Słońce powoli zachodziło za grzbietem górskim, sprawiając, że dolne partie miasta kryły się w cieniu. Hawke wstała od biurka i przesunęła się w stronę wysokiego okna. Otworzyła je szeroko, pozwalając chłodnemu powiewowi dostać się do wnętrza. Była potwornie zmęczona, a pozostało wciąż tyle niezałatwionych spraw.

Czarodziejka poruszyła głową i ramionami, pragnąc rozluźnić zmęczone mięśnie. Ze swojego miejsca z łatwością dostrzegała powoli pustoszejące targowisko Górnego Miasta. Sprzedawcy zwijali kramy spiesząc się przed zupełnym zapadnięciem zmroku. W dole pierwsze latarnie rozbłyskiwały w mroku kamiennych uliczek Kirkwall. W zamyśleniu patrzyła, jak gwardziści zmieniają wartę na placu przed twierdzą wicehrabiego.

Uhm… wicehrabiny – poprawiła się w myślach.

Gdzieś z drugiego końca miasta, gdzie starą wieżę strażniczą tymczasowo przekształcono w świątynię, dosłyszała głos dzwonu. Jego chropowaty, dudniący ton napawał ją smutkiem. To była jedyna rzecz, jaką zdołali ocalić z zawalonego budynku. Wielki, miedziany dzwon. Jej myśli powróciły do tamtego dnia i tamtej nocy. Smutek zarysował się wyraźnie na jej szczupłej twarzy.

Westchnęła cicho, jej wzrok prześlizgiwał się po dachach miasta. Szybko zlokalizowała posiadłość Amellów, tak łatwo rozpoznawalną z tej wysokości z racji zupełnie nowych dachówek. Oczy Reiven, jak co dzień, przyciągała jednak inna budowla. Szary dom na rogu jednego z bocznych placów. Dwa kroki od jej rezydencji. Budynek, w którym z rzadka widać było blask światła w oknach. Wzięła głęboki oddech starając się nie myśleć o jego mieszkańcu. Jeśli teraz zacznie to roztrząsać, nigdy nie zdoła dokończyć dzisiejszej porcji papierkowej roboty. Znowu wróci do domu późną nocą, po to tylko, żeby przespać się na kozetce w bibliotece. Nie mogła, po prostu nie mogła zmusić się do spania we własnym łóżku, nie po tym jak ona i Fen… kolejny raz…

Powinna z nim porozmawiać, zamiast pozostawić niewyjaśnioną sprawę między nimi. Oczywiście od tamtego ranka nie miała chwili kichnąć, wyrwana z zacisza swojej sypialni wprost na salony arystokratów. Stała w sali tronowej twierdzy, ubrana w zniszczoną tunikę i zabrudzone spodnie. Patrzała dokoła w osłupieniu, gdy ogłaszali ją wicehrabiną. Niby wiedziała, że to się w końcu stanie, a i tak była zdumiona. Od tamtej chwili jej dni były wypełniane nieustanną litanią listów, próśb, petycji i zażaleń. Spotykała się z całą masą ludzi, których nie znała lub nie lubiła. Niemal nie miała czasu by zjeść i wypocząć.

– Oszukujesz się – mruknęła do siebie, pocierając palcami nasadę nosa. Powinna to załatwić, od ręki, ale… po prostu się bała.

~o~

Elf znów miał „długotrwały napad swoich humorów", jak to była łaskawa objaśnić Isabela, gdy zdawała relację krasnoludowi. „Świecący ponurak nieelegancko wyprosił jej cztery zgrabne litery z domu". Bela sugerowała, że Fenrisowi po prostu potrzeba jest dobrego rż… hmmm… Varric uważał jednak, że chodzi o coś innego. Po rozmowie z Carverem doszedł do wniosku, że w zasadzie od tego się wszystko zaczęło. Elf spędził z Hawke noc, a następnego ranka ogłoszono ją wicehrabiną. Od tamtej chwili przyjaciele widywali ją naprawdę rzadko. No może z wyjątkiem Aveline, ona nie miała problemów z przebrnięciem przez tego cholernego seneszala. Brant warował przy Hawke niczym Cerber, mimo że jej nie cierpiał, pilnując by nikt inny nie zagarnął władzy, do której się tak bardzo przyzwyczaił.

Krasnolud przemieszczając się po schodach do sypialni elfa uśmiechnął się pod nosem. Jeśli ta banda zasmarkanych arystokratów sądziła, że będą dyrygować Hawke jak marionetką, srodze się zawiodła. Już w ciągu pierwszych dni okazało się, że wicehrabina ma swoje zdanie na każdy temat oraz niezłomną wolę postawienia na swoim. Dla Varrica nie było to nowością, dla niektórych szlachciców okazało się szokiem. Minął zaledwie miesiąc i już mieli jej dość… ale nie śmieli jej tknąć. Lud Kirkwall ją ubóstwiał, no, przynajmniej spora jego część.

Varric wdrapał się na pierwsze piętro patrząc przez ramię na hol w dole. Sala była posprzątana i zaczynała przypominać dom mieszkalny, ale dużo jeszcze brakowało jej do wspaniałości okolicznych apartamentów.

W ciągu miesiąca, gdy brak Hawke w Wisielcu był niemal namacalny, Fenris czasem tam zaglądał. Krasnolud chrząknął kierując się ku odległej sypialni. Elf był obecny ciałem, ale nie duchem. Pisarz domyślał się, co go gnębiło. Jak nowy status Hawke miał się do sytuacji życiowej Fenrisa? Wicechrabina i elficki eksniewolnik? Takie rzeczy zdarzały się w romansidłach i to tych kiepskich.

Varric zapukał, zanim pociągnął za klamkę od drzwi. Jeśli Fenris był w swoim „nieprzyjaznym" humorze, nie chciał ryzykować utratą serca albo innej strategicznej części ciała.

– Wiedziałem, że w końcu się zjawisz – wymruczał niski, lekko zachrypnięty głos. Eksniewolnik siedział w swoim sfatygowanym fotelu, z książką na kolanach i flaszką w ręku.

– Przechodziłem obok…

Fenris potrząsnął głową i utkwił w przyjacielu swoje zielone spojrzenie.

– Czego chcesz, Varric?

Ach, więc doszło do tego. Jedynie mocno wyprowadzony z równowagi elf przestawał bawić się w półsłówka i metafory. Jeśli Fenris nie miał nawet ochoty unikać tematu, musiało być naprawdę źle, pomyślał krasnolud, sadowiąc się na ławie przed kominkiem. Milczał przez chwilę, zastanawiając się po raz kolejny, czy powinien mieszać się w nieswoje sprawy. I tak, jak zawsze odrzucił wątpliwości. Hawke była jego przyjaciółką, Fenris był jego przyjacielem. W tych krótkich chwilach, gdy byli razem, promienieli szczęściem. Varric może nigdy nie miał okazji sam zaznać prawdziwej miłości, ale nie był ignorantem.

– Powinieneś z nią porozmawiać.

Fenris uniósł czarną brew.

– Skąd przypuszczenie, że nie rozmawiałem?

– Gdybyś rozmawiał, nie siedziałbyś tu zalewając się w trupa – pisarz kiwnął na stos butelek pod ścianą.

– Do trupa jeszcze mi daleko…

– Mówię poważnie Fen, wyjaśnijcie to w końcu, raz na zawsze.

– Nie ma nic do wyjaśniania – mruknął elf, odwracając wzrok.

– O tak – żachnął się krasnolud – przespałeś się z nią, a teraz znowu uciekasz w swoją muszlę. Myślisz, że tak jest łatwiej?

– To ci powiedziała? – syknął, pochylając głowę ku krasnoludowi, próbując znaleźć odpowiedź w jego oczach.

– Nic mi nie powiedziała… ostatnio nie mamy dużo czasu na pogaduchy przy piwie, jakbyś nie zauważył.

– Widziałeś się z nią? – Głowa eksniewolnika obróciła się ku oknu, gdzie w zapadającym zmierzchu widział wieże twierdzy.

– Przelotnie. – Krasnolud podążył za wzrokiem przyjaciela. – Ona jest naprawdę zmęczona – powiedział po chwili milczenia – zagubiona – dodał delikatniej. – Wbrew pozorom nie wszystko wróciło do normy.

Elf przesunął wzrokiem po pokoju.

– Co według ciebie mam zrobić, wpaść do twierdzy i zażądać audiencji? – Jego usta wygięły się w ironicznym uśmieszku na myśl o minach arystokratów czekających na swoją kolej. – Ma na głowie ważniejsze sprawy niż ja – wzruszył ramionami i upił kilka łyków z butelki.

Varric podrapał się po brodzie. Miał rację. Elfi nawrót „kompleksu niższości", nic niezwykłego dla byłego niewolnika, któremu całe życie powtarzano, że jest tylko narzędziem. Gdyby jednak naprawdę w to wierzył, zostawiłby Hawke własnemu losowi, zostawiłby ją Sebastianowi.

– Więc wolisz siedzieć tutaj i się nad sobą użalać – mruknął.

Fenris nic nie odparł. Jego usta zacięły się w wąską kreskę.

Varric podniósł się powoli.

– Gdybyś jednak uznał, że warto porozmawiać, właśnie mijałem Avelinę wracającą z patrolu, twierdziła, że Hawke miała dzisiaj zamiar wrócić wcześniej do domu.

~o~

Jego nogi dziwnym zrządzeniem losu powiodły go prosto pod rezydencję Amellów. Naprawdę nie chciał z nią rozmawiać. Tu nie chodziło o dziecinne dąsy. Był na nią zły, to prawda. Ale jak inaczej miał się czuć, gdy spędził z nią noc, gorącą, namiętną, pełną uczucia, a potem został odłożony na bok niczym zabawka. Czuł się… poniżony takim traktowaniem, zlekceważony. Ale po nieproszonej wizycie krasnoluda zaczął zastanawiać się, czy miał rację, może ona naprawdę była zajęta, zagubiona? Miała całe miasto na głowie, życie tysiąca ludzi spoczywało w jej rękach. Znając ją, cały czas starała się wszystko „połatać" do kupy, zapominając o swoich potrzebach.

Słowa Varrica potwierdził Carver. Fenris stał przed drzwiami czekając aż mu otworzą, gdy z holu dobiegł go poirytowany głos Hawke.

– Nie ma jej w domu. – Mężczyzna otworzył drzwi powtarzając słowa, które, sądząc po manierze z jaką je wymawiał, powtarzał od jakiegoś czasu wielokrotnie.

– Jeśli chcecie, złóżcie petycję na piśmie albo umówcie się u seneszala na prywatną aud… a, to ty – mruknął wreszcie, gdy jego oczy spoczęły na postaci białowłosego elfa.

– Hawke jeszcze nie ma?

Carver przytaknął odsuwając się na bok tak, by nieoczekiwany gość mógł wejść do środka.

– Nie widziałeś gdzieś w okolicy bandy wypacykowanych pawianów?

Elf jedynie uniósł brew.

– Na Stwórcę, mam już tego naprawdę dość. Bez przerwy się ktoś dobija, czatują na nią przed wejściem, gdy wraca do domu. Byłoby naprawdę lepiej, gdyby wprowadziła się do Twierdzy, łeb mi pęka od ciągłego pukania… – marudził Strażnik.

– Aż tak źle?

Carver potrząsnął głową.

– Nie pamiętam, kiedy ostatnio się wyspałem, złażą się tu od rana, zanim jeszcze Reiven wychodzi z domu i czekają o zmierzchu, banda idotów…

Fenris poczuł się trochę głupio i nie na miejscu ze swoim gniewem. Jeśli to wszystko było tak uciążliwe dla Carvera, jak bardzo zapracowana musiała być Rei?

– Poczekam na nią, jeśli pozwolisz?

Hawke jedynie kiwnął w stronę biblioteki.

– Możesz zaczekać tam, ona zazwyczaj jest zbyt zmęczona, żeby zaczłapać na górę. Urządziła sobie sypialnię w gabinecie.

Elf jedynie przytaknął, kierując się w stronę drzwi prowadzących do biblioteki.

– I nie zdziw się, jak przyjdzie ci dłużej poczekać… – wymruczał Carver zmierzając ku kuchni.

Przeszedł przez pokój. Mrok zapadał powoli i cienie wychynęły zza ciężkich regałów z książkami, masywnych foteli i kanapy. Na poręczy od krzesła leżał jej szlafrok. Dłoń Fenrisa przesunęła się po jedwabnym materiale. Nim pojął, co robi, stał przykładając sukna do twarzy wdychając jej zapach. Rozejrzał się po komnacie. Na masywnym biurku leżała sterta papierów. Listy na tacy tworzyły czubatą kopę. Na podłodze leżały książki i notatki. Z jej szlafrokiem w ręku usiadł na fotelu. Czekał patrząc, jak zmierzch przechodzi w ciemną, bezgwiezdną noc. Koło północy wiatr znad morza przygnał burzę, deszcz bębnił o dachy domów, a on ciągle czekał. Czekał nawet wtedy, gdy na zewnątrz zaczęło robić się szaro, a pierwsze promienie wstającego słońca przedarły się przez ciężką zasłonę chmur.

~o~

Przebudziła się mocno zdezorientowana. Była cała obolała. Jej mięśnie protestowały, gdy starała się wyprostować i przeciągnąć. Ból w skroni pulsował nieprzyjemnie, wwiercając się w jej mózg. Dopiero gdy starała się wyprostować ręce pojęła, że coś jest nie tak. Powieki wydawały się być ciężkie, ale uniosła je na tyle, by dostrzec więzy krępujące jej nadgarstki. Po tym odkryciu bardzo szybko powróciły do niej wspomnienia zeszłej nocy. Nużące godziny ślęczenia nad jakimś szczególnym aspektem prawnym nabywania działek rolniczych, krótka wizyta Aveliny, spacer w mroku uliczkami miasta, kilku obywateli z petycjami, którzy zatrzymali ją krok przed domem, a potem? Pustka.

Poruszyła nogami, były też związane i to na tyle solidnie, że stopy całkiem ścierpły. Do jej nosa dolatywał znajomy zapach zgnilizny i wilgoci, przemieszany z wonią rybich odpadków. Wywnioskowała, że jest gdzieś w Mrokowisku, blisko doków. Leżała na macie, za plecami miała ścianę. Wnętrze małej izdebki, w której ją umieszczono, było mroczne. Sięgnęła do zasobów many, by uwolnić nieco światła, dopiero wówczas zaczęła odczuwać niepokój. Jej połączenie z Pustką było wyjątkowo słabe, mana wahała się na niepokojąco niskim poziome. Starczyłoby jej na bardzo słabe zaklęcie ogniowe albo jedną porządną błyskawicę. Poruszyła się starając sprawdzić, czy zabrali jej nóż ukryty w cholewie buta. Gdyby zdołała go wyciągnąć i naciąć nadgarstek… To była jednak ostateczność.

Posłyszała gdzieś blisko kroki. Drzwi na zewnątrz otwarły się i w słabym blasku pochodni świecącej gdzieś z tunelu zobaczyła dwie opancerzone postacie.

Udała, że jest nadal nieprzytomna. Jeśli napastników jest dwóch, poradzi sobie z nimi. Starannie skumulowała w dłoni energię, będzie tylko jedna szansa.

Słyszała, jak się do niej zbliżają, cicho rozmawiając.

– Zbiera się na burzę.

– Dobrze, deszcz zmyje ślady.

– Jesteś pewien, że przejście jest puste?

– Tak, Tark będzie czekał na zewnątrz, potem to tylko parę kroków…

– Potem mnie nie interesuje, ja zrobiłem swoje…

Czyjeś silne ręce podźwignęły ją ku górze. To był idealny moment, jej dłonie znalazły się między nią a porywaczem, na wysokości piersi mężczyzny. Jeden krótki błysk, zaczęło się.

Napastnik zawył przeciągle i upuścił ją, siła piorunu, jaką uwolniła Hawke, sprawiła, że poleciał na przeciwległą ścianę. Reiven upadła na posadzkę, nie było łatwo się podnieść, gdy miało się związane ręce i nogi.

– Do chol… – wymruczał zaatakowany.

– Tob!? Co do dia…

Reiven była już na nogach, kolejna błyskawica, słaba, za słaba, umarła na jej palcach. W następnej chwili przeszył ją na wskroś lodowaty podmuch. Jego siła wbiła ją w posadzkę pozostawiając bezsilną i zdyszaną. Powoli podniosła oczy z wyrazem bardziej zdziwienia, niż przerażenia. Drugi z napastników stał nad nią z pochodnią w dłoni. Niespokojny płomień odbijał się refleksami w napierśniku z wyraźnym rytem miecza Andrasty.

– Templariusz – wysyczała, tracąc przytomność.

4