Oneshot napisany w oczekiwaniu na zaliczenie z francuskiego. Jedna z wersji historii Jak To Było Z Marcusowym Sercem:). Pozdrawiam.
- Świat jest niesprawiedliwy.
Sarah wbiła ręce w kieszenie szarych bojówek i spojrzała pod nogi, bo w niewysokim murku, po którym szła, pojawiła się akurat szeroka dziura. Przeskoczyła ją zgrabnie i ruszyła dalej. Tym razem podniosła głowę i wbiła wzrok w wiszące nisko deszczowe chmury. Z pewnością niedługo zacznie padać; miała nadzieję, że zdążą wrócić do bazy zanim spadną pierwsze ciężkie krople. Spojrzała w bok przez asymetryczną rudą grzywkę na idącego obok niej Marcusa. Mężczyzna milczał.
- Świat jest niesprawiedliwy – powtórzyła, patrząc na niego wyczekująco.
- Oczywiście, że jest – odparł dopiero po chwili, uśmiechając się kątem ust. – Zamiast zajmować się poważnymi sprawami, zajmuję się tobą.
- Hej! – prychnęła, udając obrażoną. Gdyby wyciągnęła rękę, mogłaby uderzyć go w ramię. Powstrzymała się jednak; nie mówił serio, tylko droczył się z nią jak zwykle. Przyśpieszyła kroku, żeby wreszcie zeskoczyć z murku i zbiec po poniszczonych mocno schodach na plac niżej. Gdyby się obejrzała, zobaczyłaby, jak jej towarzysz sadowi się na szczycie schodów jak robił to zwykle, kiedy tutaj przychodzili.
Sarah przecięła plac i ruszyła w stronę wraku śmigłowca, żeby po chwili zatrzymać się kilka kroków od maszyny. Przykucnęła i przesunęła palcami po granitowej płycie wystającej spomiędzy wysokiej trawy.
- Cześć, tato – powiedziała cicho, wpatrując się wygrawerowany napis. JOHN CONNOR, 28.02.1985 – 04.07.2032. Ku chwale przyszłości. Ruch Oporu. Usiadła po turecku przed płytą i przyłożyła palec do litery N, rysując jej gruby, kanciasty kształt. – Jutro minie szesnaście lat, odkąd umarłeś. Jutro odwiedzi cię mama, JJ i cała reszta Ruchu Oporu, ja jak zwykle przychodzę wcześniej. – Uśmiechnęła się. – Co roku nachodzą mnie takie same myśli, wiesz? Świat jest po prostu niesprawiedliwy. Twoi żołnierze sądzą, że zginąłeś w starciu z terminatorem. Ale gdyby znali prawdę… Uważam, że to by nic nie zmieniło. Byłeś dla nich zawsze bohaterem, wodzem, towarzyszem broni, zawsze walczyłeś, nie poddawałeś się, byłeś twardy, odważny, nieustraszony. I to niesprawiedliwe, że zabił cię atak serca. Świat jest niesprawiedliwy. – Zaczęła rysować kształt O; zbierało się jej na płacz. – Tak bardzo żałuję, że nie było mi dane cię poznać, tato. Dlaczego nie wytrzymałeś chociaż tych siedmiu dni dłużej?... – Pociągnęła nosem. – To było tylko głupie siedem dni, tatusiu… Dlaczego umarłeś?
Rozpłakała się; zaczęło padać i pomyślała, że niebo płacze razem z nią. Nagle usłyszała za sobą kroki i gruby, ciepły płaszcz otulił jej ramiona. Marcus stał tuż za nią; centymetr i oparłby się o jego nogi.
- Musimy iść – powiedział łagodnie. Kiwnęła głową, wstając. Ruszyli w stronę schodów; nawet nie wiedziała, kiedy ujęła jego dłoń. Weszli między budynki i Marcus pociągnął ją w stronę najbliższego. Po chwili byli pod dachem.
Wsunęła ramiona w za długie i za szerokie rękawy i ciaśniej otuliła się płaszczem. Usiadła na kawałku zwalonej ściany i otarła oczy. Słyszała, jak jej towarzysz chodzi po pomieszczeniu, które kiedyś było salonem fryzjerskim, żeby wreszcie przysiąść po turecku na podłodze obok rozbitej witryny. Podniosła na niego oczy. Wyglądał na deszczowy świat za oknem. Pociągnęła nosem.
- Słucham – powiedział cicho; pokiwała głową.
Gdyby nie Marcus Wright, nie wiedziała, jak potoczyłoby się ich życie. Ich, czyli jej matki, brata i jej samej. Urodziła się tydzień po śmierci Johna. Kate nie mogła pogodzić się z tym, że jej ukochany umarł, jego pierworodny syn, John Junior, który wtedy miał pięć lat, też. Ruch Oporu stracił przywódcę, zapanował chaos. Maszyny postanowiły to wykorzystać i zaatakowały. Wtedy zjawił się Marcus. Tajemniczy przybysz szybko zjednał do siebie żołnierzy Johna. Poszli za nim do walki. Wygrali bitwę, ale dowiedzieli się, kim naprawdę jest Marcus. Jego sekret wyszedł na jaw, bo uratował przed terminatorem Kate i małą Sarę. Terminatorem, którego pokonał gołymi rękami. To jej matka potem stanęła w jego obronie. Ostatecznie Marcus dołączył do Ruchu Oporu na stałe. Maszyna z mózgiem człowieka, wynik szalonego eksperymentu zostawiony w podziemiach laboratorium Skynetu w zapomnieniu, żeby po przypadkowym przebudzeniu ostatecznie dołączyć do ludzi.
Marcus zawsze czuł się człowiekiem, chociaż tylko mózg miał prawdziwy. Był silny, szybki, wytrzymały. Nie musiał jeść ani pić, nie czuł zimna, gorąca ani zmęczenia, a przede wszystkim nie starzał się. Był zawsze taki sam, odkąd pamiętała. Świat się zmieniał, on nie. Za to najbardziej go lubiła.
- Mów, Saro – zachęcił ją.
- Według ciebie jak ktoś w pierwszej wersji zginął od kuli, to kula załatwi go w każdej kolejnej wersji?
Wiedziała, jak wiele czasu mężczyzna – tak, właśnie, mężczyzna, nie cyborg, jak mówili o nim inni – poświęca na zrozumienie struktury czasu. Teraz westchnął i oparł głowę o ścianę za sobą. Przez chwilę wpatrywała się w ostry kant jego męskiej szczęki.
- Co roku prowadzimy ze sobą tą samą rozmowę, Saro – powiedział poważnym tonem. – Ale co roku jesteś mądrzejsza. Przecież znasz moją teorię. Tak, jeśli założymy, że to jest pierwsza wersja tej historii i twój ojciec umarł na atak serca, to przez serce zginie za każdym razem.
Zaczęła skubać rękaw płaszcza. Słyszała szum deszczu za oknem. Wreszcie pokiwała głową.
- Myślałam o tym wszystkim – przyznała wreszcie. – Mój tata potrzebuje nowego serca, bo to stare prędzej czy później nawali, prawda?
Marcus pokiwał głową. Nagle przez rozwalone okno wskoczył pasiasty, rudy kociak. Otrzepał mokre futerko, ufnie podszedł do Marcusa i otarł się o jego nogę. Mężczyzna delikatnie wziął kotka i położył go sobie na kolanie, głaszcząc puszyste futro dużą, ciężką dłonią. Zwierzątko zmrużyło oczy, mrucząc głośno.
- Wiem, co musimy zrobić – powiedziała Sarah, wstając. Jej opiekun spojrzał na nią uważnie. Dziewczyna przeszła się po pomieszczeniu; ciężkie poły płaszcza zafalowały i Marcus musiał przytrzymać kociaka, bo ten się przestraszył i chciał uciec. Córka Johna usiadła na ziemi naprzeciw mężczyzny i pogłaskała kotka. – Jesteś najważniejszym elementem mojego planu.
- Już się boję – rzucił Marcus, ale uśmiechnął się jednym z tych swoich uśmiechów, które lubiła najbardziej. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego lewej piersi całą dłonią. Spojrzał na jej palce. – Teraz nawet boję się bardziej.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Jego pierś była pusta. Cicha jak zawsze. Poklepała go po torsie ręką i wstała. Nie padało. Poprawiła płaszcz i wyszła przed budynek. Bez zastanowienia weszła ciężkimi, wojskowymi butami w głęboką kałużę i patrzyła, jak rozwiązane sznurówki unoszą się na jej ciemnej powierzchni.
- Jesteś dziś dziwna. – Usłyszała. Marcus schylił się obok niej i odłożył na ziemię kociaka. Ten miauknął w ramach protestu; pewnie chciał więcej pieszczot.
- Dziękuję. Staram się. – Uśmiechnęła się. – Wracamy? Mam jeszcze dziś dużo do zrobienia.
- Oddasz mi płaszcz?
- Przecież ci niepotrzebny.
- Ale lubię go.
- Zastanowię się nad tym. – Posłała mu zawadiacki uśmiech.
Dochodziła druga w nocy, kiedy zdecydowała się powiedzieć wszystko Marcusowi. Wstała i spojrzała przez pokój na łóżko, gdzie spała jej mama. Założyła buty i narzuciła na plecy kurtkę, a potem cicho wyszła z ich kwatery. W pokoju przejściowym wpadła na brata. JJ siedział przy ekranie komputera. Podniósł na nią oczy i spojrzał nieco nieprzytomnie.
- Gdzie, siostra?
- Poszukać Marcusa – mruknęła.
- Jest środek nocy.
- To ważne – ucięła.
- Skoro tak... – Usłyszała jeszcze, zanim wyszła.
Przeciągnęła się, wchodząc do hangaru. Przez otwartą bramę wjazdową widziała, że znowu pada.
- Marcus? – zawołała, mrużąc oczy; widziała zarysy ciężkiego sprzętu bojowego i helikopterów.
- Zgubiłaś niańkę, Connorówna? – Usłyszała męski głos, z pewnością jednego z pilotów, którzy nigdy nie lubili zostawiać swoich maszyn, a potem głośne śmiechy kilku osób. Postanowiła ich zignorować. Weszła między helikoptery i przeszła pod skrzydłem Predatora, żeby po chwili wyjść przed budynek.
- Marcus? – Wyszła na deszcz. W sąsiednim magazynie dostrzegła zapalone światła. Ruszyła przez betonowe lądowisko, ale nagle zatrzymała się. Krople, które czuła na twarzy, były ciepłe. Uśmiechnęła się i zadarła głowę do góry, żeby te mogły swobodnie spływać po jej twarzy. Kochała ten piękny i cholernie niesprawiedliwy świat.
- Dziś przechodzisz samą siebie. – Usłyszała i poczuła znajomy ciężar płaszcza na ramionach.
- Jestem po prostu szczęśliwa, bo wiem, co powinnam zrobić. Co już robię.
- Kogo tym razem wysyłasz? – zapytał z ironią w głosie.
- Można powiedzieć, że ciebie. – Uśmiechnęła się. – Powiedziałeś, że zmądrzałam. Chcę udowodnić ci, że miałeś rację. – Poprawiła płaszcz. – Schowajmy się gdzieś.
- Już. Udowodniłaś. – Posłał jej uśmiech, kiedy ruszyli z powrotem w stronę hangaru.
Rozwiesiła mokry płaszcz na nosie Predatora i z pomocą Marcusa wspięła się na skrzydło samolotu. Wyżęła włosy i rozpuściła je na plecach, żeby po chwili usiąść po turecku obok mężczyzny. Siedział w takiej samej pozycji i nagle pomyślała, ilu ludzkich zachowań nauczyła się właśnie od niego. Ich kolana dotykały się.
- Wiedzą o tym tylko trzy osoby – zaczęła. – Ty, ja i Serena, jasne? Nikomu nie powiesz, prawda?
- Serena Kogen? – zapytał cicho. Kiwnęła głową, skubiąc dziurę w spodniach na łydce.
- To ją wyślemy w przeszłość. Ma raka, a my – chociaż mamy te wszystkie zaawansowane technologie, maszyny i tak dalej – skupiliśmy się na wojnie. Umiemy zszyć ranę na sto sposobów, ale wyleczyć raka, chore serce?... – Ucięła. – Dołączy do ekipy Cyberdyne Systems odpowiedzialnej za badania genetyczne w 2002 roku i może uda jej się pomóc sobie samej, zanim rok później trafi do zespołu odpowiedzialnego za stworzenie ciebie. I przypilnuje, żebyś dostał serce. Serce tobie niepotrzebne. Serce dla mojego taty. A potem będziesz miał zadanie odnalezienia nas. No i znowu się spotkamy. – Zakończyła z uśmiechem, ale szybko spoważniała. – Kiedyś powiedziałeś, że zasłużyłeś na śmierć po tym, jak zabiłeś tamtych ludzi w swoim czasie. Dlatego... Pomyślałam, że jesteś jedyną osobą, która może popilnować serca dla taty i...
- Moich losów nie zmieniaj – powiedział cicho. – Popilnuję go.
- Dzięki. – Wplotła dłoń w jego rękę i spuściła nogi ze skrzydła, żeby pomachać nimi w powietrzu. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. – Jutro uruchomimy wehikuł. Podłączysz się do machiny i szybko wyślemy Serenę w przeszłość. Dziś połknęła moją wiadomość. Przygotowałam nagranie.
- Naprawdę zmądrzałaś.
- Och, co ty nie powiesz? – Uśmiechnęła się szeroko. Ich spojrzenia spotkały się. Puścił jej rękę. Nagle wstał i zeskoczył na ziemię.
- Chodź, Saro. – Usłyszała i spojrzała w dół. Wyciągnął po nią ramiona i złapał ją, kiedy zsunęła się ze skrzydła. Postawił ją na ziemi i ruszył po swój płaszcz. – Odprowadzę cię.
Pokiwała głową. Szli korytarzem w milczeniu. Zastanawiała się, dlaczego nie chciał z nią dłużej porozmawiać. Nie miał więcej pytań? Co mu chodziło po głowie?
- Świat jest niesprawiedliwy. – Usłyszała. Jego głos zabrzmiał dziwnie.
- I kto to mówi? – Uśmiechnęła się. – Nie musisz spać, jeść, nie czujesz zimna i gorąca. No i nie starzejesz się. Zawsze będziesz taki przystojny. Zawsze...
- Zamknij się! – krzyknął nagle. Zatrzymał się i ona też stanęła jak wryta, wpatrując się w niego wyczekująco. Nagle położył rękę na jej ramieniu, żeby po chwili dotknąć jej szyi. Poczuła jego twardy kciuk na krtani. Miał zacięty wyraz twarzy. – Świat jest cholernie niesprawiedliwy. Chciałbym móc spać; żeby zmęczenie zwalało mnie z nóg; żebym miał sny; żebym mógł jeść świeże owoce i pić zimną wodę; żebym mógł naprawdę czuć chłód śniegu i gorąco letniego powietrza, i deszcz na skórze, i dotyk twoich rąk! Ale najbardziej chciałbym móc zestarzeć się razem z tobą!...
Patrzyła na niego uważnie. Dopiero po chwili zrozumiała jego ostanie życzenie. Nie chciał wcale kręcić się przy niej, mieć zmarszczki i wysiwieć; chciał być z nią jak mężczyzna chce być z kobietą. Nagle pomyślała, że na początku był dla niej jak ojciec, potem był jej opiekunem, niańką, a później przyjacielem. Kim był teraz?...
Wyciągnęła ku niemu ręce i po chwili była już w jego ramionach; objął ją mocno. Przytuliła twarz do jego piersi; do piersi, w której nie biło żadne serce. Gdyby tam jakieś było, z pewnością biłoby dla niej. Rozpłakała się, myśląc, że chyba świat nie do końca jest taki niesprawiedliwy, jak sądziła. Przecież żyła; jej mama i brat też żyli i mieli się dobrze; maszyny przegrywały z Ruchem Oporu. No i miała Marcusa. Objęła go mocniej.
- Uważaj, bo pomniesz mi mój ulubiony płaszcz. – Usłyszała tuż przy uchu. Roześmiała się przez łzy.
***
Kate Connor trzęsły się dłonie, kiedy rozcinała syntetyczną skórę na piersi Marcusa Wrighta. Mężczyzna był przytomny, bo nie miała pojęcia, jak go uśpić. Wpatrywał się w skalpel w jej ręku. Wreszcie dostrzegła nity na jego endoszkielecie i po chwili z pomocą dwóch asystentów odkręciła wszystkie śrubki i odłożyła klapkę na stolik obok. Za przezroczystym plastykiem zobaczyła bijące serce; zadrżała, zupełnie podświadomie dotykając brzucha i spojrzała na uśpionego Johna leżącego na blacie obok. Po chwili znowu spojrzała na serce, oglądając też zabezpieczenia szybki. Nagle dostrzegła mały czarny prostokącik przyklejony do ramki. Wzięła go pęsetą.
- To chyba karta pamięci. – Usłyszała spokojny głos Marcusa. – Mieliśmy takie. Do aparatów fotograficznych.
Nerwowo pokiwała głową.
- Sprawdźcie to. – Jeden z jej pomocników wziął kartę i po chwili włączył komputer.
- Tu jest tylko jeden plik video. – Usłyszała po chwili.
- Puść go.
Spojrzała na monitor; Marcus usiadł. Metalowy stół zgrzytnął pod jego ciężarem.
Na ekranie pojawiła się twarz rudowłosej dziewczyny, nastolatki.
- Cześć, mamo. To ja, twoja Sarah. Nie wiem, czy już mnie macie, czy nie. – Uśmiechnęła się, odgarniając na bok nieco za długą grzywkę. – Jeśli tak, możecie się cieszyć, bo oto, jaką śliczną będziecie mieli za kilka lat pociechę. Jeśli nie, za kilka lat więcej będziecie mieli córkę, która będzie taka oto ładna. Ale nie o tym. Skoro to oglądasz, oznacza, że Marcus was znalazł, bo Serena wypełniła swoją część misji. Marcus ma dla taty serce. Silne serce, które nie nawali. Marcus go nie potrzebuje; zresztą, nawet nie jest jego, bo miał inną grupę krwi niż tata. Mamo, proszę, uratuj tatę, żebym mogła go poznać. A Marcusa ode mnie pocałuj. Ja nadal nie mam na to odwagi. Kocham was. – Nagranie skończyło się i ekran zrobił się czarny.
- Kładź się – rozkazała Marcusowi Kate. Jej dłonie już nie drżały. Już się nie bała.
- A całus na szczęście?
***
Kiedy John ocknął się w helikopterze, od razu miał świadomość tego, że żyje. Czuł w piersi bijące serce. Podniósł oczy i zobaczył Marcusa, który siedział nieruchomo obok Blair. Nawet mu nie podziękował. Nagle kobieta dotknęła szyi mężczyzny, a ten odwrócił twarz w jej stronę!
- Dziwnie tak bez serca, co? – zapytała.
- Przyzwyczaję się. – Uśmiechnął się, a potem obejrzał się na Johna. Ten skinął mu głową. Marcus odwzajemnił gest.
- Kate? – wychrypiał Connor.
- Jestem, kochany. – Kobieta nachyliła się i pocałowała go w czoło. – A ty ze mną. Na zawsze.
10 lat później
John przeciął zbrojownię, idąc do hangaru. Kilku żołnierzy zasalutowało mu. Wszedł do warsztatu, gdzie naprawiano popsute helikoptery i rozejrzał się za Marcusem. Po chwili go zobaczył.
- Gdzie Sarah? – zapytał.
- Śpi. – Marcus ruchem głowy wskazał najbliższą maszynę. John podszedł do helikoptera i zajrzał do środka. Na siedzeniu zwinięta w kłębek spała jego córka. Obok dziewczynki spał rudy kociak. Niewiele myśląc, wziął swoje dziecko w ramiona i podniósł je go góry; była taka leciutka.
- Dziękuję – rzucił, oglądając się jeszcze na Marcusa.
- Do usług.
John przytulił do siebie córeczkę i wyszedł z hangaru. Mała poruszyła się, żeby po chwili otworzyć oczy.
- Tatek?... A gdzie Marcus?
- Ma dużo pracy.
- A gdzie Sam?
- Kim jest Sam?
- Kotek. Marcus go znalazł i przynieśliśmy go tutaj.
- Został w helikopterze.
- Nie, tato! Wróćmy po Sama. Chcę Sama! Do Marcusa! Tatusiu, proszę!
Spojrzał na córkę. Chyba była gotowa rozpłakać się na zawołanie. Nie lubił, jak płakała. Zawrócił.
- Marcus! – przywołała mężczyznę, kiedy weszli z powrotem do warsztatu. – Gdzie Sam?
- Też się obudził. – Zawołany podał jej kociaka. Dziewczyna od razu przytuliła do siebie malutkie, puszyste zwierzątko.
- Co z nim zrobimy? – zapytała. John spojrzał na córkę.
- Podrzucimy staremu Billowi z nasłuchu? – podsunął Marcus konspiracyjnie.
Sarah żywiołowo pokiwała głową.
- Tato, możemy teraz? – Spojrzała na Johna. Ten zrezygnowany kiwnął głową, a potem bez słowa podał dziewczynkę Marcusowi. Drugi mężczyzna przytulił ją do siebie równie łagodnie i czule. – Dzięki, tatek. Kocham cię bardzo!
- Ja ciebie też. – Uśmiechnął się.
Patrzył, jak Marcus niesie dziewczynkę; słyszał, jak coś do niej mówił, a ta się śmieje.
Sarah była Marcusa od chwili urodzin. Rozumiał to. Kochał córkę, bo wiedział, jak wiele jej zawdzięczał. Obaj zawdzięczali jej bardzo wiele. Na razie nie myślał o przyszłości dziewczynki. Czy pokocha Marcusa tak, jak mężczyzna kochał ją? Czy będzie szczęśliwa, wiedząc, że Marcus jest nieśmiertelnym cyborgiem?... Na razie wiedział, że małą najbardziej fascynuje to, że serce Marcusa bije w piersi jej ojca. Jeszcze nawet nie do końca rozumiała, jak to możliwe, chociaż kilka razy słyszała całą historię. Oczywiście bez wątku z Sarą z przyszłości.
NOWOPAIRINGOWY KONIEC
