Klucz

W pierwszym rozdziale nastąpiły zmiany po zwróceniu uwagi. Tak, Lucjusz Malfoy w 78' już nie uczęszczał do Hogwartu.

Rozdział 2

Troskliwość

Harry budził się bardzo powoli. Pomimo zażytych w nocy eliksirów pocruciatusowych nadal bolał go każdy mięsień i leżenie w ciepłej pościeli było dużo lepszym wyborem niż nauka. Usłyszał, jak Severus krząta się po pokoju i obrócił się na bok, by móc go obserwować. Zapach świeżo zaparzonej, mocnej herbaty uderzył w niego delikatnie i subtelnie. Snape dostrzegł, że się obudził i wskazał biurko.

— Skrzaty przyniosły ci herbatę.

— Nam. Poprosiłem je o herbatę dla nas — mruknął, podnosząc się ostrożnie. — Powiedziałem im, aby dostarczyły to, co zwykle pijesz do śniadania. Widać lubimy to samo.

Choć leżenie kusiło, wypicie porannej herbaty w towarzystwie Severusa było bardziej intratne.

— Dlaczego cię słuchają?

— Bo je poprosiłem. Jeśli jesteś dla nich miły, odwdzięczają się tym samym. — Opadł ciężko na krzesło i sięgnął po filiżankę.

Musiał przytrzymać ją drugą dłonią, bo zbyt mocno drżała. Gorący napój odrobinę pomógł rozjaśnić zamglony umysł. Wizyta u Pomfrey i prośba o jakiś eliksir była najprostszym wyjściem na tę porę. Inaczej ktoś zwróci uwagę na jego stan.

— Wyglądasz strasznie. Czy Black coś ci wczoraj…? — zaczął Severus, obserwując go uważnie.

— Nie tknął mnie palcem — przerwał mu natychmiast Harry. — Nie przejmuj się mną. Przeżyję.

Poczuł nagle mrowienie magii i sapnięcie Severusa. Migotliwy zwój zaklęcia diagnostycznego wisiał przed drugim Ślizgonem.

Gdyby całe ciało tak nie bolało Harry'ego, pewnie zerwałby się i oburzył.

— To było niegrzeczne, Severusie — westchnął tylko zrezygnowany.

Crucio? I to dwukrotnie? Kto? Dumbledore musi się o tym dowiedzieć. To zaklęcie Niewybaczalne. — Pomimo spokojnego tonu, Harry mógł wyczuć dawkę gniewu.

— Już wie. Uspokój się, to niczego nie zmieni. Wypij ze mną herbatę — poprosił cicho.

Chłopak patrzył na niego z niepewnością. Potem przysiadł się na drugim krześle i sięgnął po herbatę.

— Pójdziesz do Pomfrey.

— Tak jest — prychnął Harry. — Podobno nie jesteś moją niańką — przypomniał wesoło.

Potter przymknął powieki i delektował się napojem.

Snape obserwował każdy ruch Doe.

Kto mógł zaatakować ucznia w szkole? Chociaż nie sądził, aby to stało się w samym zamku. Alarmy powiadomiłyby większość profesorów i na pewno w nocy byłaby przymusowa pobudka, by sprawdzić różdżki. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Jednak Doe był ofiarą zaklęcia Niewybaczalnego i to dwukrotnie.

Najbardziej przerażała Severusa reakcja Harry'ego. Jakby coś takiego nie zdarzyło się po raz pierwszy, a najgorsza, że spodziewa się tego ponownie. Jakby to była jakaś norma.

Wstał odstawiając filiżankę i podszedł do swojego kufra. Nie miał co prawda eliksiru pocruciatusowego, ale w swoich zbiorach posiadał przeciwbólowy, który teraz wyjął.

Postawił fiolkę przed Doe i czekał, aż ten zdecyduje się, czy go wypije. O ile się zdecyduje. Przyzwyczaił się, że raczej nikt mu nie ufał.

Harry spojrzał na niego, także odkładając już puste naczynie po herbacie. Nie pytał, co jest w buteleczce. Migotliwy, niebieski płyn mógł być tylko jednym eliksirem. Severus zawsze robił go tak samo i tylko jego wersja miała efekt pyłu gwiezdnego. Wypił bez pytania i westchnął natychmiast, czując ulgę rozchodzącą się po całym ciele. Przeciągnął się, uważając na ramię. Po nocnych rewelacjach na pewno Poppy będzie musiała poprawić swoją wcześniejszą pracę.

— Dziękuję, Severusie. Od razu lepiej.

— Powinieneś odpocząć. Powiem nauczycielom, że odsypiasz zmianę czasu. — W głosie słychać było zadowolenie.

— Skłamiesz dla mnie? — zapytał Harry, szukając w kufrze czystych ubrań. — Nie trzeba. Pójdę na lekcję. Nic mi nie jest.

— Efekty pocruciatusowe utrzymują… — zaczął, ale Harry nie dał mu skończyć, kładąc dłoń na ramieniu.

— Znam je. Poradzę sobie. Po prostu o tym zapomnij.

— Zapomnij? Czyś ty całkiem oszalał po tych torturach?

Harry westchnął. Severus się nakręcał na wykład, a był tylko jeden sposób, by ich uniknąć. Uciekł do łazienki i odkręcił wodę pod prysznicem. Nawet jeśli Snape mówił dalej, to przez szum wody nic nie słyszał. Wykąpał się, pozwalając gorącej wodzie zmywać resztki po nocy i odświeżony wyszedł rozpocząć nowy dzień.

Severus już czekał na niego gotowy do wyjścia.

— Jednak będziesz moją niańką? — zapytał wesoło Harry, sięgając po plan, a następnie wrzucając do torby potrzebne książki.

Zapowiadał się kolejny interesujący dzień w szkole magii.

Nie bardzo się pomylił. Ślizgoni zachowywali się diametralnie inaczej niż dzień wcześniej. Jedni ignorowali Doe, paru chciało zagadać, ale w większości wszyscy skupili na nim spojrzenia. Znów stał w centrum uwagi, ale do tego był już przynajmniej przyzwyczajony.

— Czemu moje śniadanie jest inne niż reszty? — usłyszał nagle szept siedzącego tym razem tuż obok Snape'a.

— W gorszym znaczeniu?

— Wprost przeciwnie. Same moje ulubione potrawy.

— Może skrzaty wiedzą o czymś, o czym nie poinformowałeś nikogo — zauważył konspiracyjnie.

Severus zaczerwienił się, a Harry udał, że go podpuszcza.

— Zgadłem? Powiedz. Czyż to nie dziś są twoje urodziny i nikomu nie powiedziałeś? Przyznaj się.

— Tak. — Krótka odpowiedź była ledwo słyszalna, ale Harry był zadowolony z siebie.

— W takim razie wszystkiego najlepszego, Severusie. Nie będę wiwatował, bo widzę, że nie lubisz tego. Jeśli chcesz, namówię potem jakiegoś skrzata na kawałek ciasta.

— Nie trzeba. Nie obchodzę urodzin — burknął, ale nie odmówił przysmakom.

Nie bardzo podobało mu się takie wykorzystywanie informacji przez Doe.

Harry westchnął. Cały Severus. To chyba nigdy się nie zmieni.

Pierwsze zajęcia dziś były z opieki. Nie czekały go lekcje z Hagridem i raczej był spokojny. Nawet jeśli okaz, pokazany przez obecnego profesora, zademonstrował się jako niebezpieczny, to był on odpowiednio zabezpieczony. Nie musieli go obłaskawiać, dosiadać, czy wyprowadzać na spacer. Robienie notatek może i było nużące, ale za to bezpieczne. Panujące jednak na zewnątrz zimno źle wpłynęło na Harry'ego. Mięśnie znów dały o sobie znać i przestał się bronić przed wizytą u Poppy.

Severus zagonił go do niej zaraz po opiece. Kobieta natychmiast wyprosiła go ze szpitala, gdy Doe zajął krawędź łóżka.

Harry naprawdę musiał się naprosić, by tym razem nie uziemiła do w nim. Całe szczęście jej nadopiekuńczość nie rozwinęła się na ten straszny poziom, co w jego czasach. Podała mu tylko kolejną dawkę eliksiru pocruciatusowego, sprawdziła ramię, zajmując się nim kilkanaście minut i pozwoliła iść.

— Ramię nadal dokucza? — zapytał Snape, widząc że Harry pociera go zaraz po opuszczeniu ambulatorium.

— Goi się i swędzi. Jest dobrze. Chodź, bo spóźnimy się na kolejne zajęcia. Nie chcę potem słuchać twoich grymaszeń, że to moja wina jak stracimy punkty.

— Jesteś zagadką — zauważył cicho Severus, mrużąc oczy i obserwując go.

— Nie tylko ja.

Historia magii była taka sama jak dwadzieścia lat później. Różnica polegała na tym, że Ślizgoni nie spali jak zwykle robiła to większość Gryfonów. Robili wszystko inne, ale nie spali. Severus czytał książkę o eliksirach, czym wcale nie zaskoczył Harry'ego, któremu udało się to zauważyć, zerkając nad jego ramieniem. Dziś już nie krępował się usiąść obok, a Snape też nie wydawał się być temu przeciwny.

W pewnej chwili, prawie jednocześnie, spojrzeli w to samo miejsce, wyczuwając zagrożenie.

Jeden ze szkieletów smoków, umocowany pod sufitem, drgnął. Sekundę potem runął wprost na Doe i Snape'a.

Harry, z nawyku wielokrotnych pojedynków z Severusem, już rzucał zaklęcie lewitacji, uskakując jednocześnie w bok. Ławki ograniczały manewr i w efekcie uderzył poranionym ramieniem w kant innej, ale zatrzymał upadek szkieletu. Nagła, dotkliwa fala bólu spowodowała, że Harry warknął wściekle, wstając i szukając adwersarza.

Natychmiast dostrzegł Regulusa i chowaną przez niego szybko różdżkę.

Binns nawet nie przerwał wykładu odwrócony do nich plecami, wskazywał daty na tablicy.

W klasie zrobiło się niesamowicie cicho, gdy Doe opuszczał smoczy szkielet na podłogę przy oknie.

Severus czekał tak jak inni, co teraz zrobi Harry. Atak Blacka był bardzo jasnym przesłaniem. Harry jednak usiadł z powrotem w ławce, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Gdy Snape do niego dołączył, zapytał spokojnie, rzucając niewielkie zaklęcie dyskrecji:

— Czy macie jeszcze aktywny Klub Pojedynków?

— Tak. Dzisiaj wypadają zajęcia. Chcesz wyzwać Blacka? Nie dasz mu rady. Krążą plotki, że to przyszły śmierciożerca i już jest szkolony do walk.

Harry musiałby być głupi, gdyby sądził, że Severus już w tych czasach nie wiedział, co się dzieje. Czy mógł mu zdradzić informację o wyborze Blacka?

— On już wybrał stronę, Severusie — szepnął i widział jak Snape tężeje. — Nie ma może jeszcze znaku, ale już wybrał stronę.

— Skąd…?

Nagle jego oczy zrobiły się bardzo szerokie i wstrzymał oddech, rzucając spojrzeniem na przedramię Harry'ego. Na bieli koszuli widać było kilka niewielkim plam szkarłatu, które chłopak ukrył zaraz pod szatą.

— Jesteś…?

Harry spojrzał pustym wzrokiem przed siebie. Nie chciał widzieć odrzucenia na twarzy Severusa.

— Jestem, ale mnie nie dano najmniejszego wyboru.

— Ale przecież nie jesteś czystokrwisty!

— Tom też nie, ale mało kto o tym wie.

— Tom?

— Czarny Pan, Lord Voldemort, Tom Marvolo Riddle — zamilkł zaraz potem.

Czekał, co teraz zdecyduje Severus.

— Skoro jesteś… — wskazał na jego ramię — to dlaczego Black cię atakuje? Odkrył, że jesteś szpiegiem ministerstwa?

— Bo to Black. Trzeba mu pokazać prawdziwą siłę, inaczej zniszczy cię dla własnej satysfakcji. Nie dam się pomiatać. Zwłaszcza jemu — dodał ostro na koniec.

Snape wyczuł, że coś się za tym kryje. Jakby Regulus już dawno temu zadarł z Harrym i teraz ten miał okazję się odpłacić.

— Jeśli chcesz go wyzwać, to najlepiej zrobić to w Wielkiej Sali. Nie będzie mógł się wycofać przy tylu świadkach. Czystokrwisty honor mu na to nie pozwoli.

— Czy to nie sprowadzi na ciebie kłopotów?

— Większych mieć nie mogę.

— Czy Huncwoci nadal…? — spytał, przypominając sobie o „rozrywce" ojca i jego przyjaciół.

Severus warknął coś, a potem dodał głośniej:

— Jest coś, o czym o mnie nie wiesz, Doe?

— Przypuszczam, że całkiem sporo, książę Półkrwi. A o Huncwotach trudno było nie zdobyć informacji. Nadal ci dokuczają? Nawet po akcji z Lupinem?

Siedzący tuż obok chłopak zmrużył oczy.

— Och, przestań! Oczywiście, że wiem o jego likantropii. I jak Potter — dziwnie wymawiało się to Harry'emu — cię uratował.

— Szkoda, że mu się udało. On siedziałby teraz w Azkabanie, a ja biegałbym obrośnięty futrem w świetle księżyca. To całkiem ciekawa wizja.

— Aż tak bardzo ich nienawidzisz?

— Teraz to nieważne — zignorował pytanie. — Musisz wyzwać Blacka w obecności jak największej liczby osób.

— Rozumiem. To da się całkiem prosto załatwić.

Jego uśmiech tym razem zamiast wywołać u Severusa dreszcz na granicy przyjemności, teraz przebiegł lodowatymi ciarkami po plecach.

— Przypominasz teraz Blacka i Pottera, gdy coś kombinowali — zauważył Snape. — Jakby ci się dokładniej przyjrzeć, to jesteś nawet do nich podobny.

— W czarodziejskim świecie każdy jest z kimś spokrewniony, więc tu akurat nie widzę powodu do niepotrzebnego kombinowania. Z całą pewnością jestem jakoś spokrewniony z jednym albo drugim.

Severus z każdą uwagą był coraz bliżej prawdy. Harry zdecydował, że jak tylko załatwi sprawę z Blackiem, musi porozmawiać z Albusem. Jeśli będzie musiał wyjawić prawdę Severusowi, a potem znajdzie sposób na powrót, to dyrektor usunie te wspomnienia z umysłu Snape'a.

Lekcja historii w końcu się skończyła i ruszył w stronę Wielkiej Sali, ale nie na tyle szybko, by Regulus przybył po nim. Po drodze on i Severus milczeli.

Black już siedział na swoim miejscu, gdy przekroczyli próg Wielkiej Sali, dumny niczym paw w otoczeniu tych samych chłopaków, z którymi Harry miał nieprzyjemność spotkać się wczoraj.

Potter podszedł do niego i, złapawszy za ramię, odwrócił w swoją stronę. Następnie, zanim ten zdążył zareagować, uderzył go w twarz płaską dłonią.

— Klub Pojedynków. Najbliższe spotkanie. Różdżki. Jeżeli nie przyjdziesz, uznam cię za cholernego, śliskiego tchórza, Black.

Natychmiast rozległy się wiwaty i gwizdy ze strony innych stołów, najgłośniej natomiast od Gryffindoru. Harry dostrzegł, że Syriusz wszedł nawet na ławkę, by lepiej widzieć.

— Spokój, moi drodzy. Proszę o spokój.

Wejście w konflikt dyrektora Harry nie tak do końca się spodziewał. Podejrzewał, że zostanie raczej odciągnięty na bok po posiłku.

— Panie Doe, mógłby się pan wytłumaczyć?

— Mam osobiste porachunki z Blackiem i chcę je rozstrzygnąć podczas pojedynku czarodziejów, co powinno zakończyć nasz spór.

Spojrzenie Albusa paliło go, ale wytrzymał je.

— Bardzo dobrze. To z całą pewnością honorowe wyjście niż rozwiązywanie tego w inny, mniej uczciwy sposób.

Harry zmarszczył czoło, gdy dyrektor spojrzał na stół Gryffindoru, skupiając się na Syriuszu. Ten zszedł z ławki i usiadł na swoim miejscu.

— Powiadomię profesora Flitwicka, by miał na was oko, panie Doe. Nie chcemy przecież żadnych wypadków.

— Oczywiście — zgodził się z nim Harry.

— Panie Black. — Dumbledore zwrócił się do arystokraty, który już stał, ściskając dosyć nerwowo różdżkę. — Przyjmuje pan to honorowe wyzwanie?

— Tak! — warknął chłodno i odwrócił się Pottera placami, by opuścić szybko salę.

Harry stracił cały apetyt, ale przysiadł się do Severusa.

— Załatwione.

— Przy dużej ingerencji dyrektora. Jesteś pewien, że jesteś w stanie stanąć przeciwko Regulusowi?

— Nawet jeśli nie wygram pojedynku, myślę, że co nieco potrafię mu poukładać pod czaszką — odparł zgodnie z prawdą. — Kiedy dokładnie zaczyna się klub?

— Za dwie godziny. I lepiej coś zjedz. Po nocnym wypadzie nadal nie wyglądasz za dobrze.

I Snape zwrócił uwagę na własny posiłek. Skrzaty i tym razem się wykazały.

Potter nadal czuł słabe efekty zaklęć torturujących na sobie, ale już się do nich przyzwyczaił. Lekkie drżenie dłoni dało się opanować. Zmusił w siebie odrobinę zup i soku dyniowego, ale na więcej nie był w stanie się zmóc.

Na te dwie godziny skrył się w szklarniach Sprout. Tu było zawsze ciepło, a największa była w pewnym sensie oranżeria. Hodowano tu rośliny spoza programu i bujniejsze. Można było się tu poczuć jak w dżungli. Siedząc pod ścianą szklarni i obserwując jakąś dziwna, ale ruchliwą roślinę, rozmyślał o pojedynku. Musiał przygotować jakieś zaklęcia, które nie wzbudzą podejrzeń, a pomogą mu wygrać.

Severus tym razem za nim nie poszedł i czuł się trochę osamotniony. Był już tak przyzwyczajony do jego ciągłej obecności w przyszłości, że teraz, gdy młodsza wersja znikała, czuł się jak kaleka.

Westchnął ciężko powrócił do wcześniejszego problemu.

W szkole Regulus nie odważy się użyć żadnego czarnomagicznego zaklęcia, ale wystarczająco dużo było tych jasnych, aby zrobić mu krzywdę. Nie będzie się też pewnie bawił w zaklęcia z niższej półki, lecz te naprawdę skuteczne. Nawet jeśli był dopiero na szóstym roku nauki.

Dwie godziny minęły szybko, ale przypomniał sobie kilka praktycznych uwag Snape'a z przyszłości. Czas je wykorzystać. Doświadczenie zawsze się przyda.

Kilkanaście minut przed wyznaczonym czasem miał pokrótce ułożony plan z kilkoma opcjami awaryjnymi.

Severus czekał na niego przed drzwiami sali, w której odbywał się Klub Pojedynków.

— To od Pomfrey. — Wręczył mu błękitną fiolkę.

W tej nie było migotliwego pyłu, choć resztki bólu minęły natychmiast. Musiał zatem być to wyrób obecnego mistrza eliksirów szkoły. Smak jednak nie uległ zmianie - tak samo, jak zawsze obrzydliwy.

Otworzył drzwi sali i pewnie wkroczył do środka. Regulus rozmawiał ze Slughornem w towarzystwie Flitwicka. Wcale nie zdziwiła Harry'ego obecność opiekuna Domu. W tym pewnie maczał palce Dumbledore.

Black zaraz po jego wejściu wszedł na przygotowane do pojedynków czarodziei podium. Bezczelnie uśmiechnął się w stronę Doe, co ten odwzajemnił szelmowskim grymasem. Zastanawiał się właśnie, kiedy Regulus dojrzeje na tyle, że postawi się Voldemortowi, bo na razie nie widział w nim niczego takiego. Był ciekaw, co lub kto zmieni to wredne, sadystyczne zachowanie Regulusa, że ten odważy się ukraść horkruks Voldemortowi.

Black zdjął wierzchnią szatę i rzucił w bok, nie interesując się kto ją złapie.

Harry podał swoją Severusowi i ujął różdżkę, gdy stawał przed bratem Syriusza. Nawet jeśli nauczyciele coś mówili, Harry całkowicie to zignorował, obserwując każdy najmniejszy ruch przeciwnika.

Atak nastąpił błyskawicznie, gdy tylko dano im znak na rozpoczęcie pojedynku. Cokolwiek rzucił Black, było potężne, ponieważ miejsce, gdzie sekundę wcześniej stał Harry, dymiło i obrzydliwie cuchnęło.

Doe, po wcześniejszym uskoku, przekroczył dziurę, uważając, żeby nie nastąpić na jakąś uszkodzoną atakiem deskę i nie wpaść pod podium.

Regulus nie poruszył się. Czekał cierpliwie na ruch Harry'ego. A ten oczekiwał na jego. Teraz był to pojedynek cierpliwości. Po tych kilku miesiącach walk z Severusem Harry mógł się pochwalić, że akurat w tym był całkiem dobry. Jedna trafnie rzucana uwaga mogła zniwelować każde działanie. Regulus był jednak bardzo podobny do swego starszego brata. Niecierpliwy i działający bez dłuższego zastanowienia. Tym razem jego zaklęcie zatrzymała silna tarcza Pottera, który natychmiast odpowiedział atakiem.

Relashio! — Nic potężnego, ale Regulus musiał uskoczyć przed strumieniem ognia.

Tego właśnie oczekiwał Harry.

Verte stati! Conjunctivitis! Silencio! Oppungo! — Wręcz wyrecytował listę.

Gdy oślepiony, pozbawiony słuchu i zwalony na podłogę Black został ostatecznie zaatakowany przez stado wrednych, maleńkich ptaszków, mógł tylko niemo krzyczeć, odganiając się od napastników.

Po minucie Harry zdjął zaklęcia i czekał na reakcję Blacka. Miał nadzieję, że pojął lekcję. Specjalnie użył najprostszych zaklęć do poniżenia go na oczach zebranych.

Nauczyciele milczeli. Prawdę mówiąc, wszyscy byli niesamowicie cisi, gdy Regulus wstawał powoli z podłogi podium. Następnie uniósł różdżkę na wysokość twarzy i oddał honory Harry'emu.

Ten przyjął je i podszedł do chłopaka.

— Wiedz, że półkrwi są uparci, zawzięci w osiąganiu celu za wszelką cenę. Posuną się do wielkich czynów. Wielkich, ale i drastycznych. — Po rozszerzonych oczach Regulusa zrozumiał, że podwójne przesłanie tej wypowiedzi zostało odpowiednio pojęte. — Są jednak i tacy, dla których liczy się coś więcej. Niestety on do nich się nie zalicza. — Uścisnął dłoń Regulusowi i opuścił podium, a następnie salę w towarzystwie podążającego u jego boku Snape'a.

— Ośmieszyłeś go — zauważył ten, gdy znaleźli się w odpowiednim oddaleniu. — Zemści się.

— Nie sądzę. Pojął lekcję.

— Lekcję?

Harry rozejrzał się po korytarzu. Nikogo nie było na tyle blisko, aby usłyszał ich rozmowę.

— Zrozumiał, że nie jest tak dobry, jak dotąd uważał. Pokonałem go zaklęciami z pierwszej klasy, choć on użył całkiem potężnego zaklęcia wybuchającego. Nie wziął wcale pod uwagę, że mogę uskoczyć, tak był pewien wygranej. Nie jest przygotowany do prawdziwego pojedynki, a nie mam zamiaru być tym, który mu taki pokaże. I mam nadzieję, że nigdy do takiego nie stanie — dodał cicho z wyraźnym smutkiem.

— Ty stawałeś i wydaje mi się, że nie raz — stwierdził Severus, a gdy Harry ruszył nagle, dołączył do niego kontynuując: — Twoje ruchy są zbyt wyuczone. Działasz już instynktownie, jakbyś spędził większość swojego życia na walce.

— Czasami nie mamy wyboru, tylko przetrwać.

Głos Harry'ego był zabarwiony niesamowitą nostalgią. Zatrzymał się nagle przy schodach i patrzył na uczniów piętro niżej.

Syriusz przekomarzał się z Remusem, gdy Lily cicho rozmawiała z Jamesem, stojąc pod ścianą i zaplatając raczej nieświadomie kosmyki włosów na palcu.

Harry cicho westchnął i wybrał inną drogę, prowadzącą do lochów. Jakoś nie potrafił się przemóc, by stanąć na drodze swoich rodziców. Wolał ich unikać. To było bezpieczniejsze dla nich wszystkich.

— Boisz się ich? — zapytał Snape, nadal za nim podążając.

— To tylko Huncwoci — rzucił niedbale, odpowiadając. — To dzieciaki, które wkrótce ukończą szkołę i wkroczą w prawdziwe życie.

— Mówisz jakbyś miał z pięćdziesiątkę na karku, a nie siedemnastkę.

Chłopak wzruszył tylko ramionami. Czuł się strasznie wyczerpany emocjonalnie. Pragnął się położyć i odpocząć.

— Panie Doe?

Burknął prawie niesłyszalnie pod nosem i odwrócił się do Dumbledore'a, który pojawił się niespodziewanie przed nimi.

— Tak, dyrektorze?

— Chciałbym z panem chwilę porozmawiać.

— Oczywiście. Idź beze mnie, Severusie.

Rozmowa z Albusem zajęła mi prawie dwie godziny. On mówił raczej niewiele, unikając odpowiedzi na pytania związane choćby minimalnie z przyszłością. Nie żeby Albus zadawał je specjalnie, po prostu czasem mu się wymykały.

Dyrektor zgodził się jednak z nim, że użycie Obliviate na Severusie, gdyby odkrył prawdę o Harrym, było dobrym wyjściem.

— Czy Severus jest tak bardzo ważny w twojej przyszłości?

— Bez niego przegramy.

— Masz jakiś plan, chłopcze? — zapytał w pewnej chwili starszy czarodziej, gdy po wcześniejszej odpowiedzi zapadła dłuższa cisza.

— Nie bardzo. Nawet nie wiem od czego zacząć, by znaleźć odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Nie znam sposobu, w jaki się tu znalazłem, choć mam podejrzenia, że musiały nastąpić podobne zdarzenia w tym samym czasie, żeby w jakiś sposób przeniesienie zadziałało. Nie znam żadnej metody, aby ponownie skorygować jakieś wydarzenia z tego czasu z tym z przyszłości.

— Musiałbyś znać przyszłość w swojej teraźniejszości. A raczej ich nie znasz? — zapytał retorycznie.

Harry westchnął i zaczął krążyć po gabinecie Albusa. Fawkes patrzył na niego oschle i bardzo nieufnie.

— Rozumiem cię doskonale, Fawkes. Powinienem teraz przygotowywać się do kolejnej potyczki z Tomem w tamtych czasach, a nie… Nieważne. — Odetchnął głęboko, wyrzucając pewne myśli z umysłu. Nie miał na nie teraz czasu.

— Czy dzisiejszy pojedynek z panem Blackiem ma jakiś cel? Dostrzegam w tobie jakąś antypatię do tego chłopca. Czy zrobił ci coś w przyszłości?

— Zrobi coś, co zmieni los wojny i przesunie szalę ku jasnej stronie. Tylko to się liczy. Pojedynek miał mu tylko coś uświadomić, nie odgrywa żadnej roli w przyszłości.

Tak przynajmniej sądził.

Pożegnał się po chwili, gdy Albus po kilku przestrogach co do Toma, pozwolił mu odejść. Nawet Dumbledore nie mógł nic zrobić z mrocznym znakiem na jego przedramieniu.

Nieuchronność nagłego wezwania ciążyła Harry'emu niczym ogromna, stalowa kula przykuta do niego, niczym więźniom w starych filmach.

Wrócił do pokoju wspólnego Slytherinu. Cisza, która w tej samej chwili zapadła, była zabawnie wymowna. Black stał przy kominku z ramieniem opartym na jego gzymsie.

— Twoja sypialnia znajduje się teraz obok mojej, Harry.

Doe zatrzymał się w pół kroku. Użycie jego imienia w tak sugestywny sposób było jednoznaczne.

— Nie interesują mnie tutejsze hierarchie, Black. — Zignorował drugie dno tej propozycji. — Zostanę z Severusem. Chyba, że i oto muszę przetrzepać ci gnaty, niczym małemu dziecku. Mówiłem ci, że nie mam ochoty na takie gierki. Bawcie się w tej piaskownicy sami. — Odwrócił się i chciał iść dalej, gdy ktoś przytrzymał go za ramię.

Osobnik ten natychmiast odskoczył z sykiem, trzymając się za dłoń, na której zaczęły pojawiać się bąble. Niewerbalne zaklęcie ognia w tarczy ochronnej było przydatne do odpędzania natrętów, jak zwykle mawiał Snape.

— Nie przepadam, gdy ktoś mnie dotyka, zachodząc od tyłu — rzucił.

— Doe!

Black chyba jednak nie do końca pojął lekcję. Harry ujął różdżkę, ale na razie jej nie uniósł. Spojrzał lodowato na Regulusa.

— To nie był rozkaz. Proponuję ci lepszą sypialnię.

— Nie możesz zaproponować już nic lepszego niż to, co mam.

W tej samej chwili dostrzegł Severusa, stojącego w wejściu do dormitorium. I w jego dłoni widział różdżkę. Czyżby chciał go bronić? A może Regulusa przed Harrym?

— Gdybyś jednak zmienił… — Wzrok Pottera spowodował, że zamilkł.

— Dziękuję, że w końcu uszanowałeś moją decyzję.

Wznowił swój powrót do sypialni. Snape już w niej czekał, wystukując jakiś szybki rytm na blacie biurka.

— Nie mów tylko, że się o mnie martwiłeś, Severusie?

Dziwny dreszcz przebiegł po plecach Pottera. Późniejszy Severus przenigdy by się do czegoś takiego nie przyznał.

— Oczywiście, że nie. Pilnowałem cię, żebyś czegoś nie palnął głupiego. Chyba nie chcesz spalić się jako Niewymowny? — szepnął na koniec, choć sypialnia już miała aktywne zaklęcie wyciszające.

Oczekiwania Harry'ego huknęły o podłogę. Severus nigdy się nie zmieni. Opadł na łóżko, zrzucając buty i naciągając się ostrożnie. Ostatnie niedogodności mijały i czuł się w miarę dobrze, poza pewną dozą zmęczenia.

— Na jutro jest do oddania esej z eliksirów — przypomniał Snape. — Punkty karne, jeśli nie oddasz czegokolwiek.

Harry przewrócił oczami i uniósł się na łokciach. Gdyby była tu Hermiona uprosiłby ja o notatki. Westchnął cierpiętniczo i usiadł. Wyjął z porzuconej torby książkę i pergamin z zapisanym zadaniem. Czuł na sobie przez cały czas, gdy przygotowywał wypracowanie, wzrok Severusa.

— Jak myślisz, Scabior i Yaxley są już po stronie Czarnego Pana? — zapytał nagle.

Potter szybko próbował sobie przypomnieć, którzy to aktualnie Ślizgoni i co o nich wiedział w przyszłości.

— Mogę nie odpowiadać na to pytanie? — odparł po chwili wymijająco.

— To pytanie tylko utwierdza nie w przeświadczeniu, że są.

— Nie sądzę, by zbyt szybko zostali zwolennikami. To płotki. Zbyt słabi magicznie, aby przydali się Tomowi do czegoś więcej niż pomniejszej, brudnej roboty.

— Kogo jeszcze podejrzewasz?

— Severusie… — Rzucił mu wymowne spojrzenie, chcąc ukrócić ten temat.

— Dlaczego jestem na tej samej liście? Co przeświadcza cię w przekonaniu, że podejrzewasz mnie o zainteresowanie ideami Czarnego Pana?

— Jest tego całkiem dużo, Severusie. Nie chcesz ich usłyszeć. — Nawet jeśli Snape kiedyś sam mu się do tego przyznał, musiał do tego dojść sam.

— Chciałbym jednak poznać…

— Nie — rzucił krótko i wrócił do pisania zadanego tematu.

— Nie możesz mnie ignorować. Mam prawo wiedzieć.

— Ale się staram. I nie, nie masz prawa. To moje spostrzeżenia i nikt poza mną ich nie pozna dopóki się nie potwierdzą. Tom zna mnóstwo sposobów, by przekonać każdego na swoją stronę. Nie myśl, że potrafiłbyś mu się oprzeć. On poznaje swoje ofiary bardzo dokładnie. Każdą wadę, atut, wszystko, co może mu pomóc w przeciągnięciu na jego stronę.

— Mnie nie…

— Każdego, Severusie. Potęgą, obietnicami, złotem, zastraszeniem, torturami. Każdego — podkreślił dobitnie.

— A ciebie jak zwerbował?

Harry patrzył na niego bez żadnych uczuć na twarzy tak długo, aż ten sam dał za wygraną.

Przynajmniej w tym jednym miał teraz przewagę. Po godzinie skończył esej i po osuszeniu atramentu, wrzucił go do torby. Powinien iść na kolację, ale nie czuł głodu. Podejrzewał, że to wina ilości eliksirów, jak i możliwość szybszego położenia się spać.

Gdy Snape wyszedł na posiłek, nie fatygował się nawet kąpielą, odkładając ją na poranek, tylko zawinął się w koc i zasnął.

OOO

Severus szybko przemierzał korytarze w lochach w stronę Wielkiej Sali. Chciał jak najszybciej wrócić do tego nowego ucznia. Irytowała go strasznie niewiedza na jego temat, bo tak naprawdę nic o nim nadal nie wiedział. Co z tego, że ujawnił mu się jako Niewymowny? Czy aby na pewno? Jak niby mógłby to udowodnić? Niewymowni byli chronieni i nie dało się tak łatwo potwierdzić, czy faktycznie nim jest. Poza tym, kto zainteresowałby się pytaniami Snape'a? Przecież był tylko uczniem, bez żadnych ważnych koneksji.

Nadal jednak nurtowało go mnóstwo pytań i nie wiedział, jak uzyskać na nie odpowiedzi. Dzisiejszy pojedynek tylko zwiększył ich liczbę. Czuł wokół Harry'ego bardzo potężną magię, a on jednak pokonał Blacka zaklęciami wręcz z elementarza małego czarodzieja.

— Snape!

Tuż przed nim pojawił się Yaxley. W skrócie Severus mógłby uznać go za sobowtóra Malfoya, tyle że ten blondyn był mniej uzdolniony dyplomatycznie, by ukryć odpowiednio swoje poglądy. Nawet jeśli Doe nie chciał potwierdzić jego podejrzeń, był wręcz pewien, że gdyby podwinął rękaw koszuli tamtego, znalazłby symbol Czarnego Pana na tej bladej skórze.

Spojrzał pytająco na zagradzającego mu drogę chłopaka. Yaxley nie był ani wysoki, ani muskularny. Idealnie nadawałby się na szukającego w tej niewielkiej posturze. Ale pomimo tego, że sięgał Snape'owi jedynie do ramienia, należało się z nim liczyć. Wielokrotnie dotarły do Severusa plotki o „wypadkach" uczniów, którzy mu podpadli. Przypuszczał, że dlatego Regulus trzymał go u swego boku.

— Utemperuj tego swojego chłoptasia, Snape. Nie podoba mi się jego zachowanie.

— Sam mu to powtórz. Nie jestem sową, Yaxley. Swoje zazdrości rozwiązuj osobiście, skoro Black woli interesować się Doe, a nie tobą. — Bardzo dobrze, wiedział, że trafił w sam środek.

Yaxley miał niestety pecha. Regulus nie lubił blondynów. Tolerował Yaxleya tylko z powodu jego sposobów załatwiania problemów. Tak samo jak Scabiora, czy Dołohowa. Byli użyteczni. Był podobny do Malfoya, który otaczał się tylko tymi, z których mógł wyciągnąć jak najwięcej dla siebie.

Yaxley nadal nie zszedł mu z drogi. Severus uważnie obserwował różdżkę, którą niby od niechcenia przesuwał w palcach drugi Ślizgon.

— Wielka szkoda, że nie widziałeś jak łatwo ugiął się przed kimś dużo potężniejszym od siebie — rzucił nagle i przez kark Snape'a przebiegły ciarki.

Rozmówca wyczuł, że wzbudził cień zainteresowania. Uśmiechnął się szelmowsko i kontynuował:

— Już jedno słabe zaklęcie rzuciło go pięknie na kolana. A jak ślicznie krzyczał…

Nie dokończył. Krtań została brutalnie ściśnięta, gdy został przygwożdżony do ściany.

— Kto to zrobił? — warknął Snape. — Kto rzucił na niego Crucio?

Jego wzrok w tej chwili przerażał, a magia wokół dziwnie niepokojąco zgęstniała i Yaxley nagle pojął, dlaczego Czarny Pan tak bardzo chciał mieć po swojej stronie Snape'a.

— Nie każ mi się powtarzać, Yaxley.

— Pan.

— A drugi raz? — Ścisnął mocniej.

— Też — wycharczał, gdy zaczęło brakować mu powietrza.

Osunął się po ścianie, krztusząc się, gdy został uwolniony. Zanim się otrząsnął, Severus już znikał za zakrętem korytarza.

Czyli Doe brał udział w zgromadzeniu, czy jak tam nazywano spotkania zwolenników Czarnego Pana. Czym zasłużył na podwójne zaklęcie torturujące, Severus nawet nie chciał się domyślać.

Wściekłość Ślizgona była na granicy wybuchu. Choć zwykle nie ukazywał swoich uczuć, dziś były one doskonale widoczne, gdy szybkim krokiem zmierzał w stronę Wielkiej Sali.

— Severusie?

Zatrzymał się, gdy Lily złapała go za ramię.

— Coś się stało? Wydajesz się być zdenerwowany? Czy to znowu Huncwoci? Myślałam, ze dali ci już…

— To nie oni. Wybacz, ale oni nie są pępkiem świata i życie ludzi nie toczy się tylko i wyłącznie wokół nich — burknął ostro.

— Severusie Snape! — zgromiła go. — Nie jestem twoim wrogiem.

Odetchnął głęboko, opanowując nerwy.

— Nie, nie jesteś. Przepraszam. To się więcej nie powtórzy.

— Severusie, nie jestem też nauczycielką.

— Nie, nie jesteś. Nie nadajesz się — rzucił sarkastycznie, ale już bez wcześniejszej wrogości.

Lily zaśmiała się i popchnęła go w stronę wejścia do sali.

— To co cię ugryzło, że masz ochotę spopielić pół, o ile nie całego, Hogwartu?

— Taki jeden blond idiota. Nie ma o czym rozmawiać. — Spróbował ją zignorować i skierował się do własnego stołu.

— Wiem, że to nieprawda, ale nie będę nalegać. Smacznego i spokojnej nocy.

Odeszła w stronę Gryfonów i nie pozostało mu nic innego, jak usiąść przy własnym stole i coś zjeść. Tyle, że ta czynność nie pomogła mu w żaden sposób zapomnieć o Doe. Z jednej strony widział go jako kogoś, kto przeciwstawił się Blackowi bez większych problemów. Z innej Yaxley uświadomił go, że nie jest silny. Czarny Pan pokonał go i zranił.

Tylko czego oczekiwał po Harrym? Przecież nie mógł przeciwstawić się Czarnemu Panu tak samo jak Blackowi. To diametralnie różne poziomy.

A jednak miał dziwne przeświadczenie, że i tu się myli. Że Harry mógłby dokonać czegoś tak niesamowicie nieprawdopodobnego jak unicestwienie mrocznego czarodzieja tego wieku.

Skąd mu się to przekonanie brało, Severus nie wiedział. Uspokajało go jednak w jakiś sposób.

Dzięki temu zjadł kolację, zaprzestając mordować każdego, kto się nawinął. Wrócił zaraz po posiłku do dormitorium.

Harry już spał.

OOO

Kolejne kilka dni minęło tak spokojnie, że Harry stał się nerwowy. Wyczuwał, że to tylko oczekiwanie nieuchronnego. Jakby gilotyna z francuskiej rewolucji czekała, żeby opaść i oddzielić jego głowę od karku.

Severus doskonale to zauważał. Nie bardzo wiedział, jak pomóc Doe, ale podejrzewał, że żadne jego zachowanie nie przyniosłoby pozytywnych efektów. Nie był dobry w pocieszaniu, ani w podtrzymywaniu na duchu. Domyślał się, że Harry obawia się kolejnej wizyty u Czarnego Pana. Wcale mu się nie dziwił. Po tym, co widział dzień wcześniej w gazecie, też by się obawiał.

Czarny Pan zrównał z ziemią wioskę mugoli i sympatyzującymi z nimi czarodziejami. Na zdjęciu aurorzy krążyli wśród szczątków, które w ledwością można jeszcze było nazwać ludzkimi.

Dostrzegł ten moment, kiedy Harry zatoczył się na ścianę, łapiąc się za ramię i prawie natychmiast wyprostował. Byli w holu sami, jako jedni z pierwszych wyszli z kolacji.

Doe tylko spojrzał na niego i zbladł. Następnie odwrócił się na pięcie i ruszył ku wyjściu.

— Bądź ostrożny! — zawołał za nim cicho i Harry zatrzymał się w miejscu, odwracając zszokowany.

Na jego policzkach wykwitł rumieniec i uśmiechnął się ostrożnie.

— Będę. Obiecuję, Severusie.

Drzwi bezgłośnie zamknęły się za nim, gdy opuścił Hogwart w mrok wieczoru.

Harry, jeszcze zanim dotarł do punktu antyaportacyjnego, transmutował sobie strój śmierciożercy. Zaraz potem zmienił zdanie.

Dlaczego miałby dostosowywać się do Toma? Nie był jego niewolnikiem, nawet jeśli go oznaczył. Kolejny sygnał był dużo bardziej boleśniejszy niż wcześniejszy. Czekanie nie było mocna stroną Riddle'a. I nie ważne ile miał lat.

Potter uśmiechnął się sam do siebie, pojmując nagle, że to jego dziwny sposób odreagowania strachu.

Severus z przyszłości nazwałby to jakimś rodzajem debilizmu. Buńczuczność to nie przysłona na strach. Jakby słyszał te słowa w głowie, gdy pojawił się znów w tym samym ogrodzie. Po jego prawej stali już śmierciożercy w białych maskach i czarnych płaszczach. Jego szkolna szata wyróżniała się intensywnie.

Dostrzegł wśród nich Regulusa i blondyna, którego kojarzył ze starszym Yaxleyem, ale nie był pewien, czy to na pewno on. Czuł spojrzenia wszystkich, a nawet zauważył w dłoniach kilku różdżki. Ci, którzy je ujęli, zostali powstrzymani przez innych.

Rozkaz Voldemorta, jak widać, obowiązywał.

Nikt nie ruszył się z miejsca, jakby czekali co zrobi.

Nie miał wyboru, nie mógł zawrócić, dopóki Tom nie zdejmie pola ochronnego.

Ruszył do dworu. Drzwi stały szeroko otwarte, a słabe światło dobiegało, tak jak poprzednio, z sali balowej.

Harry nagle zaczął się zastanawiać, czy zniszczenie horkruksów teraz mocno zmieniłoby historię, czy jednak nie. Szybko zrezygnował z tego pomysłu. Były zbyt kluczowymi elementami jego przyszłości, żeby ingerować.

Sala balowa była pusta, gdy do niej wkroczył. Paliły się w niej lampy, zasłony powiewały resztkami materiału na uszkodzonych oknach.

Śmierciożercy weszli zaraz za nim i stanęli za plecami Harry'ego w szeregu, odcinając od wyjścia.

Dziwny strach, rodzaj zaniepokojenia, opanowało jego ciało. Podejrzenie kolejnej pułapki.

A potem trzasnęły drzwi i Tom uśmiechnął się do zebranych, gdy zwrócili się jego stronę i klęknęli, składając pokłon.

— Chciałbym wiedzieć — zaczął mówić, przechadzając się wzdłuż linii, jaką utworzyli — dlaczego moje wyraźne polecenie nie jest respektowane? Czy mam winić za to Mulcibera, że nie dostarczył mojego rozkazu do wszystkich?

Jeden ze śmierciożerców wolno wysunął się do przodu, nie wstając jednak z kolan. Tom minął go, nie zwracając na niego uwagi.

— A może rodziców, których potomkowie nie słuchają?

Kilku kolejnych zwolenników poszło w ślad Mulcibera.

Voldemort minął i ich, a ponieważ linia klęczących się skończyła, przeszedł na drugą stronę, będąc teraz naprzeciw Harry'ego i kontynuował:

— Nakazałem wystarczająco wyraźnie, że Harry Doe jest nietykalny.

Potter już domyślił się czego będzie dotyczyło to zebranie.

— Regulusie, wystąp. — Głos Toma stał się lodowaty.

Młody Ślizgon wstał i wystąpił, choć niezbyt pewnie. Gdzieś uleciała cała jego szkolna odwaga, gdy klękał przed Czarnym Panem.

Harry ostrożnie zbliżył się. Nie wiedział co mógłby zrobić, gdyby Tom chciał zabić Regulusa, ale musiał to powstrzymać, To naruszało jego czas.

— Wytłumacz się, dlaczego ośmieliłeś się złamać mój rozkaż? Czy moje polecenia nie są dla ciebie ważne? Czy masz zamiar ignorować je dla własnych potrzeb, nie bacząc na katastrofy, które możesz spowodować?

— Mój Panie, ja…

Crucio!

Harry tylko na to czekał. Jego tarcza odbiła zaklęcie, które roztrzaskało się migotliwym światłem na podłodze u stóp Voldemorta.

— Nie pamiętam, abym prosił o twoją ingerencję w moje prywatne porachunki, Tom. Już dawno rozliczyłem się z Blackiem i twoja kara jest niesprawiedliwa.

Już widział jak różdżka Voldemorta kieruje się w jego stronę. A potem mężczyzna wybuchł śmiechem, od którego po plecach nie tylko Harry'ego, jak podejrzewał, przeszły ciarki.

— Jesteś bardzo zabawny, Harry Doe. Sprawiedliwy? Oczekujesz ode mnie sprawiedliwości? Właśnie zdradziłeś swój słaby punkt. Drętwota!

Harry zamarł w bezruchu, otoczony zaklęciem, gdy kolejny czar został skierowany już w stronę Blacka.

Jego krzyk bólu odbijał się przez kilka minut, dopóki nie stracił przytomności. Wtedy też, blokujący ruchy Potttera, czar został zdjęty, ale różdżka nadal wskazywała na niego.

— Żebyś zapamiętał, że nikt nie ma prawa mi się przeciwstawiać, Harry Doe. Nie jesteś wyjątkiem.

Gdy ponownie się ocknął, był w Zakazanym Lesie, podpierany przez Regulusa, który właśnie sadzał go pod drzewem.

— Jesteś idiotą, Doe — mruknął Black, tuląc się, gdy widoczne drgawki dawały mu się we znaki.

— Bardzo dziękuję. Nie pierwszy mi to mówisz. Zaczyna to do mnie docierać — szepnął ostrożnie, nie bardzo ufając swojemu głosowi.

Jego gardło przypominało papier ścierny od dłuższego krzyku.

— Co teraz? Wyglądasz okropnie, a nie sądzę, byś mógł prosić o pomoc Pomfrey. Wyszłoby na jaw kim jesteś.

Harry próbował się skupić pomiędzy drgawkami pocrucistusowymi. Ból nie ustępował, co było skutkiem ilości przyjętych zaklęć torturujących.

— Severus mnie zabije — mruknął.

— On wie? — Zszokowana twarz chłopaka była wręcz zabawna.

— Nie sądzisz, że Severus jest na tyle inteligentny, by dojść do tego bardzo szybko? Nie doceniacie go, bo nie jest czystokrwisty.

— Insynuujesz, że jestem…

— Sam sobie to insynuujesz. Teraz mógłbyś skorzystać z tej swojej inteligencji i mnie zostawić w spokoju. Gdybyś zapomniał, to przez ciebie mi się dostało.

— Nie zostawię cię tutaj samego w środku nocy.

— Idź. Poradzę sobie! — warknął, ale bez wyraźnego gniewu. Nie miał na to tyle siły.

— Panie Black, proszę posłuchać kolegi.

Regulus zesztywniał.

— Dyrektorze, ja…

— Proszę wrócić do swego dormitorium. Przyślę skrzata z odpowiednim eliksirem na efekty dzisiejszego wyjścia. Jutro porozmawiam z profesorem Slughornem o waszej karze za opuszczenie zamku podczas ciszy nocnej. Moglibyście w końcu przestać wpadać na tak nierozsądne pomysły, chłopcy.

Doe odetchnął. Miał nadzieję, że podstęp Albusa się uda i Regulus przyjmie tę wersję, iż dyrektor myśli o ich wyjściu podczas ciszy nocnej.

— Ale Harry… — zaczął Regulus, w efekcie czego Doe uniósł brwi ze zdziwienia.

Ślizgon znów użył jego imienia, stosując ten troskliwy ton.

— Zajmę się nim. Proszę wracać do łóżka, albo i pana zabiorę do pani Pomfrey na oględziny

Regulus natychmiast się ewakuował.

— Mój chłopcze…

— Proszę, nie — jęknął Harry. — Teraz nie mam na to ani siły, ani ochoty.

Dumbledore przelewitował go na wyczarowane nosze i ruszył w stronę zamku.

Poppy nie odezwała się nawet słowem, podając kolejne eliksiry. Harry zasnął, myśląc tylko, co usłyszy rano od Severusa za swój stan. Miał nadzieję, że takie poranki nie wejdą mu w nawyk.