+Rozdział Drugi: Pani Gąsienica oraz Kot.+
Po kilku krokach okazało się, że ogród wcale taki baśniowy nie jest. Co najwyżej baśniowo zachwaszczony. Trawa sięgała Kagurze do pasa, na szczęście mogła iść ścieżką i nie musiała przedzierać się przez gąszcz. Szła zdecydowanym krokiem, w pięści ściskając srebrne rękawiczki. Z jej miny można było odczytać, że ich rzekomy właściciel po spotkaniu z nią może potrzebować czegoś innego, niż rękawiczek. Na przykład fachowej opieki medycznej na oddziale intensywnej terapii.
W powietrzu wyczuła specyficzny zapach, jakby połączenie kilku znanych w jeden zupełnie nowy. Po kilku krokach zobaczyła unoszące się w powietrzu bańki, lśniące w słońcu różnymi kolorami tęczy. Kagura rozglądnęła się, wypatrując ich źródła. Pośród trawy dostrzegła turkusowego grzyba, niemal tak wielkiego, jak ona sama. Podeszła bliżej; na grzybie ktoś siedział. W ręce trzymał długą fajkę, z której końca wylatywały tęczowe bańki. Kagura zerknęła nad krawędź grzyba. Nagle znalazła się oko w oko z leżącą leniwie kobietą o wysoko upiętych, jasnych włosach i dwóch bliznach na twarzy.
-Tsukky! –zawołała zdumiona Kagura.
Rzeczywiście, była to Tsukuyo, lecz zamiast zdobionego we wzór liści kimona, miała na sobie purpurową bluzkę w stylu arabskim, z przeźroczystego materiału, której rękawy rozszerzały się na niemal pół metra. Na bluzkę miała ubrany gorset w takim samym kolorze, ozdobiony złotym haftem pełnym zawijasów. Najdziwniejszy był dół jej stroju; nogi opinała fioletowa spódnica tak obcisła, że niemożliwym było, aby kobieta mogła swobodnie wstać, a co dopiero chodzić, gdyż materiał był zaszyty na stopach, tworząc coś na wzór kokonu.
Oniemiała Kagura patrzyła, jak Tsukuyo zaciąga się, bańki ulatują w niebo z końca fajki, po czym wydmuchuje chmurę różnokolorowego dymu. Patrzyła na nią jakiś czas, Tsukuyo zdawała się jej nie dostrzegać. Wreszcie kobieta wyjęła fajkę z ust i spytała sennym głosem:
-Kim jesteś?
Kagura otrząsnęła się z zadumy.
-To ja, Kagura! Nie poznajesz mnie-aru?
Kolejna porcja baniek poszybowała w powietrze. Tsukuyo popatrzyła na dziewczynę znudzonym wzrokiem.
-Jestem Pani Gąsienica, dziecko. Kim TY jesteś? –powtórzyła z naciskiem.
-Mówiłam, jestem Kagura! –odparła, marszcząc brwi. –Dziwnie się zachowujesz-aru. Nie ma w tej fajce jakiejś niedozwolonej substancji, Tsukky?
Tsukuyo nie odpowiedziała. Zdawała się trwać w stanie pomiędzy snem a jawą, do którego Kagura nie miała dostępu. Dziewczyna prychnęła; dorośli i ich dziwne zachowania! I ona ma z nich brać przykład?
-A, właśnie-aru! –Podniosła parę rękawiczek, by były widoczne dla półprzymkniętych oczu Tsukuyo, czy też Pani Gąsienicy. –Mam rękawiczki Gin-chana Królika. I muszę z nim wyjaśnić kilka rzeczy-aru… Widziałaś go może?
Minęły dwie minuty. Tsukuyo milczała, raz po raz leniwie zaciągając się i wydmuchując dym. Kagura westchnęła, odwróciła się na pięcie…
-Kot wie.
Spojrzała przez ramię, niepewna, czy rzeczywiście coś usłyszała.
-Kot wie –powtórzyła Tsukuyo. –Kot wie wszystko.
Kagura wróciła na ścieżkę, nie mówiąc ani słowa. Za taką radę, o ile to w ogóle była rada, nie warto było nawet dziękować! Kot..? Jaki znowu Kot, w dodatku pisany z wielkiej litery? Czy wszyscy dorośli całkiem poszaleli? A wcześniej myślała, że Tsukky jest w porządku…
Narzekając po kolei na wszystkie pełnoletnie osoby, które znała, nie zauważyła nawet, kiedy weszła w las. Dopiero, gdy niemal zderzyła się z drzewem, a rosły one tu gęsto i były dziwacznie powykrzywiane, podniosła głowę, by rozejrzeć się dokoła. Nadal znajdowała się na ścieżce, ale teraz wiła się ona między drzewami, które wydawały się na nią napierać, chcąc wygonić intruza ze swojego terytorium. Nagle zorientowała się, jak bardzo jest cicho. Nie słyszała niczego, prócz odgłosu swoich kroków oraz… mruczenia..?
Kagura zatrzymała się gwałtownie. Bez wątpienia było to kocie mruczenie. Spojrzała w górę zgadując, że dochodzi ono z którejś gałęzi.
Wtem zobaczyła… oko.
Zielone, skośne, złowieszczo zmrużone, prawe. Lewego nie było widać. Potem pojawiły się wargi rozciągnięte w uśmiechu. Mrugnięcie oka później mogła dostrzec zarys sylwetki mężczyzny leżącego na gałęzi niczym… kot. Oraz koci ogon, falujący w powietrzu.
Mrugnęła ponownie i oto jej oczom ukazał się Takasugi Shinsuke niedbale rozciągnięty na gałęzi, jakby to była najwygodniejsza pozycja dla ludzkiego kręgosłupa. Pochylił się tak, że teraz zwisał rękami w dół. Kimono w złote motyle zastąpione zostało czarnymi spodniami, czarną kamizelką narzuconą na koszulę w prążki o różnych odcieniach fioletu. Na stopach miał lśniące czarne buty. Włosy zaczesane tak, by skrywały lewe oko; co ciekawe, wyrastały z nich kocie uszy o tym samym kolorze. A ogon… To był JEGO ogon. I nadal falował.
Kot – Takasugi uśmiechnął się szeroko, prezentując pełny komplet ostrego uzębienia. Kagura zamarła, nie zdolna do najmniejszego ruchu, ledwo pamiętając, by oddychać.
W życiu nie widziała czegoś bardziej przerażającego.
-Szukasz Srebrnego Królika... –nie było to nawet pytanie. Wszystkowiedzący Kot -Takasugi stwierdzał oczywiste fakty.
Pochylił się jeszcze bardziej do przodu tak, że górna połowa jego ciała zwisała z gałęzi. Przybliżył twarz do Kagury. Zielone oko błyszczało.
-Wszyscy czegoś szukają… -kontynuował. Mówił wolno, przesadnie wydłużając sylaby. –Wszyscy za czymś gonią. Srebrny Królik zawsze się spieszy…
-Ty niczego nie szukasz? –Kagurze wymsknęło się pytanie, nim zdołała pomyśleć. Zbladła jeszcze bardziej, przygotowana na straszliwe rzeczy, które miały nadejść, skoro mu przerwała.
Tymczasem Kot –Taksugi uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wydawać by się mogło, że gdyby nie uszy, jego uśmiech okręciłby się wokół głowy.
-Masz coś, co należy do niego –wskazał na rękawiczki.
Kagura dopiero teraz zauważyła jego dłonie; zakończone były w długie na pięć centymetrów ostre pazury. Nie mogła oderwać od nich oczu.
-Będzie chciał je odzyskać. Ale ty najpierw musisz spotkać się z Xsiężną.
-Xsiężną? –Kagura wyrwała się z transu. -Kim jest Xsiężna? I dlaczego to znowu jest ktoś-aru, kogo imię, chociaż to wcale nie jest imię, wymawia się z wielkiej litery-aru? I w dodatku, to jest X!
Zielone oko błysnęło. Kagura zaraz pożałowała swojej ciekawości.
-Sama się przekonasz… -wyszeptał Kot –Takasugi głosem, od którego Kagura poczuła ciarki na plecach. –Zobaczysz wszystko na własne oczy…
Zaczął znikać; najpierw jego sylwetka rozmyła się, choć ogon nadal był doskonale widoczny, wykrzywiony w esowaty kształt na tle zielonych liści. Widać go było coraz mniej, nawet ogon i twarz zniknęły, został tylko upiorny uśmiech. Jeszcze przez kilka sekund było go widać niezwykle wyraźnie… aż nawet on rozmył się w nicości.
Kagura cofnęła się o krok. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że przez cały moment znikania Kota wstrzymywała oddech. Uspokoiła się stopniowo i podjęła przerwaną wędrówkę wzdłuż ścieżki. Nie wiedziała, ile zajęło jej przejście przez las, czas zdawał się nie istnieć w miejscu, do którego trafiła.
Dotarła do rozdroża ze znakiem ustawionym dokładnie pośrodku. Na strzałce w lewo namalowany był zamek oraz napis „DO ZAMKU KRÓLA KIER". Strzałkę w prawo opatrzono napisem „DO POSIADŁOŚCI XSIĘŻNEJ".
Kagura miała już nie ufać dorosłym i słuchać się papy. Ale Pani Gąsienicy Tsukuyo, ani Kota –Takasugiego nie można było nazwać dorosłymi, skoro nie można było ich nazwać nawet ludźmi. Kagura nie była pewna, gdzie ich umieścić, w jakiej grupie gatunkowej, ale postanowiła nie zawracać sobie tym głowy. Papa, niestety kolejny dorosły, zawsze twierdził, że władzy nie należy ufać; droga w lewo, do zamku Króla Kier, kimkolwiek on był, odpadała. Dlatego też w pewnym sensie posłuchała mądrości papy wybierając drogę w prawo.
Później miała się przekonać, że czasem jednak warto słuchać własnego papy…
