Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.
Link do oryginału znajduje się na moim profilu.
~ II ~
Nikt nie będzie się na mnie gapił.
Nikt nie będzie się na mnie gapił.
Dam sobie radę.
— Dam sobie radę — powtórzyłam na głos. — Nic mi się nie stanie. Mam rację, o ile tylko sama w to uwierzę.
Zza kryształowej, gładkiej tafli lustra nieco blada dziewczyna obrzuciła mnie pełnym niepokoju spojrzeniem, po czym założyła ramiona na piersi i zmarszczyła lekko czoło.
Jako pięcioletnio dziecko wierzyłam, że ona naprawdę tam była, z jakiegoś powodu uwięziona w zwierciadle. Trzykrotnie próbowałam ją uwolnić — niestety bez oczekiwanych rezultatów — co upamiętniała niepozorna blizna, którą z pewnym trudem dało się dostrzec na moim kciuku.
Wzięłam kolejny głęboki oddech. Dziś oddałabym wszystko, byle tylko ktoś zamknął mnie w tym bezpiecznym lustrze.
— Amy, rusz się, bo się spóźnisz! — zawołał z parteru Will.
Uda mi się.
Nieważne, co zrobię, po dwóch latach i tak wszyscy o mnie zapomną, pomyślałam, starając się dodać sobie odwagi. Kiedyś stąd wyjadę. Wyjedziemy. Zawsze wyjeżdżamy.
W końcu zeszłam na dół, idąc tak wolno, jak tylko potrafiłam.
— Dzień dobry — przywitał się Dan. Odpowiedziałam mu krótkim skinieniem. Nie ufałam swojemu głosowi.
— No dalej, zjedz coś — poprosił Will, podsunąwszy mi pod nos miskę, ale pokręciłam głową.
— Nie jestem głodna — powiedziałam cicho, siadając na kanapie.
— Wszystko gra?
Tym razem pokiwałam głową. — Czy któryś z was mógłby podwieźć mnie do szkoły?
— Ja mogę — zaoferował Michael.
Will odłożył gazetę na bok. — Jadę z wami. I tak miałem zamiar zrobić mały przegląd w mieście — stwierdził i puścił mi oczko. Uśmiechnęłam się niemrawo, czując się tak, jakby mój żołądek wykonywał właśnie serię skomplikowanych figur gimnastycznych. — Ale jak nie chcesz się spóźnić, to lepiej już się zbierajmy.
Podniosłam się na nogi i w drodze do wyjścia przelotnie pocałowałam Dana w policzek. — Do zobaczenia później.
— Jasne, później. Uważaj na siebie — pożegnał się.
Na zewnątrz przywitał nas chłodny, pochmurny dzień. Zapowiadało się na deszcz, więc szybko wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę.
W trakcie jazdy żadne z nas nie odezwało się ani słowem. Za oknem przewijały się drzewa, kawiarnie, za których witrynami gawędzili jacyś ludzie, a także chłopcy i dziewczęta, podobnie jak my zmierzający w kierunku szkoły.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił w końcu Will, obracając głowę, żeby na mnie spojrzeć. Ja tymczasem próbowałam zniknąć, angażując w to całą siłę woli. Bezskutecznie. — Amy! — Pstryknął palcami. Przełknęłam ciężko ślinę.
— Taak, wygląda... wygląda fajnie — wymamrotałam, zerknąwszy na szkolny gmach. Choć przyjechaliśmy tu niecałą minutę temu, jakieś dziewczyny zdążyły już zauważyć nasze nieznajome twarze i teraz zawzięcie między sobą szeptały. Westchnęłam i zarzuciłam torbę na ramię.
— Postaraj się dobrze bawić — poprosił Michael. Uniósłszy brwi, spytałam z powątpiewaniem:
— W liceum?
Uśmiechnął się ze zrozumieniem.
— To spróbuj chociaż przeżyć.
— Spróbuję — obiecałam i wyszłam z samochodu.
Moje zachowanie niebezpiecznie zmierzało ku granicy absurdu, natomiast perspektywa zawału serca stawała się coraz realniejsza. Musiałam się opanować. Wszystko pójdzie jak z płatka. Przecież przerabiałam to już wiele razy i nikt mnie nigdy ugryzł.
Znalazłszy się w środku budynku, rozejrzałam się dookoła i po raz kolejny przełknęłam z trudem ślinę, a następnie z lekko uniesioną głową ruszyłam w stronę sekretariatu.
Zastałam tam typowy dla szkół średnich wystrój: przedpotopowe komputery, niebieskie krzesła i parę zwykłych biurek. Przy jednym z nich siedziała kobieta, która sprawiała wrażenie całkowicie pochłoniętej wystukiwaniem czegoś na klawiaturze.
Odchrząknęłam. — Przepraszam?
Podniosła głowę. — Och, dzień dobry. W czym mogę ci pomóc?
Zwilżyłam dyskretnie wargi, przygotowując się do wypowiedzenia kwestii, którą recytowałam już chyba ze sto razy: — Nazywam się Amy Walsh. Jestem nową uczennicą. Czy mogłabym odebrać...?
— Ach, tak, twój plan zajęć — dokończyła z uśmiechem i podała mi jakąś kartkę. — Mam nadzieję, że ci się tu spodoba.
— Dziękuję — odparłam grzecznie, po czym pospiesznie opuściłam pokój.
Zobaczmy, moja pierwsza lekcja to...
...historia.
Wspaniale.
Za kilka godzin już cię tu nie będzie, pocieszyłam samą sobie. Tylko kilka godzin...
Wkrótce udało mi się dotrzeć do właściwej klasy. Bez większego zastanowienia zajęłam pierwszą lepszą ławkę.
— Um... Przepraszam — odezwała się uprzejmym głosem śliczna brunetka, stanąwszy tuż obok mnie — ale to moje miejsce.
— Naprawdę? — odparłam, natychmiast podrywając się z krzesełka. — Och, przepraszam, ja... ja po prostu...
...pójdę poszukać jakiegoś noża. Najwyższy czas na harakiri.
— Nic nie szkodzi — zapewniła. — Tamten stolik jest wolny — dodała, wskazując ręką na inną ławkę.
— Wielkie dzięki — powiedziałam z uśmiechem i bezzwłocznie przeniosłam tam swoje rzeczy.
Niebawem do sali wszedł nauczyciel, który wyglądał na trzydzieści parę lat. Gdy mnie spostrzegł, w jego oczach pojawiło się zaciekawienie.
— Chyba macie nową koleżankę — oznajmił klasie, przez co wszyscy wbili we mnie wzrok. — Jak się nazywasz?
— Amy Walsh.
— Czy ci przystojniacy, z którymi widziałam cię w samochodzie, to twoi bracia? — usłyszałam za plecami czyjś głos. Obróciwszy głowę, zobaczyłam jedną z dziewczyn, które gapiły się na nas na parkingu.
— Tak — potwierdziłam niepewnie.
— Ciekawe, który z nich jest najbardziej niegrzeczny... — szepnęła dość głośno do swojej sąsiadki. W pomieszczeniu rozległy się pojedyncze chichoty.
W porządku. To było... dziwne.
Nie obgryzaj paznokci, nie obgryzaj paznokci...
Pan Saltzman zaczął prowadzić lekcję, od czasu do czasu zadając pytania losowo wybranym uczniom. Bez bliżej określonego powodu od razu go polubiłam. Nie sprawiał wrażenia surowego pedagoga, tylko raczej pogodnego i miłego.
Nagle zorientowałam się, że nie do końca świadomie zapisałam coś w swoim pamiętniku. Zerknąwszy na tekst, potrząsnęłam głową w próbie ponownego skupienia się na słowach nauczyciela. Czasami zdarzały mi się niespodziewane chwile zadumy, które bardzo trudno było przerwać...
Octavio Paz napisał kiedyś: „Samotność to najgłębszy dowód człowieczeństwa. Człowiek to jedyna istota, która wie, że jest samotna".
Może to właśnie dlatego garniemy się do tłumu — ze strachu przed samotnością. Nieustannie żyjemy w skupiskach. Najpierw z rodzicami i rodzeństwem, potem ze znajomymi ze szkoły, ze studiów, z biura, z mężem albo żoną, z własnymi dziećmi...
Próbujemy udowodnić światu, że nie jesteśmy sami. Być może to największe kłamstwo, którego prawdziwość sobie wmawiamy i zarazem jedyne, w które paradoksalnie nie potrafimy uwierzyć. Gdzieś w głębi duszy wciąż tkwi w nas świadomość, że jesteśmy samotni, tak samo jak byliśmy w dniu, w którym przyszliśmy na świat i tak samo jak będziemy w chwili śmierci.
Kiedy dzwonek oznajmił koniec lekcji, zamknęłam zeszyt, wzięłam torbę i wyszłam na korytarz z zamiarem odszukania następnej sali...
...w czym, jak zwykle zresztą, poniosłam klęskę.
Westchnęłam z rezygnacją, żałując, że nie zaliczałam się do tych zaradnych dziewcząt, które bez najmniejszego trudu potrafią znaleźć drogę do każdego miejsca, nie robiąc przy tym z siebie kompletnych idiotek.
Okej. Muszę poprosić kogoś o pomoc.
Wspaniale.
Na szczęście niedaleko mnie stała ta sama brunetka, której niechcący zajęłam miejsce na historii. Rozmawiała teraz z jakąś dziewczyną.
— Przepraszam? — zagadnęłam nieśmiało, starając się zachować spokój. — Czy mogłabyś mi powiedzieć, gdzie odbywają się zajęcia z angielskiego?
Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się. — Jasne. Sala do angielskiego jest na piętrze. Bonnie i ja też tam idziemy, więc jeśli chcesz, to możemy ci towarzyszyć.
Odwzajemniłam uśmiech. Dzięki Ci, Panie!
— Byłoby miło — wymamrotałam.
— Więc... — odezwała się brunetka, kiedy we trzy ruszyłyśmy korytarzem w kierunku schodów — ja mam na imię Elena, a to jest Bonnie. — Uścisnęłyśmy sobie dłonie. — Ty, o ile dobrze pamiętam, nazywasz się Amy, tak?
Skinęłam głową. — Miło mi cię poznać.
— Mnie ciebie również — odparła Bonnie.
— No więc... podoba ci się w Mystic Falls? — zapytała Elena.
— Tak, jest całkiem fajnie — skłamałam. Nie mogłam na razie tego ocenić, skoro nie miałam jeszcze okazji rozejrzeć się po okolicy.
— To małe miasteczko, ale w miarę urocze... — wtrąciła Bonnie. — A gdzie wcześniej mieszkałaś?
— W Chicago — odpowiedziałam, starając się w międzyczasie zapamiętać trasę, którą pokonywałyśmy.
— To po co się tu przeprowadziliście? — W jej głosie nie pobrzmiewała kpina. Jedynie czysta ciekawość.
Też się nad tym zastanawiam.
— Rodzinne sprawy — wyjaśniłam lakonicznie. — Moi bracia tak postanowili.
Tak samo jak postanawiają przez całe moje życie.
— A co z waszymi rodzicami? Pracują tutaj czy...?
— Umarli, kiedy miałam pięć lat — przerwałam jej. Zapadła niezręczna cisza. Nie wiedząc, jak się zachować, zaczęłam przyglądać się mijanym przez nas osobom.
— Przykro mi — powiedziała cicho Elena. Wzruszyłam delikatnie ramionami.
— W porządku. I tak za dobrze ich nie pamiętam.
Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zauważyłam w jej oczach coś dziwnego. I na pewno nie było to zwykłe współczucie.
— Um... — mruknęła zakłopotana Bonnie, wyraźnie nie chcąc brnąć dalej w ten temat. — A co sądzisz o szkole?
Następne kilka minut przyniosło mi niezliczoną ilość informacji o nauczycielach oraz ich metodach nauczania, a także o organizowanych przez samorząd szkolny imprezach. Rozmowę przerwał dopiero nagły okrzyk Eleny: — Stefan! — po którym rzuciła się ona w ramiona jakiegoś chłopaka. Nie widziałam jego twarzy aż do chwili, kiedy się od niej odsunął.
Wydawał się... inny. Inny niż ci wszyscy chłopcy w szkole. Bez wątpienia najbardziej rzuciła mi się w oczy jego uroda — był tak niemożliwie przystojny, jakby w wolnym czasie pozował do zdjęć na okładki magazynów o modzie — jednak potem dostrzegłam w nim również swoistą... alienację.
Nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że nie pasował do tego miejsca. Co więcej — moim zdaniem w ogóle nie pasował do tego świata.
Przez dłuższy moment jego zielone były skupione na Elenie, aż wreszcie odwrócił się do nas.
— Witaj, Bonnie — powiedział, na co Bonnie skinęła głową. Kiedy jego wzrok spoczął na mnie, poczułam się dziwnie skrępowana. — Cześć. Ty na pewno jesteś tą nową uczennicą.
Usilnie starałam się zachować spokój.
— Zgadza się, to ja. Mam na imię Amy.
— A ja Stefan — przedstawił się, po czym we czwórkę weszliśmy do sali od angielskiego.
Reszta dnia minęła w miarę szybko. Poznałam mnóstwo nowych osób, całkiem miłych i pokojowo do mnie nastawionych. Wszyscy zdawali się znać siebie nawzajem i od zawsze się ze sobą przyjaźnić, tak jak to zazwyczaj bywa w małych miasteczek.
Nie wiedzieli, jacy z nich szczęściarze. Ja nie miałam żadnych przyjaciół z dzieciństwa.
— No i jak było? — spytał Mike, kiedy po skończonych lekcjach wślizgnęłam się do auta.
— Chyba przeżyję — stwierdziłam.
Na razie nic nie zapowiadało, że wkrótce wydarzy się coś, co odmieni moje życie na zawsze.
~o~o~
