w strachu przed atakiem na zamieszkałych przez magiczne społeczeństwo terenach; tylko tym razem to nie śmierciożerców się obawiali, a dziennikarzy.
Od kiedy stali się wybawcami społeczeństwa Wysp Brytyjskich zainteresowanie mas ich życiem znacznie wzrosło. We wszystkim co teraz robili towarzyszyły im roje oddanych wielbicieli, a także kilkudziesięciu paparazzich usiłujących utrwalić w prasie kolejne poczynania narodowych bohaterów.
Sytuacja stała się tak nieznośna, że pewnego dnia w rok lub dwa po zakończeniu wojny Harry osiągnął swój punkt krytyczny. Wyprowadził się z dotychczasowego domu i kupił sobie najbardziej oddalony od ludzkości domek jaki mógł znaleźć, z dala od fanów, prześladowców i coraz bardziej absurdalnych wyczynów Rity Skeeter mających na celu zrobienie mu zdjęcia i napisania kolejnego sławiącego jego czyny artykułu. Znajdował się w pięknej okolicy, a ponadto był otoczony polami kukurydzy i pszenicy, które okazały się całkiem miłym ogrodzeniem.
Między innymi ich ostre liście i odskakujące znienacka na swoje miejsce kolby czyniły jego dom idealną kryjówką. Ginny Weasley mogła by coś o tym powiedzieć gdy pewnego późnowiosennego wieczora biegła przez nie – jej kolana, łydki i niemal wszystkie inne nieosłonięte części ciała były lekko poprzecinane, podczas gdy ramiona i dłonie, którymi zasłaniała twarz zdobiły wielkie siniaki.
Gdy światło z okna na piętrze domu Harrego zaczęło lekko oświetlać wielkie łodygi, Ginny zaryzykowała kolejne spojrzenie w górę, a to co zobaczyła przestraszyło ją tak samo jak wtedy gdy widziała je po raz pierwszy minutę temu.
Szła do miejsca na skraju pola kukurydzy, którego zawsze używała do aportacji i deportacji odwiedzając Harrego. Spędzili ten dzień razem; usiłowali pogodzić Rona i Hermionę po ich ostatniej sprzeczce, pomogła mu oczyścić te dziwne plamy wokół domu (tylko dziecko Molly Weasley mogło wiedzieć jak się do tego zabrać), a potem usiedli na zewnątrz i obserwowali zachodzące słońce, rozkoszując się rzadką szansą bycia razem, bez lęku przed śmiercią lub zdjęciom robionym z ukrycia, które jeszcze tego dnia trafią na plotkarskie strony.
Pocałowali się na pożegnanie obiecując sobie, że wkrótce to powtórzą i wróciła do domu. Nie robiła tego tylko po to by nagle doznać objawienia w połowie drogi i wrócić. Obróciła się na pięcie po czym zaczęła biec z powrotem.
Harry był w kuchni myjąc talerze z obiadu, gdy nagle otworzyła z trzaskiem tylne drzwi i wpadła do środka z policzkami równie czerwonymi jak włosy, dysząc i trzymając się za serce.
− Harry − powiedziała. − Musisz to zobaczyć.
Właśnie dlatego Harry skończył na przedzieraniu się przez własną kukurydzę, wielokrotnie usiłując zatrzymać i poprosić swoją dziewczynę o wyjaśnienia, która równie często zbywała go wzruszeniem ramion i kazała mu iść dalej.
− Powiedz mi po prostu o co chodzi, Ginny − nalegał chcąc odpowiedzi w zapadającym zmroku.
− Nie mogę − odpadła, a jej pachnące włosy musnęły go w twarz gdy potrząsnęła głową. − Nie masz nawet pojęcia z czym do ciebie przyszłam, a nie uwierzysz mi jeśli nie zobaczysz tego na własne oczy. Boże, mam nadzieję, że to zobaczysz... oraz, że po prostu nie postradałam zmysłów. To byłoby okropne.
− Nie jesteś chora psychicznie, Gin − zapewnił ją Harry. − Bywasz czasami uroczo niesforna, to prawda, ale nie postradałaś zmysłów.
Spojrzała na niego przez ramię.
− Zamknij się.
Pchnęła ostatnie wysokie łodygi kukurydzy, pszenicy czy cokolwiek innego co tam rosło, dzięki czemu mogli spojrzeć w niebo. Harremu opadła szczęka. Żołądek Ginny ponownie się skurczył.
− Co to − zapytała − do cholery jest?
Na bezchmurnym niebie nad nimi zupełnie niezależnie od odległych gwiazd, znajdowały się setki i tysiące ogromnych, błyszczących świateł ustawionych w idealnym porządku, które z każdą sekundą robiły się coraz większe i większe.
− Naprawdę mam nadzieję − powiedział cicho Harry ściskając dłoń Ginny − że to tylko Rita Skeeter.
Ale tak nie było. To było coś znacznie gorszego.
Ponieważ Harry, Ron i Hermiona dokonali niemożliwego: udało im się przeżyć Czarodziejską Wojnę. A to co zbliżało z niebios, coraz bliżej z każdą sekundą, było już zupełnie inną wojną.
Wojną Aniołów.
