O Boże, Stiles zgubił kluczyki do auta! Cholera, miał być u Lidii, tak jakby, już, zaraz i dziesięć minut temu! Co za farsa! Wyrzucił już wszystko z kieszenie bluzy i z plecaka, przerzucił nawet zawartość szuflad i wciąż nie mógł znaleźć kluczyków!
Lidia odstrzeli go za to, że spóźniał się! Nie chciał żeby myślała, że przestał lubić ją, bo wybrała umawiać się z Aidanem i zapomniała o tym gorącym pocałunku w szatni. Stiles nie wiedział co myśleć, co robić, więc zrobił to w czym był najlepszy: zbył wszystko paplaniną i żartami. Dalej kochał Lidię, ale ta wyraźnie kochała innego. Może leciała na wilkołaki? Może była grupie?!
Gdzie te cholerne kluczyki?! Stiles dopadł do komody i zaczął wyrzucać z niej ubrania. Gdzież mógł upchnąć kluczyki?!
Zadzwoniła jego komórka. Stiles rozejrzał się po pokoju za urządzeniem, ale panował taki bałagan że mogła być dosłownie wszędzie. To na pewno Lidia dzwoniła, aby opieprzyć go za spóźnianie się i jeśli był na nią zły za umawianie się z Aidanem to powinien powiedzieć jej to w twarz a nie być pasywnie–agresywny. Stiles sądził że to ona miała większe problemy z ich pocałunkiem niż on.
Cholera, powinien zapanować nad tokiem myśli. Jedna czynność naraz.
Komórka. Musi znaleźć komórkę. Miał nadzieje że Kate Parry nagle nie zamilknie.
Komórka leżała pod łóżkiem. Okej, jedno załatwione. To dzwonił Marudołak.
– Czego? Śpieszę się. – warknął do słuchawki Stiles zaczynając przekopywać na nowo pokój. Gdzie te kluczyki?
/Stiles? To ty?/ wykrztusił Derek jakby z trudem łapał oddech. Stiles wyrzucił zawartość torby sportowej na ziemię. Gdzie były te kluczyki?!
– Tak, co jest? Czemu brzmisz jakbyś był pijany? Czy zadzwoniłeś do mnie po pijaku? – zaśmiał się Stiles, bo totalnie nie wiedział że wilkołaki mogą się upić. To musiał być komiczny widok.
Gdzie te pieprzone kluczyki?!
Stiles zszedł na dół. Może rzucił je w kuchni?
/Musisz po mnie przyjechać. Musisz mnie zawieźć do Deatona./ jęknął słabo Derek i musiał być bardzo nawalony. Stiles sądził że Derek dramatyzuje. Nie musi być wieziony do druida z kacem. Musiał tylko zacisnąć zęby i znieść to jak każda osoba na Ziemi.
– Nie, zadzwoń po kogoś innego. – odpowiedział Stiles. Nie żeby ktokolwiek po niego przyjechał. Wszyscy siedzieli u Lidii i nikt nie oleje domowej roboty pizzy i filmów, żeby towarzyszyć pijanemu marudołakowi. Stiles i tak był spóźniony do Lidii, która będzie na niego wściekła za to. Totalnie nie chciał jej zawieść i totalnie ją zawodził.
W końcu znalazł kluczyki na kanapie w salonie! O szczęśliwy dniu!
/Stiles, odpalaj auto i przyjedź po mnie! To nie prośba!/ niemalże szczeknął Derek i brzmiało to naprawdę komicznie. Stiles miał lepsze rzeczy do roboty ze swoim sobotnim wieczorem niż zapewnianie Hale'a że kac to jeszcze nie śmierć.
– Nie sądzę żebyś w pozycji, aby wyszczekiwać rozkazy. – odpowiedział groźnie Stiles. Był już zły, bo nie miał czasu na te bezproduktywne konwersacje i musiał być u Lidii półgodziny temu. Nie daj Boże Scott wybierze jakiś film, zanim Stiles będzie w stanie go powstrzymać. Był jeszcze Danny – w nim cała nadzieja!
Derek rozłączył się i szczerze powiedziawszy Stiles poczuł się przez chwilę dotknięty. Nie żeby powiedział że to niepodobne do Hale'a. Okej, marudołak zdał sobie sprawę z tego że musi dzisiaj poradzić sobie sam. Tym lepiej dla tych którzy mieli plany na wieczór, jak Stiles który totalnie będzie musiał wkupić się sześciopakiem w łaski gospodyni.
Stiles siedział w aucie i nie mógł odepchnąć myśli, że zapomniał o czymś ważnym. Będzie musiał z tym żyć, bo Lidia!
No jasny gwint, pełnia! Stiles krzyknął uderzając w kierownice. Będzie musiał jechać po marudołaka, bo ten pewnie poczuł pełnie i oszaleje, i jeszcze kogoś zje! Derek zazwyczaj trzymał się świetnie, był cholernym Miyagim wilkołaków. Stiles nie mógł jednak odepchnąć myśli że działo się coś złego i musi pomóc Haleowi.
– Oby to było coś ważnego, bo zabiję Cię za fałszywy alarm. – warknął Stiles do siebie. Nie mógł uwierzyć, że olewał pizzę i filmy z przyjaciółmi żeby ratować Dereka Hale'a. Och, miał nadzieję że Karma odda mu za to z nadwyżką.
Podjechał pod wilczą jamę Hale'a i wysiadł z auta. Drzwi do budynku były otwarte. Stiles wszedł do środka i na górę, żeby sprawdzić mieszkanie. Miał nadzieję, że Derek nie szalał po ulicach Beacon, bo Stiles będzie musiał dzwonić po posiłki, aby schwytać go.
Stiles otworzył sobie ciężki drzwi i zajrzał niepewnie do środka, niepewny czy Derek nie wyskoczy z ciemnego kąta i nie ukręci mu głowy.
– Derek? Jesteś tu? – krzyknął w powietrze Stiles. Gdy nie dostał odpowiedzi, wszedł pewniej do środka. – Derek, obyś był martwy, albo umierający, bo inaczej wepchnę Ci w gardło tojad!
Mieszkanie było puste. Stiles rozejrzał się jeszcze po piętrze, żeby upewnić się, że Hale nie schował się gdzieś.
– Jesteś tak martwy, Derek. – westchnął Stiles schodząc po krętych schodach. Miał ochotę uśmiercić marudołaka w jakiś okrutny sposób. Totalnie powinien to zrobić.
Nagle Derek wtoczył się do mieszkania. Stiles patrzył na niego oczekując jakiś wyjaśnień, ale Hale przeszedł zygzakiem w stronę łóżka. Potknął się o stopień i padł twarzą na posłanie; i to było komiczne.
– Stiles? Idź do domu. – warknął Derek w posłanie. Odwrócił głowę na bok i łypnął błękitnym okiem na nastolatka.
– Teraz jak już przyjechałem to odwidzę Cię do Deatona. – odpowiedział Stiles podchodząc bliżej łóżka.
– Nie muszę jechać do niego. – powiedział Derek chowając twarz w pościel.
– Derek, jest pełnia. Lepiej odwiozę Cię do Deatona zanim zjesz kogoś. – westchnął Stiles łapiąc Hela za ramię i próbując podnieść go. Szarpnął za ramię marudołaka, ale przeliczył swoje siły i upadł na pościel obok niego. Stiles zaśmiał się głośno z siebie. Derek obrócił nieznacznie głowę na bok i uśmiechnął się jak prawdziwy przerażacz.
Stiles podniósł się na ramionach. Derek wykonał podobny ruch z miną zadowolonego drapieżnika.
– Idziemy do Deatona. Wstawaj. – odpowiedział Stiles i wstał. Pomógł Derekowi ustać w pionie. Tego głowa opadła w stronę Stilesa. Ten czuł dziwne wibrowanie w ciele Hale'a. Przez całą drogę na dół Derek nie mógł utrzymać równowagi i ciągle wpadał na Stilesa. Ten z trudem wpakował wilkołaka do auta.
– Derek, trzymasz się? Jesteś jeszcze ze mną? – zapytał Stiles szarpiąc Dereka za ramię. Wyglądał jakby tracił przytomność. Dziwne, dlaczego pełnia nie działała na niego tak jak na Corę i Boyda? Dlaczego nie był na krawędzi, a wręcz przeciwnie, wydawał się być rozluźniony i odprężony?
– Derek, w porządku? – zapytał Stiles widząc jak Hale obsuwa się niżej na siedzeniu z zadowoloną miną. Ten zamruczał, jakby mówiąc że wszystko było w porządku.
– Nie wyglądasz jakbyś chciał mnie zjeść. – kontynuował Stiles ze zdziwieniem. Derek znowu mruknął z satysfakcją a jego usta rozciągnęły się w wąskim uśmiechu.
– Czuję się już lepiej. – odpowiedział Derek nie otwierając oczu. Stiles złapał Hale'a za ramię i potrząsnął Derekiem, bo może ten tracił przytomność.
– Derek, spróbuj nie zasypać. – powiedział Stiles z troską. Bóg wie co dzieje się z Derekiem, może zaśnie i zgłupieje, zaatakuje Stilesa, a ten jako człowiek nie miał szans z wilkołakiem.
– Nic Ci nie zrobię. – odpowiedział Derek. – Czuję się lepiej.
– Nie wyglądasz dobrze. – odpowiedział Stiles. Patrzył jak marudołak żuje swoją dolną wargę nieco bezmyślnie.
– Czuję się świetnie. – westchnął Derek otwierając oczy i patrząc na Stilesa. Ten przysiągłby że widział jak źrenice Dereka rozszerzają się, pożerając zieleń tęczówek.
– Co dzieje się z tobą? Wyglądasz jak na haju. – warknął Stiles mocniej wciskając gaz. Musiał jak najszybciej dotrzeć do Deatona.
Po dziesięciu minutach Derek zaczął kręcić się na siedzeniu. Oddychał tak mocno że Stiles słyszał go ze swojego miejsca.
– Och, muszę wysiąść. – westchnął głęboko Derek zapierając się dłońmi o deskę rozdzielczą i drzwiczki, jakby przygotowywał się na zderzenie.
– Poczekaj, zaraz będziemy na miejscu. – powiedział Stiles, ale Hale zaczął szarpać za klamkę i wyskoczył z auta zanim się zatrzymało.
– Derek! Cholera, Derek, wracaj! – krzyknął Stiles przez otwarte drzwi pasażera, ale Hale szybko zniknął mu z pola widzenia. Nastolatek przeklął pod oddechem. Zatrzasnął drzwi pasażera i pojechał wzdłuż drogi. Próbował dojrzeć czy Derek biega gdzieś po lesie oszalały. Może pobiegł do domu? Choć przejęło go hrabstwo to był to dom dziecinny Dereka. Kierowany dziwnym instynktem mógł pobiec tam.
Stiles dotarł do zjazdu z drogi państwowej na gruntową. Derek wpadł mu na maskę auta i Stiles o mało nie dostał zawału serca. Krzyknął jak mała dziewczynka i zahamował gwałtownie.
– Jezu Chryste, Hale! – krzyknął Stiles i wysiadł z auta. Nie chciał zabić Dereka. Co ten zresztą robił, tak biegając po drodze, jak bezmyślna sarna? Derek uciekł w głąb lasu.
– Derek! – wrzasnął Stiles i pobiegł w głąb lasu starając się wypatrzyć wilkołaka w ciemnościach. Bez wytężonych zmysłów nie miał nadziei dojrzeć Dereka.
Och, dopiero zdał sobie sprawę, że choć on nie widzi Dereka to ten z pewnością widzi go. Jeśli zmieni zdanie i zdecyduje się zaatakować Stilesa i zjeść go? To możliwe.
Stiles wyjął telefon z kieszeni żeby zadzwonić do Scotta, kogokolwiek. Pobiegł w stronę auta. Wszystko wyglądało tak samo. Stiles rozejrzał się po okolicy, ale wszystko wyglądało tak samo.
– Derek, musisz uspokoić się. – krzyknął Stiles. Czuł na sobie wzrok drapieżnika. Zaczął biec w którymś kierunku. Musiał tylko ruszyć się z miejsca. Chciał dostać się do auta i odjechać. Nic nie obchodziło go czy Hale kogoś zje, ważne żeby nie zjadł Stilesa.
Stiles nie widział swojego auta. Nie poznawał okolicy i nie widział drogi. Zgubił się w lesie z szalonym wilkołakiem dyszącym mu w kark.
– Derek! Derek, błagam, uspokój się! To ja. Stiles. – jęknął Stiles słysząc wycie blisko i był pewien że to Hale. Chłopak zawsze wmawiał sobie, że nie boi się dużego złego wilka, ale bał się. Bał się kłów i pazurów, i wściekłych oczu.
Stiles czytał gdzieś że nie powinno uciekać się przed wilkiem, bo wzbudzało to w zwierzęciu pragnienie pogoni. Najlepiej utrzymywać kontakt wzrokowy i nie przedstawiać się jako ofiar. To jednak trudne gdy nie widzisz swojego przeciwnika. Wyciągnął z kieszeni telefon i od razu wykręcił numer Scotta. Och, potrzebował pomocy wilkołaków.
/Dodzwoniłeś się do Scotta. Zostaw wiadomość po usłyszeniu–/
Po chwili nastolatek stwierdził, że dość tego i musi zacząć uciekać. Nie było rady na wściekłego wilkołaka. Zacznie go gonić to trudno. Musiał dobiec do auta i modlić się, aby Derek nie dopadł go. Do tej pory Hale zdawał się cieszyć z zabawy w kotka i myszkę; patrzeć jak chłopak miota się ze strachu i desperacji.
Stiles chciał tylko uciec. Biegł co sił w nogach, ale cała okolica wyglądała tak samo. Słyszał wycie rozchodzące się echem po lesie. Prawie chciał upaść na kolana i ryczeć. Z tego co wiedział równie dobrze mógł biec prosto w stronę wilkołaka.
Ziemia nagle rozstąpiła się pod Stilesem i wpadł on w jej głąb. Krzyczał głośno całą drogę w dół i próbował złapać się jakiś korzeni. Upadł na ziemię z hukiem i okrzykiem bólu, bo spadł na bok i czuł że połamał sobie żebra. Zaczął płakać głośno próbując zaczerpnąć powietrza.
– Derek, błagam Cię, jestem ranny! – krzyknął Stiles tak głośno jak pozwalały mu obolałe płuca. Usłyszał szelest na górze i był pewien że to Derek przyszedł go zjeść. Hale zeskoczył na ziemię jak cholerny tarzan. Spojrzał na Stilesa niebieskimi oczami i wyszczerzył kły. Stiles podniósł się opierając o ścianę.
– Derek, opanuj się! – krzyknął Stiles z rozpaczą. Hale zbliżył się do niego krokiem drapieżnika. Złapał go pod brodę wbijając pazury w skórę.
– Powinienem dawno uciszyć Cię. – warknął Derek a Stiles słyszał warkot w jego piersi. O rany, nie wiedział że tak wkurzał Dereka. Powinien spodziewać się, że wszystkie groźby nie były czcze.
Derek pochylił się nad nim i chuchnął mu w ucho. Stiles krzyknął głośno i uciekł w głąb korytarza. Nie wiedział czy udało się mu odstraszyć Hale'a czy może ten wypuścił go, bo chciał uciekającej zwierzyny; Stiles miał nadzieje okazję tę wykorzystać w pełni.
Usłyszał w oddali ryk wściekłości i wiedział że Derek ruszył w pościg. Stiles wpadł w pierwszy pokój i zatrzasnął za sobą drzwi i zakręcił korbą ryglując je. Derek wpadł na nie całym ciężarem ciała. Walił w nie pięścią przez pewien czas a potem ucichł.
Stiles skulił się pod odległą ścianą i wyciągnął telefon. Zero zasięgu. Stiles zaczął kręcić się wzdłuż ściany, unosząc telefon nad głowę. Mamrotał do siebie: dalej, proszę, jeszcze trochę.
Myślał: nie umrę tu. Nie umrę TAK.
