Zazwyczaj spoglądam na to miasto jak na zbiór oczywistości. Mijam kolejne budynki i ulice i po prostu przypominam sobie fakty. Kojarzę je ze sprawami, kontaktami z mojej sieci bezdomnych. Zapamiętuję to, czego do tej pory nie dostrzegłem.

Londyn to miejsce pełne zmian, które nie czeka na to, aż podążę jego śladami.

Tym razem nie potrafię jednak zrobić najmniejszego kroku w tej gonitwie za rzeczywistością. Nigdy nie czułem się jednocześnie tak pusty i zamotany w sieć. Myśli zdają się krążyć po mnie z najwyższą możliwą szybkością, a jednak tak naprawdę nad niczym się nie zastanawiam.

Mój wzrok podąża tylko niemo za zmieniającym się krajobrazem. Opuszki palców delikatnie zaciskają się na ustach. Dopiero po dłuższej chwili zdaję sobie sprawę z tego, że moje dłonie drżą. Spoglądam na nie z pewnym niedowierzaniem.

Moje narzędzie pracy, część ciała, w której niezawodność, stateczność i opanowanie zawsze wierzyłem, porusza się konwulsyjnym, bliżej nieokreślonym ruchem. I nie mogę temu zapobiec.

Kolejny powód przekonujący mnie o bezsilności wobec położenia, w jakim się znajduję.

Pozostaję skupiony na obserwowaniu tej słabości do momentu, gdy docieram do Scotland Yardu.

Muszę się uspokoić. To najlepsze rozwiązanie.

Wszystkie czynności, które mają miejsce przed moim wejściem do gabinetu Detektywa Inspektora są wykonywane półautomatycznie. Stary, powtarzalny schemat. Dokładnie tak, jak planowałem. Kiedy jednak drzwi pokoju Lestrade'a zatrzaskują się za mną, a on sam zatrzymuje się w połowie wypowiadanego powitania, wszystkie emocje wracają do mnie ze zdwojoną siłą.

Jestem zamknięty w pułapce, którą sam dla siebie stworzyłem.

-Zmiana stylu czy zepsuta pralka?

W pierwszej chwili nie rozumiem aluzji DI. Dostrzegam jednak jego wzrok wlepiony w moją klatkę piersiową. Nagły przebłysk.

Mam na sobie sweter Johna. Mam na sobie jego sweter. I nawet nie wiem, do cholery, kiedy go założyłem.

Dokonałem czegoś nieprawdopodobnego. Upokorzyłem sam siebie, nie wypowiadając ani jednego słowa.

Lestrade nadal na mnie patrzy. Jak wielu ludzi na tym świecie nie jest przyzwyczajony do mojego milczenia.

Inaczej. Jest w nim przyzwyczajenie. Bezmyślne przekonanie, że mój czas reakcji jest najkrótszym z możliwych.

Odpowiadam w najbardziej trywialny sposób:

-Żadne z nich.

-Co więc spowodowało, że masz na sobie sweter swojego współlokatora?

Mój język zdaje się zaplątywać w bliżej nieokreślony, trudny do rozwiązania węzeł.

Cholerny świat i cholerni ludzie oczekują ode mnie cholernej odpowiedzi, której wypowiedzenie było tak na dobrą sprawę tym, po co w ogóle tutaj przyszedłem. Mogę wręcz przysiąc, że taki był mój plan.

Niepewność rozrywa mnie od środka. W dotychczasowym życiu miałem już do czynienia z torturami. Ta jednak wydaje się być najgorszą, jaka kiedykolwiek mnie spotkała.

W oddali słyszę wytłumiony głos inspektora:

-Sherlock? Wszystko w porządku?

W ciągu kilku sekund podejmuję decyzję, przełykam wszelkie gorzkie słowa i zostaję tylko z krótkim, suchym, kłamliwym stwierdzeniem.

-Tak, nic niezwykłego.

Mimika mojego rozmówcy jest oczywista. DI postanawia jednak nie kontynuować tego osobliwego 'przesłuchania'.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, co czuję wewnątrz siebie. Coś mówi mi, że wszystko poszło w nieodpowiednim kierunku. Nie mogę jednak tego dłużej rozważać, kiedy przepływ informacji nie jest zakończony.

-Wiesz, mamy teraz taką sprawę... Jeśli chcesz, mógłbyś...

-Nie jestem zainteresowany - przerywam. -Może innym razem.

Wychodzę bez pożegnania. W sumie to mój naturalny odruch, Lestrade nie powinien być zaskoczony.

Łapię pierwszą możliwą taksówkę. Kiedy siadam na tylnym siedzeniu, odpowiadam szorstko na pytanie kierowcy o miejsce docelowe podróży.

-St Bart's. Jak najszybciej.