A oto rozdział pierwszy, w końcu prolog ma długość... nie ma żadnej długości ;)

Z rozdziałem męczyła się Grim. Dziękuję.

Rozdział Pierwszy - Nadzieja matką głupich

Człowiek może postąpić dziesięć razy źle,

potem raz dobrze i ludzie z powrotem

przyjmują go do swoich serc. Ale jeśli

postąpi odwrotnie: dziesięć razy dobrze,

a potem raz źle, nikt już więcej mu nie zaufa.

Jonathan Carroll — Poza ciszą

Bezchmurne niebo lśniło od gwiazd, sprawiając, że ta noc zdawała się znacznie jaśniejsza od poprzednich. Leżał bez ruchu, raz za razem spoglądając na okrągłą tarczę księżyca. Zastanawiał się, gdzie jest teraz Lupin i czy dostał swoje lekarstwo? Miał taką nadzieję. Już raz był świadkiem jego przemiany w wilkołaka i nie chciał myśleć o tym, że cierpi.

Może Dumbledore kazał Snape'owi zrobić ten eliksir? – Podejrzewał, że ten z własnej woli nigdy go nie przygotuje, nie dla Remusa, ale Dumbledorowi nikt się nie sprzeciwia…

Odsuwając od siebie, tego typu przemyślenia, wzdrygnął się, gdy przez niedomknięte okno wpadł do pokoju kolejny lodowaty podmuch wiatru. Z każdą minutą noc stawała się coraz chłodniejsza.

Co jest z tą pogodą? W ciągu ostatniego miesiąca słoneczne dni można było policzyć na palcach jednej ręki… A przecież to dopiero połowa wakacji!

Przymknął oczy, mocniej naciągając na siebie wystrzępiony koc. Wiedział, że powinien się ruszyć i zamknąć to przeklęte okno, ale nie miał na to siły.

Był zmęczony.

Czuł się dziwnie od momentu, gdy Dumbledore osobiście odtransportował go tutaj. Początkowo sądził, że jest to skutek zadań, które co rusz wynajdował dla niego wuj Vernon, ale nawet, gdy zaprzestał ich wykonywania, nie zmieniło się nic. Z czasem było tylko coraz gorzej, a do zmęczenia doszedł jeszcze ból.

Kilka ostatnich dni praktycznie nie wstawał, wdzięczny, że nawet ciotka go do tego nie zmusza. Niestety, chociaż po takim odpoczynku, powinien stawać się coraz silniejszy, miał wrażenie, że jest wręcz odwrotnie.

Tak jakby ktoś powoli wysysał ze mnie energię. Kawałek po kawałku odbierając całą chęć do życia.

- Co się ze mną dzieje? – Nie miał pojęcia…

Żałował, że nawet z przyjaciółmi się nie może skontaktować. Niestety, tym razem, tak samo jak przed drugim rokiem, wuj zdecydował, że Hedwiga powinna pozostać w swojej klatce..

Westchnął, wydawałoby się, że po groźbach Zakonu, wuj zmieni swoje nastawienie, były to jednak tylko złudne marzenia.

Na dodatek ani od Rona, ani od Hermiony nie przyszedł, żaden list. Nawet kilka zdań, że u nich wszystko w porządku. Nic! Ani razu w ciągu całych czterech tygodni.

Przecież dzisiaj są moje urodziny… Jak mogli..?

To bolało.

Starał się wierzyć, że był ku temu ważny powód, że to ktoś zabronił im pisać, ale… Wiedział, że tylko się łudzi, mimo to nie potrafił tak po prostu przestać. Zrezygnować.

Zastanawiał się, czy wciąż obwiniają go za wydarzenia z końca roku szkolnego.

- Czy nadal mają do mnie żal? – Powinni… – Przecież to była moja wina, że Syriusz musiał nas wtedy ratować! Że prawie zginął…

Zdawał sobie z tego sprawę, lecz… wciąż miał nadzieję, że go nie zostawią. W końcu przyjaciele nigdy się nie opuszczają, prawda?

Przymknął oczy, starając się odsunąć od siebie te myśli.

Robiło się coraz później, ale nie chciał spać. Obawiał się obrazów nachodzących go, gdy tylko zamykał oczy.. Koszmarów dręczących go, noc po nocy, od końca roku szkolnego. Bez przerwy. Nie pamiętał już, kiedy dane mu było spać spokojnie.

Ręce mokre od krwi…

Krzyki… Płacz… Cięcie klingi i znów krew…

Świst zaklęć… Błysk metalu..

Szloch… Błagania…

Szybko rozprzestrzeniający się ogień…

Ciała, niczym koc, okrywające ziemię…

Wszystko tak przerażająco realistyczne. Tak żywe i to potworne uczucie…

Obojętność.

Za każdym razem, w każdym z tych snów, to nie był nikt obcy… On był oprawcą, katem…

To mnie błagali o litość, o szybką śmierć!

Był bezlitosny. Zawsze. Czy to ofiarą było małe dziecko czy dorosły… Kobieta, czy mężczyzna…

Sny… Prześladowały go, choć powinny przynosić ukojenie.

Dlatego postanowił nie spać.

Nie zasnę.

Dziś. Jutro. Pojutrze.

Nie będę spał.

Tylko… Dlaczego zawsze jak coś chcemy, organizm robi nam na przekór? Niestety i tym razem było podobnie… Nim się zorientował, nim mógł w jakikolwiek sposób stawić temu opór, Morfeusz po raz kolejny porwał go w swe objęcia.

v v v

Obudziły go krzyki.

Początkowo nie bardzo wiedział, co się dzieje, jednak znajdujące się na dole osoby, mówiły tak głośno, że bez trudu był w stanie rozróżnić poszczególne słowa.

- Zabieram go!

- Nie masz prawa!

- Harry jest synem mojego najlepszego przyjaciela i…

Znał ten głos… Syriusz. – Czy to możliwe, że…? – Nawet bał się dokończyć, ale i tak nie potrafił powstrzymać wkradającego się na twarz uśmiechu.

Najszybciej, na ile tylko pozwalało mu wciąż protestujące ciało, zerwał się z łóżka, ubierając w biegu. A gdy kilka chwil później, niemal wypadł z pokoju, po głowie kołatały mu się wciąż te same myśli

Czyli Syriusz nie jest na mnie zły? Czy rzeczywiście zjawił się po to, by mnie stąd zabrać? Ale dokąd? Na Grimmauld Place? Czy na prawdę weźmie mnie do siebie?

Wcale nie miał pewności, że może tak po prostu uwierzyć w to wszystko, jednak odsuwając obawy na bok, a może raczej na przekór im, pozwolił zagnieździć się w sercu tej zdradzieckiej iskierce…

Nadziei.

Zszedł na dół, a gdy jego wzrok spotkał się z szarymi tęczówkami Syriusza, po raz kolejny w ciągu tych kilku minut nie potrafił zamaskować rozpierającej go radości.

- Cieszę się, że jesteś Syriuszu – słowa same wyrywały mu się z ust. – Mogłeś dać znać, że przyjeżdżasz.

Dlaczego się aż tak denerwuję? Czemu gadam takie bzdury? Czemu wciąż mam wrażenie, że ten zaraz krzyknie „nienawidzę cię"?

- Pakuj się, Harry!

Zaskoczył go trochę ten brak jakiegokolwiek powitania i zdołał jedynie skinąć głową, czując paskudną gulę w gardle.

Skąd aż taki pośpiech? Może to z powodu wciąż rzucającego się wuja? – Chciał w to wierzyć…

Musiał.

Gdy w tym momencie patrzył na jego tłustą sylwetkę, jak jeszcze nigdy wcześniej, wydawał mu się komiczny.

Niczym przerośnięte prosię…

Parsknął.

Doczłapawszy się z powrotem do zajmowanej przez siebie sypialni, z niechęcią rozejrzał się po niewielkim pokoju.

- Jak w tak krótkim czasie, mogłem tu zrobić taki bajzel?

Czasami sam siebie zadziwiam…

Pospiesznie zbierając wszystkie rzeczy wrzucał je do kufra. Nie miał czasu na zabawę w układanie. Nie chciał kazać Syriuszowi na siebie czekać.

Nie miał pojęcia, jak udało mu się tego dokonać, ale w niecałe dziesięć minut zdołał uporać się ze wszystkim. Ostatni raz upewniając się, że niczego nie zapomniał wcisnął różdżkę w rękaw i narzucając na ramiona pelerynę, zamknął drzwi.

Ponownie pokonując schody, szedł już jednak dużo wolniej, z trudem ciągnąc za sobą ciężki kufer. Początkowe podniecenie opadło i ze zdwojoną mocą ponownie poczuł dręczące go ostatnio zmęczenie.

Czuł pot spływający po twarzy, nie zawołał jednak i nie poprosił o pomoc. Teraz ostatnią rzeczą, której pragnął było to, by Syriusz musiał się jeszcze o niego martwić.

- Chodź.

Gdy tylko znalazł się na dole Syriusz odebrał od niego bagaż pospiesznie wychodząc. Nieco zagubiony posłusznie ruszył za nim.

- Dokąd idziemy?

- W bezpieczne miejsce.

Kolejna zdawkowa odpowiedź, ponownie zbiła go z tropu.- Co się stało? – powłóczył nogę za nogą, niepewnie wpatrując się w jego plecy. - Dlaczego Syriusz się w ten sposób zachowuje? Czyżby wciąż… Ale jeśli tak, to po co w ogóle po niego przyjechał? Dumbledore mu kazał?

- Syriuszu… Czy ty jesteś na mnie zły? Za to co stało się w Ministerstwie? – obawiał się tego co może usłyszeć, lecz musiał wiedzieć.

Stanął widząc, że ten też się zatrzymuje

- Oczywiście, że nie, Harry! Jak mógłbym być na ciebie o coś takiego zły? To Voldemort doprowadził do tej sytuacji, nie ty!

Nim zrozumiał, co tak właściwie się dzieje, został zamknięty w jego ramionach. Przyciśnięty do jego ciała, czuł się dziwnie. Choć głos Syriusza brzmiał szczerze, nie wiedział, dlaczego, ale raz po raz ogarniał go niepokój. A coś w jego głowie powtarzało uparcie…

Uciekaj… uciekaj… Uciekaj!

v v v

Z trudem podnosząc się z ziemi, po raz kolejny, utwierdził się w przekonaniu, że woli lot na miotle, a nawet przeklętą sieć Fiuu. Jęknął prostując poobijane ciało, pewien, ze nie zaszkodziłoby gdyby Syriusz uprzedził, że zamierza go użyć.

- Nienawidzę świstoklików – zgrzytał zębami, mimowolnie rozglądając się po niewielkim pomieszczeniu.

Chata.

To miejsce bardzo przypominało dom Hagrida, ale w jakiś sposób wydawało mu się, że czegoś tu brak. Jakiejś specyficznej atmosfery. W migotliwym blasku olejnej lampy, zarówno toporny stół jak i niewielkie łóżko wspierające się o ścianę, sprawiały ponure wrażenie.

- Nie jest to raj, ale…

- Podoba mi się. - nie kłamał. Patrząc na niepewna minę Syriusza, który po raz pierwszy tego wieczoru, zachowywał się tak jak zawsze, czuł, że nie ważne gdzie będzie, wszystko będzie w porządku, byle tylko on był z nim.

- Cieszę się. Połóż się, już dość późno. Porozmawiamy rano.

Zmęczenie dość mocno dawało mu się we znaki, przytaknął więc, bez oporów zajmując niewielkie łóżko.

Tym razem nie bał się snów, wiedział bowiem, że nie jest sam.

v v v

Cicho…

Zimno…

Duszno…

Boli…

Otaczała go ciemność.

Nie widział nawet własnych dłoni, ale w jakiś sposób wiedział, że miejsce gdzie się teraz znajduje, jest małe i półokrągłe. Gdyby tylko wyciągnął rękę, z łatwością mógł dotknąć wilgotnej ściany.

Zapach ziemi…

Nora? Tak, chyba tak…

Ciężki sapiący oddech…

Czy to ja tak dyszę…? Nie…

Zadrżał, podkulając nogi pod siebie.

Dlaczego tu jest? Nie pamiętał.

Wycie…

Wilkołaki? Chyba nie… One wydają inny dźwięk…

Jak Remus…

Miękkie futro… Gorące dłonie i szept…

Moje maleństwo… Moja perełka…

Uścisk w sercu i znów to samo ostrzeżenie… Uciekaj… uciekaj…

Uciekaj!

v v v

Usiadł, starając się wyrównać oddech

- Sen… To tylko sen... – powtarzał bezgłośnie, a obrazy, jeszcze przed chwilą tak żywe, powoli blakły w jego pamięci.

- W porządku?

Widząc zbliżającego się Syriusza, odetchnął.

- Tak. To był tylko zły sen.

- Chcesz o tym porozmawiać?

- Może później… – wyszeptał, niezbyt pewien, czy komukolwiek jest w stanie zdradzić swoje sny. Nawet jemu.- Czy jest tu łazienka? – zadał pierwsze pytanie, które przyszło mu na myśl, mając nadzieje, że Syriusz nie będzie wracał do tamtego tematu.

- Oczywiście, że jest! To te drzwi po lewej. Chodź, pomogę ci.

Ciesząc się, że nie naciska, pozwolił podprowadzić się pod samo wejście.

Tutaj również, nie użyto zbyt wyszukanych sprzętów, jednak w porównaniu z resztą chaty, można było powiedzieć, że jest tu ładnie. Może dlatego, że nie wyczuwał tu takiej ciężkiej atmosfery, która aż przytłaczała, gdy był w tamtej izbie.

Wpadające przez okno światło księżyca, było tak silne, że nie potrzeba było żadnego innego oświetlenia.

Zrzucając z ramion wymiętą pelerynę, wolno podszedł do umywalki, z ulgą ochlapując twarz wodą. Podniósł wzrok mimowolnie spoglądając w niewielkie lustro i zamarł.

To niemożliwe…

Niepewnie dotknął jego tafli, ale odbicie pozostało bez zmian.

Jak?!

W głowie miał chaos.

Czuł, że ręce mu drżą, gdy ostrożnie przejeżdżał nimi przez włosy, a gdy palce natrafiły na szpiczaste uszy, zdezorientowany opadł na kolana, ukrywając twarz w dłoniach.

Co się dzieje?

Siedział bez ruchu, a w myślach rozbrzmiewało mu echo jednego z wykładów prowadzonych przez Lupina.

Kotołaki w przeciwieństwie do wielu innych magicznych stworzeń, bardzo łatwo rozpoznać, że względu na objawiające się u nich tuż po przemianie uszy i ogon… Kotołakiem staje się każda osoba, której przynajmniej jedno z rodziców nim było… Kotołak przechodzi przemianę pomiędzy piętnastym a osiemnastym rokiem życia…

Kotołak..

Czy to w ogóle możliwe?! A może to jakaś sztuczka? Niesmaczny żart? - Sam w to nie wierzył…

Z niechęcią spojrzał na czarny, puszysty ogon. Jęknął, a jego ciałem wstrząsnął szloch.

Dlaczego? Dlaczego nikt mi wcześniej tego nie powiedział… nie wyjaśnił? Czemu musiałem to odkryć akurat w taki sposób? Czemu nie miałem nawet czasu by przyzwyczaić się… oswoić z tą myślą?! A może oni nie wiedzieli, że… - pomyślał i nagle uświadomił sobie coś.

Remus wiedział.

Do dziś pamiętał referat, który kazał mu napisał po tych zajęciach. I to za co? Za jakieś głupstwo… Tylko on go pisał.

Czy możliwe, że Lunatyk zrobił to specjalnie? By mnie przygotować?

Zazgrzytał zębami powracając myślami do tej przeklętej pracy. - Pisałem ja dwa dni! Dlaczego jej nie pamiętam!?

Myśl!

W przeciwieństwie do wampirów czy wilkołaków, kotołaki, są zaliczane do istot stanowiących mniejsze zagrożenie i w przypadkach, gdy zgadzają się na przyjęcie odpowiadającego za ich postępowanie Opiekuna, to przebywając w jego towarzystwie mogą swobodnie poruszać się wśród zwykłych czarodziei. Kotołak może wybrać Opiekuna samodzielnie, jeżeli jednak nie ma nikogo takiego, lub wybrana osoba nie spełnia wymogów, ministerstwo w przeciągu tygodnia, samo wybierze odpowiednią do tego zadania osobę.

Albo kogoś wybiorę, albo mi narzucą? Przecież to jest chore! A w ogóle, jeżeli miałbym wybierać sam to, kogo? Syriusza, który nadal jest uznawany za zbiega? Remusa, który sam jako wilkołak funkcjonuje poza prawem?

Nie!

Zresztą i gdyby mogli, ja nie mógłbym ich prosić o taką rzecz. Nie chcę by i ich wyszydzali…

Tak, bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że nawet w szkole nie przyjmą tego wszystkiego miło. Wystarczyło, że przypomniał sobie moment, gdy wszyscy uważali go za dziedzica Slytherinu i obwiniali o otworzenie Komnaty Tajemnic i później na czwartym roku, gdy uznali, że umyślnie wrzucił kartkę z nazwiskiem do Czary…

Nie mogąc powstrzymać lęku, wpatrywał się w niewielkie okienko. Wiedział, że ten rok nie będzie miły, ani trochę…

Tak, akurat tego jednego był pewien.

v v v

Nie miał pojęcia, ile czasu tak spędził, siedząc nieruchomo I po prostu myśląc.

Syriusz ani razu nie zajrzał, nie zapytał co się z nim dzieje. Może chciał dać mu czas by się z tym oswoił? Ale on wołałby teraz być przy nim. By go objął i powiedział, że wszystko będzie w porządku….

Czy żądam zbyt wiele?

Westchnął.

Jak inni przyjmą to, czym się stałem? Czy po tym wszystkim będę jeszcze miał jakiś przyjaciół?

Zadrżał.

O tym nie będę myślał. Jeszcze nie teraz…

Nagle został wyrwany z zamyślenia, gdy dotąd otaczająca go ciszę, zmącił jakiś dziwny szelest dobiegający z pokoju obok.

Czy to Syriusz? – Podniósł się niepewnie uchylając drzwi. W pomieszczeniu panował półmrok i dopiero po chwili dojrzał sylwetkę Łapy siedzącego na łóżku.

Dlaczego siedzi po ciemku?

Chciał już podejść do niego, jednak wtedy usłyszał coś, co spowodowało, że zrezygnował z tego pomysłu, a każde kolejne słowo sprawiało, że jego oczy rozszerzyły się z przerażenia.

- Jeszcze trochę. Harry wciąż nie rozumie, co się z nim stało. Jeszcze trochę i przyjdzie do mnie z płaczem, bym go pocieszył… Wyjaśnił wszystko. Jeszcze trochę i będzie całkowicie mój… Z otwartymi ramionami przyjmie mnie na swojego opiekuna… Mój… mój… moja droga zabaweczka.

Nie..

v v v

Koniec rozdziału Pierwszego