betowała wrotka777


Nie myślał o Dereku przez kilka kolejnych dni. Doktor Deaton, co prawda wspominał o tym, że mężczyzna był w klinice, faktycznie zapłacił za leczenie psa, a nawet pomógł odnaleźć jej właścicieli, ale minęli się. Stiles w zasadzie przychodził tam po lekcjach, więc nic dziwnego.
Lydia nie mogła przestać mówić o balu maturalnym, który miał się, co prawda odbyć za kilka miesięcy, ale najwyraźniej oznaczało, to zakupy już teraz.

- Nie wiem, czy mam ochotę na niego iść – poinformował ją.

- Nie wygłupiaj się. Każdy musi iść na swój bal – ofuknęła go, gdy wychodzili ze szkoły.

- Nie mam teraz do tego głowy – wyjaśnił, bo cholera, ale fakty były takie, że naprawdę musiał ustalić priorytety.

Imprezy i bal były na dalekich pozycjach listy rzeczy, które musiał zrobić w tym roku.

- Dostałeś się do Stanford – przypomniała mu Lydia. – Dlaczego nie pozwolisz nam tego świętować? – spytała urażona.

- Nie dostałem się – warknął zirytowany. – Ile razy musimy o tym rozmawiać? Zauważyli mnie na olimpiadzie i owszem mam u nich dodatkowe punkty, ale to daleka droga do uzyskania faktycznego indeksu – powiedział, jak chyba setny raz.

- Wysłali ci list z zatwierdzonym stypendium na pierwszy rok. Nie powiesz mi chyba, że robią to dla każdego – zauważyła marszcząc brwi. – Cześć, tobie też – powiedziała niemal od razu, przystając i Stiles prawie potknął się, gdy zahaczył o jej torebkę.

- Lydia, na litość boską! – syknął, a potem rozejrzał się wokół, bo co, jak co Martin nigdy nie przystawała w połowie drogi na parking.

Zawsze twierdziła, że robią tak frajerzy, którzy nie mieli ładnych samochodów. Jeśli z nią chciał ktoś porozmawiać po wyjściu ze szkoły, oczywiście zatrzymywali się przy jej łososiowym audi.

- Malia złapała niezwykły okaz, powiedziałabym – dodała Lydia i Stiles zamarł, bo cholera, ale zaraz koło o rok od nich młodszej koleżanki stał Derek.

Oczywiście na jego nieszczęście mężczyzna zauważył go niemal natychmiast, teraz tylko nie miało, to już tak wielkiego znaczenia. Derek zapytał o coś Malię, ewidentnie wskazując głową na niego, a ta wzruszyła ramionami. Słowa takie jak 'wypadek', 'śmierć rodziców' rozpoznał z jej ust niemal natychmiast. Zmarszczka między brwiami mężczyzny pogłębiała się z każdą minutą i Stiles westchnął zmęczony.

- Okej, muszę odebrać Scotta, bo nauczycielka zacznie się martwić – powiedział, starając się popędzić Lydię, która nie tak znowuż subtelnie pożerała Dereka wzrokiem.

Nie był jakoś zaskoczony. Mężczyzna prezentował się świetnie z tymi swoimi szerokimi ramionami, w czarnej koszulce i skórzanej kurtce, którą naprawdę powinien porzucić, jeśli nie chciał zostać uznanym za mafioza.

Lydia w końcu ruszyła z miejsca, chociaż niechętnie.

- Stiles! – krzyknął, jednak znajomy głos, zatrzymując ich ponownie.

- Nie mówiłeś, że go znasz – syknęła Martin, ewidentnie zirytowana.

Stiles nie zdążył odpowiedzieć, bo Malia i Derek już stali obok nich.

- Cześć – zaczął ze sztucznym uśmiechem. – Chyba mamy szczęście na siebie wpadać… - dodał niepewnie.

Nie bardzo wiedział, po jaką cholerę, Derek faktycznie chciał z nim rozmawiać pod szkołą. Normalnie ludzie unikali go po tym, jak orientowali się, że nie jest studentem. Między nim a Derekiem było w zasadzie tylko pięć lat różnicy, ale to wciąż były całkiem różne etapy w życiu.

- Może przedstawisz mi swojego przyjaciela? – zaproponowała Lydia.

Stiles otworzył usta, ale w zasadzie nie bardzo wiedział, co powiedzieć.

- To mój kuzyn, Derek – z kłopotu wybawiła go Malia. – A, to Lydia, nasza królowa szkoły… Jak mniemam, nadal – zawahała się i Martin zmrużyła niebezpiecznie oczy.

Co prawda wciąż się uśmiechała, ale Stiles wiedział lepiej i instynktownie odsunął się o pół kroku.

- Macie ochotę wyskoczyć na pizzę? Jestem w mieście od niedawna i pomyślałem, że mógłbyś mi pomóc zaaklimatyzować się? – zaczął niepewnie Derek.

I, to było w zasadzie, nawet urocze.

- Muszę odebrać mojego brata, więc niestety… - zaczął Stiles i poczuł łokieć Lydii w żebrach.

- Ja odbiorę Scotta – poinformowała go Martin.

- I tak muszę być w klinice…

- Za dwie godziny – weszła mu w słowo. – Nie spóźnisz się. Jak długo można jeść pizzę, prawda? – spytała retorycznie Lydia.

Derek spoglądał, to na niego, to na Martin, a zmarszczka między jego brwiami pogłębiała się. Podrapał się po szczęce ewidentnie zdezorientowany.

- Jeśli dzisiaj nie masz czasu, to nie problem. Kiedy przyniosłem psa do kliniki nie sądziłem, że na ciebie trafię. Myślałem, że spotkamy się w barze, jak ostatnio – urwał mężczyzna. – Chciałem zapytać, czy znasz jakieś ciekawe miejsca, do których się teraz chodzi…

- A, jak długo nie było cię w Beacon Hills? Studiowałeś? Podróżowałeś? – Lydia zasypała go pytaniami, ale mężczyzna chyba nie miał jej tego za złe.

Derek wzruszył tylko ramionami.

- Kiedy skończyłem szkołę średnią wyjechałem do Europy. Nie chciałem studiować jak wszyscy, ale postanowiłem zrobić coś innego i teraz czuję się trochę wyjęty z życia, tutaj w Stanach – przyznał szczerze.

Malia prychnęła, jakby bawiło ją owijanie w bawełnę.

- Derek uczył się u florenckich architektów, w ich pracowniach… Jak, to nazwałeś? – spytała kuzynka Dereka.

- Byłem czeladnikiem – przyznał mężczyzna i na jego policzkach pojawił się lekki rumieniec.

- Hipsterem – dogryzła mu Malia. – Mój ojciec jest niesamowicie szczęśliwy, że wróciłeś, żeby pracować w rodzinnej firmie. Kiedy już mamy cię z powrotem w swoich rękach, nie wypuścimy cię tak szybko – obiecała mu dziewczyna i Derek przewrócił oczami.

Stiles bardzo szybko dodał dwa do dwóch. Peter Hale był właścicielem jednej z największych firm architektoniczno-budowlanych w tej części Kalifornii. Ich biuro projektowe było położone w głębi rezerwatu, żeby pracujący tam architekci nie byli ogłuszani dźwiękami miasta. Nawet tak niewielkiego jak Beacon Hills. Hale'owie posiadali prócz tego kilka innych budynków i najokazalszą posiadłość w mieście, która biła po głowie dom Lydii, o czym Malia czasami Martin przypominała.

Stiles, jednak doskonale pamiętał dochodzenie, które jego ojciec prowadził siedem lat temu. Rodzina Hale'ów była też jedną z największych w Beacon Hills, aż do pożaru, w którym zginęło dwanaście osób. Peter i Malia ocaleli, ponieważ Hale odwoził córkę na przedstawienie baletowe. Derek był na obozie lacrosse'a, ale jego rodzice i czwórka rodzeństwa nie miała tego szczęścia.

Śledztwo, które ciągnęło się ponad rok wykazało, że stara posiadłość rodowa została podpalona. Drzwi zabarykadowano, aby nikt nie mógł wydostać się na zewnątrz.
Stiles nie potrafił sobie wyobrazić tego, co Derek przeszedł i nagle nie dziwił się, że mężczyzna wyjechał na całe pięć lat z miasta.

- Florencja, imponujące – stwierdziła Lydia z czymś dziwnym w głosie. – Stiles dostał się na Stanford i nie chce pozwolić mi tego świętować – poskarżyła się nagle.

Stiles nie mógł nie jęknąć.

- Ile razy… - urwał. – Nie dostałem się! Jeszcze nie skończyłem szkoły! Muszę złożyć papiery wraz ze wszystkimi! – poinformował ją podniesionym głosem i niemal natychmiast tego pożałował, bo Derek patrzył na niego rozbawiony. – Jest upierdliwa – wyjaśnił. – Jest tak, cholernie, upierdliwa...

- Ale mnie kochasz, bo odbieram twojego brata z przedszkola – zauważyła niezrażona Lydia. – Żebyś mógł być dobrym Samarytaninem i oprowadzić naszego hipstera po mieście.

- Jeśli nie masz dzisiaj czasu, to naprawdę nie jest problem. Negocjuję kontrakt z Peterem, więc jeszcze nie mam normowanego czasu pracy – wtrącił Derek pospiesznie z miną, która jasno i klarownie mówiła, że nie chce sprawiać najmniejszego kłopotu.

Stiles nie bardzo wiedział, co o tym myśleć, bo cholera, ale mężczyzna nie zachowywał się przy nim sztucznie. Jakby jednocześnie starał się udawać, że wszystko w porządku, gdy ewidentnie tak nie było. Widywał, to wcześniej wśród innych klientów baru, którzy orientowali się, że alkohol sprzedaje im nieletni.

- Mam półtorej godziny, jeśli Lydia faktycznie odbierze Scotta z przedszkola – przyznał całkiem szczerze, nagle się poddając.

- Albo możemy odebrać go obaj i iść we trójkę na pizzę? – zaproponował Derek szybko.

Stiles zamrugał, bo to w zasadzie byłoby najlepsze wyjście z sytuacji. Zanim Scott zostanie dostarczony do pani Cavano i tak musiał zjeść obiad. W tym, jednak wypadku fast foody kategorycznie odpadały. Scottie uwielbiał pizzę, ale miał tylko pięć lat, nie wiedział jeszcze, co faktycznie dla niego dobre.

- Okej, ale pojedziemy do takiej niewielkiej restauracyjki niedaleko kina – rzucił jeszcze Stiles i Derek uśmiechnął się szeroko.

- U Eddy'ego jest wciąż otwarte? – spytał mile zaskoczony mężczyzna.

- Jeśli masz na myśli knajpkę z domowym jedzeniem, to tak – odparł.

- Prowadź zatem – rzucił jeszcze Derek, przepuszczając go przodem, idąc w stronę parkingu.

ooo

Derek miał bajeranckie auto. Oczywiście nie powinno to dziwić, ale Stiles nie mógł nie zerkać we wsteczne lusterko, gdy czarne camaro jechało przylepione do niego niczym cień. Jego własny, niebieski jeep musiał wyglądać śmiesznie i zaczynał żałować, że nie zabrał volvo Melissy, które wciąż stało w garażu. Przeważnie nie korzystał z jej samochodu, ale nigdy nie zdecydował się na sprzedaż, bo zdawał sobie sprawę, że jest o wiele bardziej rodzinne niż stara, wysłużona Betty, która groziła mu rozstaniem raz na tydzień.

Zaparkowali przed przedszkolem i Scott wybiegł z ogródka zanim opiekunka zdołała zareagować. Kobieta wyglądała na wyjątkowo niezadowoloną, ale nie pobiegła za nim, nie chcąc zapewne zostawiać innych dzieci samych. Plac zabaw był ogrodzony, ale nigdy nie było wiadomo, co dzieciaki wymodzą, gdy przez sekundę, nikt nie będzie na nie patrzył.

- Już go zabieram i przepraszam! – krzyknął Stiles do kobiety, która pomachała do niego – Scott, nie wybiegamy poza teren przedszkola, dopóki pani Kristin nie pozwoli – przypomniał bratu, który nie wyglądał na ani trochę skarconego. – Żebyś o tym pamiętał, dzisiaj nie dostaniesz deseru i upewnię się, żeby pani Cavano o tym wiedziała, kiedy cię do niej odwiozę – dodał.

Scott popatrzył na niego święcie oburzony, a potem na jego czole pojawił się podejrzliwy wyraz.

- Kto to? – spytał jego brat, a Stiles kątem oka zobaczył, że Derek stoi kilka kroków od nich, nie wiedząc zapewne czy powinien podejść.

- Mój kolega – stwierdził Stiles. – Masz wszystko? Plecak? Kurtkę? – dopytał, a potem wyprostował się, chwytając brata za rękę. – A teraz cię przedstawię, więc bądź miły – dodał. – To jest Derek, Derek to jest mój brat Scott – rzucił.

Scottie podejrzliwie spojrzał na wyciągniętą rękę mężczyzny. Derek cofnął ją niemal natychmiast i zaczął wyglądać na lekko spiętego.

- Brak deseru do końca tygodnia – zarządził Stiles.

- Za co? – spytał Scott oburzony.

- Za brak ogłady towarzyskiej – odparł, wiedząc doskonale, że Scott tego akurat nie załapie. Czasami, cholernie, trudno było rozmawiać z pięciolatkiem.

- Nic się nie stało. Chyba dobrze, że nie ufa nieznajomym – wtrącił się Derek szybko.

- No właśnie! – powiedział Scott.

Stiles zerknął w dół i starał się zrobić tę minę, którą jego ojciec robił zawsze, gdy chciał udowodnić swoją wyższość i swoją rację. Wciąż nie udawało się to za każdym razem, ale dzisiaj chyba miał dobry dzień, bo Scott zwiesił głowę.

- Nie będę uciekał pani Kristin – powiedział dzieciak z rezygnacją. – I będę miły dla twoich znajomych – dodał z westchnieniem.

- I będę mniejszym potworem niż jestem – dorzucił jeszcze Stiles i załaskotał go lekko po żebrach.

- Sam jesteś potworem! – nie zgodził się Scott. – Jak… jak Hulk!

- Hulk jest okej – zaczął i urwał, bo Scott zrobił przerażoną minę. – Trzeba dostrzegać, to co wewnątrz, a nie samą otoczkę. Czego was teraz uczą w tych szkołach? – spytał z udawanym przerażeniem.

Derek prychnął rozbawiony.

- Jedź za mną. Będziemy w tej restauracyjce za jakieś pięć minut. To niedaleko – rzucił szybko, przypominając sobie jaki właściwie mieli plan.

ooo

Scott zajął krzesło obok niego jak zawsze, gdy jadali w tej knajpce. Próbował, oczywiście zamówić hamburgery, ale omlety z owocami wydawały się o wiele lepszym wyborem. Zaskakująco Derek go poparł i teraz we trzech siedzieli nad swoimi talerzami, starając się gonić truskawki widelcem.

Scott zdążył już ubrudzić cały obrus, ale wciąż nie dawał za wygraną, trzymając sztućce w dłoni jak halabardy.

- Uważaj, żebyś nie wybił nikomu oczu – upomniał go Stiles machinalnie.

Derek uśmiechnął się krzywo, jakby z jakiegoś powodu bawiła go bardziej reakcja samego Stilesa, a nie pięciolatek wypowiadający wojnę owocom.

Stiles zresztą nie bardzo wiedział, co miał teraz zrobić. Derek nie mówił w zasadzie nic, a ewidentnie, to on miał ochotę na to spotkanie. Stiles nie mógł z ręką na sercu powiedzieć, że zgodził się pod przymusem. Lubił czyste, klarowne sytuacje. Prawdę powiedziawszy, naprawdę nie miał czasu na inne, dlatego tak bardzo szkolne gierki i miłostki mu nie odpowiadały.

W zasadzie, nawet bez rozmowy, której się spodziewał, dostał swoją odpowiedź. Derek wydawał się teraz całkiem inny niż w barze, gdy spotkali się pierwszy raz. Nie flirtował, utrzymywał z nim dłuższy kontakt wzrokowy, ale nie było w tym żadnej dwuznaczności.
Zdawał się też zadowolony z rozmowy, którą prowadzili ze Scottem. Podpytywał jego brata o jakieś fajne miejsca, ,w które mógłby się udać, ale oczywiście pięciolatka najbardziej rajcował salon gier. Stiles wątpił czy równą przyjemność sprawiłby Derekowi.

- Malia będzie się chyba bardziej orientować, co jest teraz modne – rzucił niepewnie, gdy Scott powrócił do maltretowania swojego dania.

- Malia pod nieobecność mojego wuja organizuje imprezę powitalną dla mnie – odparł Derek. – Miałbyś ochotę przyjść? – spytał.

Stiles wziął głębszy wdech.

- Pracuję – odpowiedział szybko.