Ej, za krótko trwa godzina,
niech się chwila ta zatrzyma,
Moim szczęściem chcę nakarmić
calutki świat, zdziwiony tak."

Seweryn Krajewski Wielka Miłość

Cz. 2

Severus Snape nie mógł spać. No, może to nie była tak do końca prawda. Bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że nie mógł na powrót zasnąć. Przyzwyczajenie z roku szkolnego, by wstawać chwilę po świcie nie odjechało wraz z uczniami.

Nie miał najmniejszej ochoty leżeć bezczynnie w łóżku. To nie było w jego zwyczaju. Wstał i po porannych czynnościach higienicznych względem swego ciała, zdecydował się na spacer po błoniach. Poranna godzina była doskonała do zbioru kilku dziko rosnących roślin.

Opustoszały zamek działał na niego przygnębiająco.

O, nie!

Nie tęsknił za tymi wszystkimi bachorami. Niech Merlin broni! Po prostu w takie ciche dni czuł się jak na cmentarzu, w otoczeniu portretów i duchów. Tylko on, dyrektor i... Potter.

Cholerny Harry Potter. Przynajmniej gówniarz miał na tyle taktu, by nie wchodzić mu w drogę. Gdy przez ostatnie tygodnie nie widział go na posiłkach, zwrócił na ten fakt uwagę Albusowi. Nie żeby się martwił. Po prostu uważał to za niegrzeczne. Ale oczywiście Dumbledore musiał znów ochronić swojego Złotego Chłopca i z tym swoim ojcowskim uśmiechem, którego Severus tak nie cierpiał, poinformował go, że chłopiec umie o siebie zadbać i trzeba dać mu teraz trochę swobody.

Swobody! Też coś? Dzieciak powinien wziąć się za siebie, a nie latać pół dnia na miotle, a przez drugie pół się obijać. Mruknął pod nosem przekleństwo skierowane do Dumbledore'a. Na widok krzywych min mijanych obrazów, którym nie spodobało się jego słownictwo, posłał im swoje opatentowane spojrzenie numer trzy, stosowane wobec jedenastolatków na pierwszych zajęciach z eliksirów. Portrety natychmiast znalazły sobie inne zajęcia.

Wyszedł na schody, oddychając pełną piersią świeżym, porannym powietrzem. Zaczął iść przed siebie. Nie miał jakiegoś konkretnego celu, po prostu szedł.

Gdy coś czarnego, leżącego przy brzegu lasu przykuło jego spojrzenie, przyśpieszył kroku. Sapnął z wrażenia, gdy zobaczył sporego, czarnego kota z widocznymi śladami zranienia. Rzucił na niego zaklęcie krępujące na wszelki wypadek, gdyby zwierzakowi zachciało się skoczyć do gardła przyglądającej mu się osobie, po czym uklęknął i zanurzył dłonie w futrze, podziwiając jego miękkość. Dwie rany, jedna przy zadzie, druga przy karku, nadal krwawiły. Trzecia, mniejsza, na łbie, już się zasklepiła.

Hagrida nie było, pojechał do tej swojej wielkiej pani do Francji. Severus zdecydował, że tak pięknego zwierzęcia nie zostawi na pastwę padlinożerców. Wziął go na ręce, nie przejmując się użyciem zaklęcia. Zwierzę nie było ciężkie, ważyło jakieś dziesięć kilogramów, musiało być młodym osobnikiem. Szybko wrócił z nim do swoich komnat. Nie wiedział, czy może zastosować zaklęcia leczące na kocie, więc użył tylko maści odkażających i opatrzył rany. Resztę musi dokonać natura. Potem przygotował mu legowisko w jednym z kątów swojego gabinetu i wyczarował łańcuch z obrożą. W końcu to było dzikie zwierzę, a on nie miał zamiaru skończyć jako jego posiłek.

Tak zabezpieczony zamówił sobie śniadanie i czekał, aż kot się obudzi. Zaczął też szukać, co to za gatunek, bo nie wydawało mu się, by Zakazany Las był jego naturalnym środowiskiem. Po godzinie poszukiwań znalazł. Teraz zastanawiał się, skąd kot się tu wziął. Anglia nie należała do ulubionych miejsc zamieszkania tego gatunku. Może uciekł z zoo albo cyrku?

Kot zaczął się budzić.

Harry powoli otwierał oczy. Cichy warkot wyrwał mu się z pyska, gdy poczuł ból w miejscu ran, ale nie był on już tak intensywny jak wcześniej. Czuł się bardzo słabo, pewnie przez sporą utratę krwi. Usiadł na zadzie, rozstawiając przednie łapy szeroko, gdy zakręciło mu się w głowie.

— No, mały. Spokojnie — usłyszał nagle i poderwał się zaskoczony.

Od razu się zachwiał, uderzając bokiem o ścianę. Zawarczał, trafiając zranionym zadem w kamień.

— Zwierzęta są jednak głupie — mruknął Severus, podchodząc bliżej.

Harry rozpoznał w końcu Snape'a oraz jego gabinet i uspokoił się trochę. Nie wiedział, co profesor ma zamiar z nim zrobić. Podkulił pod siebie ogon, siadając w kącie. Od razu też usłyszał brzęczenie łańcucha. Szarpnął lekko łbem, wypróbowując jego siłę.

— Nie wypuszczę cię, dopóki cię nie wyleczę.

Mężczyzna górował nad nim i Harry musiał unieść głowę, by spojrzeć profesorowi w oczy. Nie widział w nich wściekłości czy nienawiści, więc stwierdził, że mężczyzna pewnie nie wiedział, kim naprawdę jest jego gość. Odetchnął, a mruczenie chyba było kocim tego odpowiednikiem.

Snape zniżył się do jego poziomu.

— Jestem ciekaw, co taki karakal jak ty robił w Zakazanym Lesie? Komuś uciekłeś? I kto cię tak urządził? Chociaż mogę przypuszczać, że to twoja ostatnia ofiara zdecydowała się obronić. Pewnie natknąłeś się na te durne kobyły.

Głos Severusa Snape'a był cichy i spokojny, tak różny od tego, którym zwyczajowo częstował uczniów. Harry jak zahipnotyzowany nastawiał uszu, by nie uronić ani jednego słowa. Ciarki przebiegły mu po ciele. Położył łeb na przednich łapach, obserwując Snape'a i machając niby od niechcenia ogonem. Uniósł wargi, ukazując białe kły, gdy dłoń mężczyzny uniosła się nad nim.

— Chcę tylko sprawdzić opatrunek, durny kocie — warknął na niego Severus, choć tonacja głosu nie zmieniła się ani trochę.

Harry w ciele kota uspokoił się i pozwolił się dotknąć, przymykając oczy. Ręce, bardzo delikatne trzeba dodać, sprawdziły oba opatrunki, a potem nagle zawędrowały na jego głowę. Dziwne, ale bardzo miłe uczucie rozlało się po ciele Harry'ego drżącą falą, gdy został pogłaskany za uszami.

— Grzeczny kotek. Chyba można uznać, że jesteś oswojony. Jeśli nie zrobisz czegoś głupiego, to zdejmę łańcuch.

Kot przekrzywił łeb, nadstawiając się bardziej do pieszczot i zaczynając mruczeć. Obroża zniknęła, a mężczyzna wstał. Cichy warkot sprzeciwu wyrwał się z gardła zwierzęcia, gdy mężczyzna przerwał przyjemne pieszczoty. Severus zaśmiał się cicho, a kot zjeżył grzbiet. Harry wystraszył się. Nigdy dotąd nie słyszał śmiejącego się mistrza eliksirów. Podobał mu się jednak ten dźwięk. Był taki czysty i delikatny. Uspokoił się, siadając, a następnie ruszając na obchód komnaty.

— Jeśli coś zniszczysz, przerobię cię na jakąś wstrętną miksturę.

Harry warknął na niego, ale nie przerwał chodzenia.

Mistrz eliksirów uniósł jedną brew na to zachowanie. Poprzedni właściciel chyba często rozmawiał z kotem, a ten nauczył się pewnie reagować na ton głosu. Wrócił do biurka, przy którym pracował nad składem pewnego trudnego eliksiru, ale co jakiś czas rzucał spojrzenie na zwierzę. Na pewno nie było dzikie. Zbyt dobrze reagowało na ludzkie przedmioty. Nie zainteresowały go zapachy eliksirów, więc mógł też przyjąć, że przebywał wśród czarodziejów. Kominek ominął szerokim łukiem, warcząc na niego. Wybrał sobie najdalej oddalony od niego kąt i tam się położył, myjąc łapy.

— Czyżbyś chciał przez to zachowanie powiedzieć, że jest ci gorąco?

Cichy ryk był jedyną odpowiedzią. Zwierze pustynne nie lubiące ciepła. Kąciki ust profesora uniosły się nieznacznie. No, ale w końcu noce tam są chłodne, a zwierzak był po części nocnym łowcą. Wrócił do pracy. Tak się zapomniał, że omal nie wywrócił kałamarza, czując coś ciepłego na swojej nodze. Spod biurka wystawał długi ogon, a łapa spoczywała na jego udzie, bardzo blisko strategicznego miejsca.

— Czego?

Koło łapy pojawił się łeb, a Severus zamarł. Przełknął ślinę, słysząc głośne mruczenie. Bał się poruszyć, żeby nie przestraszyć kota, jakoś nie marzyła mu się utrata tej części siebie. I to jeszcze w tak głupi sposób. Inny odgłos doleciał do niego spod mebla. Odetchnął, zrozumiawszy przesłanie.

— Jesteś głodny, prawda?

Warkot był krótki, brzmiał prawie jak odpowiedź. Kot puścił go i usiadł naprzeciw biurka, opierając głowę o jego brzeg. Zbyt inteligentne spojrzenie pilnowało każdy jego ruch, gdy zamawiał posiłek. Nawet nie zauważył, że już pora obiadu. Surowe mięso zniknęło w tempie ekspresowym przy mlaszczących odgłosach rozszarpywania. Zaraz po posiłku kot stanął przy drzwiach, jakby na coś czekając. Gdy jedzący posiłek mężczyzna nie zareagował, warknął krótko. Profesor tylko spojrzał na niego i wrócił do obiadu.

Harry nie zamierzał się więcej prosić. Przecież nie pójdzie skorzystać z łazienki? Zrobił to pod drzwiami, a na wrzask mężczyzny odpowiedział tak samo, tylko po kociemu.

Gdy Snape kiedyś się dowie, że to on, to go wypatroszy. Ale przynajmniej go wypuścił, klnąc tak, że Harry aż na niego spojrzał ze zdziwieniem. Teraz nie wiedział już, co ma myśleć o mistrzu eliksirów. Nie wydawał się już tak straszny. Ktoś, kto opiekuje się znalezionym zwierzęciem, nie może być bez serca.

Szybko wrócił do Pokoju Życzeń, by powrócić do swojej ludzkiej postaci. Przemiana zajęła mu teraz mniej czasu, ale nadal była bolesna. Rany miały w tym spory udział. Przywołał Zgredka i poprosił go o odpowiednie eliksiry. Wypił je szybko, a rany obmył dyptamem. W końcu był na chodzie.

Znów zaczął rozmyślać o Snape'ie.