Skończyliśmy cracki. Na moment.
Dobrze wyprawiona skóra
Koniec końców Sephiroth miał krew na rękach, wiedział i myślał o tym, nie-myśląc, niekiedy albo często. Krew wrogów, głosiła propaganda, krew bojowników o wolność, mówili Wutajczycy, krew cywili, miauczeli pacyfiści, krew przeciwników, opowiadał prezydent na naradach, krew zachodnich-demonów-och-jakie-to-straszne-a-ty-jaki-dzielny!, wykrzykiwały z afektacją kobiety.
Kobiety wylizałyby mu ręce do czysta, z pewnością, gdyby tylko pozwolił, swoimi ciepłymi, gładkimi od śliny językami. Mężczyźni też, nierzadko, mężczyźni też, ci, którzy patrzyli na niego z tą samą dziwną, miękką dzikością. Pragnienie. Pożądanie. Ci chcieli go wykorzystać w prosty i zupełnie niegroźny sposób, chcieli wziąć od niego coś bezwartościowego, co dawał, jak strzepnięcie palcami, nieistotne, nieuważnie. Ale dawał, bo chcieli, a skoro chcieli, to spełniał. Czemu tak? Czemu nie? To najszybszy sposób, by pozbyć się problemu, nie żądali przecież nic, czego by mu mogło ubyć, na czym by mu zależało.
Nie zależało mu. To było... nierozwiązane, więc atypowe, przyznawał przed sobą. Ludziom zależało na seksie, miłości, ludzie pożądali lub pragnęli, sam widział, tyle razy – tyle razy o tym czytał, w książkach, w podręcznikach, beletrystyce, poezji, teoriach naukowych. Fakty, nie dyskutował z faktami, nigdy, tak czynią tylko głupcy. Mógł powtórzyć wszystkie te słowa: okstycyna, dopamina, testosteron, estrogeny, mógł je wypowiedzieć, by dźwięczały i syczały, i wyraźnie każdą sylabę, i kap-kap-kap jak kroplówki, zastrzyki, pisk pomp. Mógł powiedzieć: prokreacja, geny, przetrwanie gatunku, mógł powiedzieć korzyści społeczne, prestiż, gra (słowa tańczyłyby mu na języku, raz jedno, raz drugie tłumaczenie, a potem zmieniamy pary i z trzecią teorią, czwartą, piąta oraz szósta do kółeczka, prosimy). Mógł powiedzieć: samotność, komunia dusz, przywiązanie, miłość, mógł powiedzieć to wszystko, nawet odpowiednim tonem, niskim, ciepłym, łagodnym, jakby mruczał, jakby był zwierzątkiem laboratoryjnym, głaskanym, by się nie rwało, kiedy mu podają kolejne chemikalia. Tak mógł, tak robił, czemu nie, to było łatwo powiedzieć, wszystko jest łatwo powiedzieć – czemu ludzie tak lubią słowa? – ale wyrazy pozostawały puste. Nie nabierały fizycznej postaci ani nie rezonowały głęboko w nim, inaczej niż „miecz", „wojna" lub „jedzenie", które istniały fizycznie. Dotknąć je, zanalizować, sfunkcjonalizować i się je ma. Albo „Genesis" lub „Masamune", słowa, które były czymś więcej, bo całe „ja" Srebrnego Demona, to „ja", o którym tyle czytał, reagowało na nie wyjątkowo silnie.
Może nie umiał rozdzielić emocji, umiał jednak rozeznać, że jakieś czuje. Nigdy nie spotkał w sobie pragnienia ani pożądania, co było atypowe, niezgodne z książkami i z czym musiał nauczyć się żyć. Łatwe, jak wzruszenie ramion. Tylko nie lubił zagadek.
Tamci pożądali bądź pragnęli – dzięki za to losom, bo prościej można ich było wykorzystać. Już dawno, w laboratoriach, zauważył. To spojrzenie, najpierw, a że czytał, dużo czytał, to wiedział. I zareagował, odpowiedział, początkowo z eksperymentalnej ciekawości. Och, druga strona zachowywała się potem tak cudownie nieracjonalnie, tak cudownie... osobiście. Jakby przeskoczył z klasy „cennych rzeczy" do klasy „bliskich osób". Wypróbował na innych asystentach, doktorantkach, profesorach. Działało, cały czas działało, lepiej, gorzej, jakoś zawsze. Ich własny mechanizm obronny, ich własna sztywna bariera między „człowiekiem" a „pacjentem" czy „eksperymentem" obrócona przeciwko nim.
I wypuszczali go, potem, chociaż nie powinni. Przynosili rzeczy, których nie powinni, pozwalali mu zostawać, gdzie nie powinien, patrzeć w dokumentację, o której istnieniu nie powinien mieć pojęcia, pozwalali mu unikać zabiegów oraz zajęć. Nawet wtedy, kiedy Hojo zauważył, zaczął rozdawać kary tudzież zwolnienia, nawet wtedy, kiedy jedna laborantka spędziła pół dnia zamknięta w klatce z jakimś zmutowanym ogarem – cud, że nie padła na zawał; serce okazało się silniejsze niż neurony: nerwica, musieli ją zamknąć w odległym „ośrodku rekreacyjnym" (nie, nie żałował tej kobiety, czemu miał? jej własna bariera, jej własny system obronny ją zniszczył – choć Sephiroth nie pragnął jej cierpienia, nie pragnął przecież niczego i to właśnie problem).
Skoro ludzie chcieli, to im pozwalał, skoro widział w ich oczach życzenie, to spełniał. Czemu nie? Zawsze to władza, zawsze to siła, a im więcej siły, tym więcej bezpieczeństwa. Gromadził władzę, podziw, sławę – oraz potęgę, czystą, żywą potęgę – z przezorności. Żył na współczesnym dworze. Czy nie czytał w książkach, co spotyka nieostrożnych doradców, kondotierów, arystokratów? Czy nie widział, co spotkało nieostrożnych dyrektorów, opozycjonistów, studentów; całe królestwo Wutai?
Nie mówił nigdy nic: nie zrozumieliby. Słabe istoty, uwikłane w emocje, mechanizmy obronne, pożądania i pragnienia. Wylizałyby jego rękawiczki z krwi, do czysta, wylizałyby mu palce, środek dłoni, nadgarstek, wyczyściły włosami buty, i nigdy, nigdy nie zrozumiałyby, że wstając, zostawiając je, świtem, rano, wieczorem, w południe, nadal ma krew na rękach.
