Z dedykacją dla Brysi i Marty, moich bet i wsparć psychicznych przy pisaniu.

Obudziła się. Na zimnej, twardej ziemi, z bólem głowy, zła i obolała. I już wiedziała, że to życie. Z trudem podniosła się, najpierw do siadu, potem na nogi. Naprawdę, mogli ją wrócić w lepszym stanie. Otrzepała się, odetchnęła i rozejrzała dookoła. Bilans: zero Crowleya, co było świetną nowiną, zero Winchesterów, co było wieścią od świetnej do dobrej, zależy czy mieli humor próbować ją zabić, oraz zero Castiela, co było… nie wiedziała jaką wieścią. O i jeszcze dwa demony, na szczęście oba martwe. Cóż, nie były przyjaźnie nastawione. Trąciła nogą jednego z nich, ot dla własnej satysfakcji. Tępy ból gdzieś z tyłu głowy powoli słabł i zrozumiała, że to rodzaj pieczęci audytorów, mająca powstrzymać ją przed zdradzeniem sekretów ich działalności czy jak zwały ten biurokratyczny bajzel.

- Ok Meg, jesteś na ziemi. I co teraz? – powiedziała sama do siebie. W sumie tego nie przewidziała. Ruszyła powoli do środka budynku, w stronę krypty Lucyfera. Warto w końcu się rozejrzeć, zanim czegoś nie wymyśli.

Pomieszczenie było zakurzone, brudne i śmierdzące stęchlizną. Ale to nie wszystko, wyczuwała tu coś… dziwnego. Coś tu się stało. No cóż, najważniejsze, że tabliczki nie ma. A raczej, że ma ją Castiel. Coś jakby zakuło ją w środku. Cholera, nie sądziła, ze to przeżyje (i właściwie miała racje) i palnęła Łosiowi parę słów za dużo. Co prawda ten nie wyglądał na specjalnie zorientowanego, ale i tak było jej głupio. Obeszła powoli komnatę, od niechcenia przesuwając dłonią po przedmiotach.

Miłość była totalnie do kitu. Nic jej się w niej nie podobało, a najmniej to, że nijak nie mogła się odkochać. To, jak ją chwycił jeszcze za prostych czasów apokalipsy, gdy uwięziła go w kręgu płomieni, to jak wtedy na nią patrzył, ta cała złość… Te oczy, ujawniające stronę jego osobowości, której istnienia się nie spodziewała. I on też pewnie nie… To jak ją pocałował, przyciskając do ściany… O tak, to było bardzo dobre. Tak dobre, że od tamtej chwili chciała więcej. Nie żeby się do tego przyznawała… Ech a potem… nawet to jak był niegramotnym wariatem, to wszystko sprawiało, że tylko kochała go bardziej. I bardziej się na siebie wkurzała. Za każdym razem, kiedy był dla niej miły, w czasach swojego… świra, kiedy okazywał jej troskę, kazała mu się zamknąć. To było to, co alegorycznie do opowieści Sama, nazwałaby szczęśliwymi czasami. Naczelna różnica, między Jednorożcem Sama a jej polegała na tym, że gdyby nie zatrzymał się po potrąceniu psa, nic by się nie wydarzyło. Ona jakoś nie miała pomysłu, jak mogłaby zatrzymać bieg wydarzeń.

Pogrążona we własnych myślach, nie zauważyła, kiedy jej dłoń zaczepiła o jakąś szkatułkę, która z głuchym dźwiękiem wylądowała na posadzce. Meg zmarszczyła brwi i schyliła się po nią, palcami starła kurz i odczytała inskrypcje.

- No no no… - Powiedziała uśmiechając się do siebie. To się nazywa fart…

Tymczasem w pewnej bardzo przytulnej… piwnicy Ludzi Pisma…

- Świetnie Sam, po prostu świetnie. Kevinowi przepalają się układy scalone przez tą tabliczkę i niedługo będzie nam tłumaczył, że jest o różowych króliczkach, Casowi niebo namieszało w głowie i zwiał gdzieś z tabliczką, a ty rzygasz krwią. Pięknie.

- Wiem, Dean… uspokój się dobra? Wcale nie rzygam krwią, to tylko… - Sam siedział jak zwykle przy wielkim stole zawalonym woluminami, próbując się dowiedzieć czegokolwiek i być ponad dziamgolenie Deana.

- Co tylko Sammy? – Dean przerwał swoje wydeptywanie koleiny w podłodze i oparł się dłońmi o blat, nachylając do Sama.

- Staram się coś tu znaleźć… - Próbował bronić się Sam, ale jego usilne starania zostały przerwane, przez głośny huk i wstrząs, jakby coś ciężkiego uderzyło w powierzchnię nad bunkrem. Bracia spojrzeli na siebie na dosłownie ułamek sekundy, po czym jednocześnie wystrzelili w stronę drzwi, w tak zwanym międzyczasie wyciągając broń. Wypadli na zewnątrz.

- No nie… - Powiedział cicho Dean podziwiając wielki, jeszcze dymiący… głaz? Meteoryt? W każdym razie skała pękła i ze środka wylazło… coś. Coś wyglądało nieco jak łysa małpa z mordą kojota.

- Co do… - Zdążył dopowiedzieć do jakże konstruktywnej przedmowy Deana jego brat, gdy stworzenie rozwarło paszczę pełną małych ząbków, zaryczało wściekle i… zapłonęło. Stanęło w ogniu ale się nie paliło. I co, gorsza, zaczęło szarżować w ich stronę. Bracia natychmiast wykonali odwrót na z góry upatrzone pozycje, jednocześnie strzelając do stwora, ale ten nic sobie nie robił z kul…

- Super, teraz robota sama przychodzi do domu… Co to jest? – Zapytał Dean opierając się o zamknięte drzwi, w które stworzenie uparcie uderzało. Stał zrobiła się gorąca i musiał się odsunąć.

- Nie wiem… - Sam wertował w pośpiechu dziennik Johna, starając się znaleźć odpowiedź. – Dzwoń do Gartha. – Dean, wciąż celując w drzwi ze spluwy, wykonał telefon.

- Garth? Mamy towarzystwo…

Po zabiciu Hitodamy, bo tym okazało się owo coś, dni toczyły się zgodnie ze zwyczajną rutyną. Sam starał się jak najbardziej nie rzucać w oczy ze swoimi dolegliwościami, Dean się zamartwiał, Sam szukał czegoś na temat osłabienie skutków ubocznych podejmowania boskich wyzwań, Dean próbował skontaktować się z Castielem…Bracia polowali jak zwykle. A pewnego dnia, wracając oblepieni jakimś dziwnym szlamem, zastali ją siedzącą w pewnej odległości, jakby nie mogła podejść bliżej. No tak, Henry coś wspominał, że żadne zło nieproszone nie ma tam wstępu… Ale nie widzieli żadnych znaków. Tak czy inaczej, najwyraźniej nie powstrzymywało ich to przed znalezieniem kryjówki. Ale nie o to teraz chodziło, to właściwie w ogóle nie miało znaczenia wobec faktu, że…

- Meg! Co ty tu robisz? – Zawołał Sam, zatrzaskując drzwi Impali. Dean nawet tego nie zauważył. Demon stał przed nimi jak gdyby nigdy nic, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i uśmiechała się cynicznie.

- Wyśledziłam was, chłopcy. Trudne to nie było. – Spojrzała po nich, nie kryjąc satysfakcji z ich zdziwienia. Stanowczo widok wart zachodu.

- Ale… jak… - Próbował sformułować swoją myśl Dean, gestykulując nie pewnie.

- Ej,wy… wystarczyło zaczaić się przy jakiejś anomalii i czekać na efekty… Potem już z górki. – Tłumaczyła cierpliwie, udając, że nie wie co mają na myśli. Cóż i tak przecież nie mogła im powiedzieć.

- Widzieliśmy jak Crowley przebił cię mieczem. – Wyłożył w końcu kawę na ławę starszy brat.

- Najwyraźniej spudłował… - Powiedziała zniecierpliwiona. – I też się cieszę, że was widzę.

- Nigdy nie cieszyłem się na twój widok. – Stwierdził Dean i skierował się w stronę piwnicy.

- Starzy dobrze Winchesterowie… - Odezwała się odwracając w jego stronę, swoim zwykłym lekkim, lekko rozbawionym jakby tonem. – Za grosz wdzięczności… Tak się składa, że też nieźle daliście mi w kość, ale cóż, nie chowam urazy… - Dean zniknął pod ziemią i wtedy dopiero wróciła do młodszego z braci. – Co tam junior?

- Meg… co tu robisz? – Zapytał spokojnie, ale stanowczo, uważnie przyglądając się jej twarzy i wyraźnie nie wierząc w jej cudowne ocalenie.

- To co zawsze. – Wzruszyła ramionami. – Jesteśmy ze sobą związani na dobre i na złe, Łosiu. – Uszczypnęła go w policzek. – Tak długo, jak długo Crowley dycha…

- Wybacz, ale do tej pory nie zwracałaś się do nas bezinteresownie.

- Och Sam, jak możesz podejrzewać mnie o interesowność? Ranisz moje uczucia… - Odeszła kawałek, okręciła się i znów do niego wróciła. – A tak poważnie, Crowley mówił mi o waszych planach zamknięcia jego słodkiego biznesu na zawsze. To prawda? – Sam nie odpowiedział, ale jego milczenie było wystarczające. – Tak myślałam… Co więc stanie się z demonami przebywającymi tu, na wierzchu?

- Nie jesteśmy pewni. Prawdopodobnie…

- Poumieramy?

- Tak myślimy. – Meg uśmiechnęła się szeroko.

- W takim razie, miejmy nadzieje, że się mylicie. Albo, że spartolicie, jak zwykle. – Znów odeszła, zbliżyła się do Impali i lekko oparła o jej bok. – Zajmijmy się bieżącymi problemami.

- Szczerze Meg, Crowley to nie jest nasz priorytet. Jeśli zamkniemy piekło Crowley…

- … i tak zostanie wyeliminowany. Tak, być może. A może nie. A tak czy inaczej, będzie robił wszystko, by wam przeszkodzić. – Sam musiał się z nią zgodzić. W dodatku nikt nie wiedział ile jeszcze tabliczek poniewiera się po świecie. I co zawierają. – Do tego… nie najlepiej z tobą Sammy, widzę to. Dean też widzi. Nawet jeśli macie cudowny patent na zamknięcie piekła, możesz tego nie dożyć. To wasz pierwszy bieżący problem. Co do drugiego, to mam dobre wieści i złe wieści. – Sam słuchał, ale był ostrożny. Ufania demonom miał dość po wsze czasy. Ale z drugiej strony…

- Widzisz, kiedy ktoś bardzo skupia się na jednym celu, łatwo umykają mu szczegóły. Bardzo ważne szczegóły. Przetrząsnęłam kryptę Lucyfera po tym jak wszyscy uciekliście i… znalazłam parę przydatnych artefaktów. Generalnie, byłabym skłonna podzielić się nimi ale na określonych warunkach. – Sam westchnął ciężko.

- Meg bez urazy ale… Naprawdę, naszym celem jest piekło, ok? A jeśli są jakieś inne sprawy to sami je odkryjemy i sami sobie z nimi poradzimy. Nie potrzebujemy twojej pomocy…

- Nie bądź taki pewien. Chociaż mnie wysłuchaj. Ale może najpierw spróbuj udawać, że masz maniery i zaproś damę do środka? Zdaję się, że bez waszej zgody nie wejdę.

- Nie Meg, żadnych ściem. Mów jasno, o co chodzi. Co takiego znalazłaś w krypcie? – Meg uśmiechnęła się szeroko. Och tak, nie mogła mówić o tym co ją spotkało, między śmiercią a wskrzeszeniem, ale mówić o tym, co udało jej się wyczytać… Cóż, tego pieczęć nie obejmowała.

- Cóż Sam, słyszałeś kiedyś o Audytorach Rzeczywistości?