Władca Czasu
Tej pierwszej nocy w równoległym wszechświecie Doctor nie mógł spać. Wiedział, że to ludzkie ciało potrzebowało snu, ale mógł tylko przewracać się z boku na bok i uparcie zamykać oczy. Głowa bolała go od nadmiaru wspomnień i myśli, z którymi ludzki mózg nie potrafił sobie poradzić. Czuł tak wiele nowych, tak bardzo ludzkich uczuć, tak bardzo intensywnych… Każda strata, każda zła decyzja powracała do niego teraz z wszelkimi uczuciowymi konsekwencjami, przed którymi do tej pory uciekał w gwiazdy. Zawsze przed siebie, byle tylko nie pamiętać. Wciąż do przodu i do przodu, nowe światy, nowe miejsca, nowi ludzie… Poczuł łzy na policzkach i aż zaśmiał się histerycznie w poduszkę. Łzy były tak bardzo ludzkie, tak bardzo bezradne… Ale tym razem Doctor nie mógł uciekać, więc pozwolił im płynąć, coraz szybciej i szybciej, aż uświadomił sobie, że naprawdę płacze po raz pierwszy od wielu lat.
Tej nocy Doctor opłakał dziewięćset lat swojego życia. Opłakał wszystkie galaktyki, których miał już nigdy nie zobaczyć. Opłakał swoją Tardis, która była dla niego zawsze prawdziwym domem. Opłakał wszystkich utraconych towarzyszy, którzy tyle razy ocalili go od szaleństwa. Opłakał każdą śmierć, której był sprawcą i każdą rasę, którą wymazał z historii wszechświata. Opłakał każde dziecko Gallifrey, które przez niego nigdy nie dosięgło gwiazd. Płakał nad tymi, których zawiódł i nad tymi, których życie bezpowrotnie zmienił. Płakał nad tymi, którym odebrał nadzieję i nad tymi, którym dał jej za wiele. Płakał nad swoją samotnością i nad rodziną, którą utracił.
Płakał i płakał, aż niebo za oknem pojaśniało i zabrakło mu łez.
Ku swojemu zaskoczeniu nie poczuł wcale ulgi, raczej jakąś pustkę, jakby ktoś odebrał mu nagle część duszy i nie pozostawił nic w zamian. Leżał bez ruchu, zbyt wycieńczony, żeby zasnąć i słuchał ciszy, która panowała w całym domu, a nagle zapadła także w jego głowie. Doctor już dawno zapomniał jak brzmi cisza i przez chwilę napawał się jej dźwiękiem, chłonąc ją całym sobą aż do bólu.
Pierwszy wstał Pete. Doctor usłyszał cichy, krótki dźwięk jego budzika. Ojciec Rose zebrał się w pośpiechu i wyszedł z domu, najwyraźniej nie zawracając sobie głowy śniadaniem. Kilka minut po tym, jak zamknęły się za nim drzwi obudził się mały Tony i zaczął dość głośno domagać się uwagi od swojej mamy, która wstała i szurając kapciami zaniosła go do kuchni. Doctor słyszał jak krząta się po kuchni, brzękając sztućcami i parząc wodę w czajniku. W sypialni obok Rose przewróciła się na drugi bok i wymruczała coś przez sen.
Doctor usiadł powoli i spróbował rozluźnić obolałe mięśnie. Czuł, że jeszcze trochę poleży w łóżku i oszaleje całkowicie. Wstał i ubrał się, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Pomyślał, że skoro nie jest w stanie spać, to może chociaż zje śniadanie, więc skierował się do kuchni.
Jakkolwiek nie kusiła go wizja szybkiej śmierci, byłoby głupotą, gdyby po dziewięciuset latach życia umarł z wyczerpania organizmu.
Rose obudziła się, gdy słońce stało już wysoko na niebie. Mimo długiego snu czuła się strasznie niewyspana. Pamiętała, że przez całą noc dręczyły ją koszmary, choć nie mogła przypomnieć sobie ich treści. Powlekła się do łazienki, mając nadzieję, że zimny prysznic przywróci jej jasność umysłu.
Jednak razem ze świadomością wróciły również wspomnienia. Rose oparła czoło o lodowate kafelki, czując narastającą panikę. Jak mogła o Nim zapomnieć? Przecież obiecała, że się Nim zaopiekuje, to była ostatnia prośba Doctora. I choćby Rose miało pęknąć serce, nie zamierzała go zawieść. Wytarła się szybko i ubrała, łapiąc pierwszy ciuch, który znalazła pod ręką. Musiała go znaleźć, jak najszybciej. Na początku zajrzała do pokoju gościnnego, jednak zastała tam jedynie starannie pościelone łóżko. Wołanie Rose zabrzmiało nienaturalnie głośno w pustych pokojach. Nikt jej nie odpowiedział. Autentycznie przerażona przebiegła wszystkie pomieszczenia na parterze, jednak tam również go nie było. Wybiegła z willi, rozglądając się dookoła i zastanawiając gdzie mógł się podziać. Na myśl o tym, że mógł po prostu odejść, zrobiło jej się słabo. Przez chwilę stała niezdecydowana na ganku, nie wiedząc co robić dalej. Nie miała najmniejszego pomysłu, gdzie mógł pójść. Zresztą może wcale nie odszedł na stałe. Przygryzła wargę, próbując się uspokoić i zastanowić na spokojnie. Doctor, a w każdym razie jej Doctor, nigdy nie zostawiłby jej bez pożegnania. Musiał zostawić jej jakąś wiadomość. A nawet jeśli nie, to mama lub tata musieli coś wiedzieć na ten temat. Musiała tylko wrócić do domu i…
Drzwi były zamknięte. Zatrzasnęła je, wybiegając na zewnątrz i teraz uświadomiła sobie, że nie ma jak wejść do środka. Jej klucze leżały sobie bezpiecznie w torebce w przedpokoju. Razem z telefonem. Krzyknęła wściekle, kopiąc w drzwi, jednak poczuła tylko ból w gołej stopie. Zaklęła głośno, siadając pod ścianą. Była zła. Na siebie, na Doctora, na Jackie, na cały świat. Żałowała, że nie ma teraz do czynienia z Dalekami, bo czuła, że mogłaby zniszczyć pół armii gołymi rękami. Jednak jak na złość okolica była cicha i spokojna. Wiatr wiał sennie co jakiś czas podrywając do góry zeszłoroczne liście. Rose przygryzła ponownie wargę i skuliła się opierając głowę na kolanach. „Wróci" pomyślała. „W końcu nie ma dokąd pójść". A jakiś cichy głosik w głowie dodał „Przecież powiedział, że mnie kocha".
- To nieprawda - powiedziała na głos. - Gdyby mnie kochał, nigdy by mnie nie porzucił.
Odpowiedziała jej cisza. Nawet wiatr ustał, jakby nie mógł wytrzymać żalu w jej głosie.
Doctor wracał do willi powoli, z każdym krokiem czując się bardziej niepewnie. Rose musiała się już obudzić i nie bardzo wiedział co mógłby jej powiedzieć. Albo raczej - nie miał jej nic więcej do powiedzenia. Nic ponad to, co już wiedziała.
Zobaczył ją już z daleka. Siedziała skulona na ganku, jednak gdy tylko go zobaczyła, zerwała się na równe nogi. Miała bose stopy, rozczochrane włosy, rozmazany makijaż i krótko mówiąc wyglądała okropnie. Patrzyła na niego z mieszaniną ulgi i złości. To nie było dobre połączenie.
- Dzień dobry - zaczął niepewnie. - Jak się czujesz?.
- Szukałam cię - powiedziała Rose nieswoim głosem.
- Wybacz. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, wiec poszedłem z Jackie na zakupy. Wzięła teraz Tony'ego do parku, a ja właśnie wróciłem i…
Pokiwała głową.
- Tak właśnie myślałam, że to coś w tym stylu - mruknęła. Zabrzmiało to bardzo nieszczerze.
Przez chwilę stali w milczeniu naprzeciw siebie.
- Dlaczego nie wejdziemy do środka? - spytał w końcu Doctor.
- Nie mam kluczy. Zatrzasnęłam je w środku. I nawet nie waż się ze mnie śmiać - powiedziała groźnie, wiedząc, jak kąciki jego ust wyginają się do góry.
- Wybacz - odpowiedział poważniejąc posłusznie. - Jackie powiedziała, ze klucz leży pod doniczką.
- Tata wziął go już dwa tygodnie temu. Powiedział, że nie będzie ułatwiał roboty złodziejom.
- Więc musimy zaczekać. - Doctor wypowiedział na głos oczywiste, siadając na ziemi. Po chwili Rose usiadła obok.
- Więc… - zaczął Doctor po chwili.
- Więc co?
- Nie wiem, może chciałabyś o coś spytać?
- Nie wiem. - Rose wzruszyła ramionami. - Może. Tak. Właściwie tak. Kiedy powiedziałeś… Wtedy na plaży powiedziałeś, że jesteś Doctorem. Te same myśli, te same wspomnienia…
- To prawda.
- Ale jesteś człowiekiem. Z ludzkim sercem i ludzkim mózgiem.
- Tak.
- Więc jak to możliwe?
- Och Rose, ludzkie mózgi nie różnią się tak bardzo od naszych. Znaczy się od mózgów Władców Czasu. Wy ludzie prawie wcale nie wykorzystujecie ich potencjału. Używacie jakieś marnych kilku procent, podczas gdy ja kontroluję teraz jakieś sześćdziesiąt. Oczywiście nie jest to zbyt przyjemne, to jak mieć nieustanny ból głowy, ale w końcu się przyzwyczaję. Może usunę część starych wspomnień… Mam głowę wypełnioną bzdurami. Naprawdę przez lata znalazło się tam mnóstwo niepotrzebnych rzeczy.
- Mówisz jakby to było taki proste.
- Może i mam ciało człowieka, Rose, ale nie jestem zwykłym człowiekiem. Jestem Władcą Czasu.
Rose skrzywiła się i spojrzała w bok.
- Wszystko w porządku? - spytał Doctor.
- Tak. Nie, nie w porządku. Nie jesteś Władcą Czasu. On był, on jest Ostatnim Władcą Czasu.
- A ja jestem nim.
- Nie. Nie jesteś nim.
- Jestem. Jestem Doctorem.
- Przestań! - Ostatnie słowo Rose wykrzyczała ze złością.
- Rose, wiem jak się teraz czujesz, ale ja naprawdę jestem Doctorem.
- Nie. Nie, dopóki on gdzieś tam jest.
- Czemu wciąż o nim myślisz? Zostawił cię. Owszem, będzie tęsknił, zwłaszcza na początku. Ale on wiedział, zawsze wiedział, jak to się skończy. I w końcu sobie z tym poradzi. Znajdzie nowych towarzyszy. Zregeneruje się. I będzie znowu przemierzał galaktyki i ratował cywilizacje.
- To był Doctor, którego kochałam - powiedziała patrząc na niego po raz pierwszy od początku rozmowy. - Jeśli naprawdę nim jesteś, to gdzie twoja Tardis? Gdzie twój śrubokręt? I od kiedy chodzisz na zakupy, zamiast ratować świat?
Jej słowa zabolały mocniej niż wszystkie rany, które Doctor otrzymał za swego długiego życia. Cisza, która zapadła teraz między nimi była ciężka i po chwili oboje poczuli, że zaczynają się w niej dusić.
Na dodatek wiatr postanowił najwyraźniej przenieść się w radośniejsze miejsce.
- Idzie burza - powiedziała Jackie, nie kierując słów do nikogo konkretnego. - Mówili w telewizji, że to będzie prawdziwe oberwanie chmury, w samym centrum Londynu.
- To tylko deszcz, mamo - mruknęła Rose.
Siedzieli w trójkę w salonie: Rose, Jackie i Doctor. Tony odbywał właśnie swoją tradycyjną poobiednią drzemkę, a dla Jackie również tradycyjnie była to pora herbaty i plotek. Z uwagi na Doctora nie zaprosiła jednak dzisiaj żadnej z przyjaciółek i próbowała wciągnąć któreś z nich w rozmowę. Z mizernym skutkiem. Rose skuliła się zamyślona na kanapie i odpowiadała jej jedynie półsłówkami, a Doctor siedział na podłodze i rozkręcał trzecią z kolei elektroniczną zabawkę Tony'ego. Tych dwoje ignorowało się ostentacyjnie, jednak co chwila rzucali sobie szybkie spojrzenia, które co jakiś czas się spotykały. Wtedy oboje gwałtownie odwracali wzrok, przy czym Doctor wzdychał ciężko, a Rose upijała szybko kolejny łyk herbaty.
- To ma być największa burza od wielu lat. - Jackie potrafiła być naprawdę wytrwała. - A co jeśli Tamiza wyleje?
- Nie w tym roku. - Doctor niespodziewanie włączył się do rozmowy, nie unosząc wzroku znad zabawki. - Następna wielka powódź w Londynie będzie mieć miejsce w 2012 roku, gdzieś w okolicach września. Stały punkt w czasie, nawet dla równoległego wszechświata.
Na to proroctwo nawet Jackie nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Ale tylko chwilowo.
- Och, Rose! - powiedziała gwałtownie, aż oboje spojrzeli na nią pytająco. - Całkowicie zapomniałam! Pamiętasz grilla, którego pożyczyłyśmy od Sary z okazji urodzin taty? Rozmawiałyśmy kilka dni temu i obiecałam, że oddamy go do dzisiaj. Może mogłabyś…
- Mamo, to naprawdę może poczekać. Skoro ma dzisiaj padać, to na pewno Sara nie będzie go potrzebować. Zresztą jest ciężki, nie możesz zaczekać aż tata wróci z pracy z samochodem?
- To tylko kilka ulic, skarbie, a Bóg wie kiedy twój ojciec wróci dziś do domu. Poza tym - Jackie uśmiechnęła się triumfalnie - Doctor mógłby pójść z tobą i pomóc.
- Jasne - powiedział Doctor, podrywając się na równe nogi i najwyraźniej marząc o tym, żeby się na coś przydać. - Spacer dobrze mi zrobi, tak myślę.
- To naprawdę nie jest… - próbowała się jeszcze wybronić Rose, ale Jackie przerwała jej natychmiast.
- Och, Rose, proszę, weź go stąd zanim zwariuje z nudów albo co gorsza zacznie rozkręcać mi pralkę.
- Przecież złożyłbym ją z powrotem - powiedział Doctor, robiąc obrażoną minę.
Rose zrozumiała, że tym razem jest na przegranej pozycji.
Tak więc Rose i Doctor zanieśli grilla do Sary, która okazała się być miłą, trzydziestoletnią brunetką, mieszkającą w domu z zadbanym ogródkiem i poświęcającą się opiece nad trójką uroczych dzieci. Porozmawiali chwilę o pogodzie i innych nic nie znaczących sprawach, aż Rose skłamała, że mają coś ważnego do załatwienia i absolutnie nie mogą zostać na herbacie.
- Szkoda - powiedziała Sara tonem, jakby naprawdę było jej przykro. - Ale i tak musisz do mnie kiedyś wpaść, Rose. Oczywiście z twoim przystojnym przyjacielem, który nie podał nawet swojego imienia.
- Och, wybacz - zaczął Doctor, uśmiechając się czarująco - Jestem…
- To tylko znajomy - powiedziała szybko Rose. Uśmiech Doctora zniknął w ułamku sekundy.
W powrotną drogę ruszyli w milczeniu. Powietrze wydawało im się duszne i pełne napięcia, nie wiadomo czy z powodu nadchodzącej burzy, czy przez latające pomiędzy nimi niewypowiedziane słowa. Żadne z nich nie miało ochoty wracać już do willi, jednak nie mieli powodu, żeby tego nie robić, więc szli tylko coraz wolniej i wolniej, aż Rose poczuła, że ma dość ciszy.
- To było miłe. Urodziny taty. Zaprosiliśmy strasznie dużo znajomych. Mickey rozwiesił wszędzie lampiony i ogród wyglądał naprawdę pięknie.
Doctor słuchał pilnie i najwyraźniej nie zamierzał jej przerywać.
- Mama przygotowała okropnie dużo jedzenia. Jedliśmy to potem przez tydzień. - Rose uśmiechnęła się do swoich wspomnień. - Był też tort, naprawdę ogromny, z marcepanowymi ozdobami i tak dalej. Kiedy tata zdmuchnął świeczki, wszyscy bili brawo. To było dziwne, bo wiesz, zawsze wcześniej byłyśmy tylko ja i mama, a teraz nagle miałam tak wielką rodzinę…
- I co było dalej? - spytał Doctor po chwili milczenia.
- Nie wiem. - Rose przygryzła wargę. - Nie było mnie tam. Wróciłam do Torchwood. Wykonywaliśmy już wtedy ostatnie testy. Byłam tak blisko, tak blisko znalezienia Doctora, że nic innego nie miało znaczenia. Poświęciłam na to dwa lata życia. Kiedyś, zanim go poznałam, marzyłam właśnie o takim życiu. Wiesz - ja, mama, tata, duży dom z ogrodem, Mickey, ciekawa praca… I kiedy dostałam to wszystko, ominęłam nawet urodziny własnego taty. Taty, za którym tęskniłam przez dziewiętnaście lat mojego życia.
Zatrzymali się na rogu ulicy. Po policzku Rose spłynęła łza. Doctor bardzo chciał znaleźć słowa, które mogłyby ją pocieszyć, ale nie potrafił. Gdzieś z oddali doszedł ich dźwięk grzmotu.
- Myślałam - Rose pociągnęła nosem - myślałam, że gdy go znajdę, wszystko się ułoży. Znowu będziemy podróżować razem, przez czas i przestrzeń. I byłam gotowa porzucić wszystko, absolutnie wszystko, żeby tak się stało. To była moja decyzja.
- Rose… - Doctor zawahał się. - Oboje… oboje oczekiwaliśmy czegoś innego. Myślisz, że dla mnie to było takie proste? Dla ciebie porzuciłem cały mój świat. Całą moją istotę i wszystkich innych ludzi. Donna, pamiętasz Donnę? Będzie musiała zapomnieć, zapomnieć wszystko, bo inaczej umrze. To była moja wina i nawet nie mogę teraz przy niej być. I to boli. Życie tutaj też boli, ponieważ ja nie potrafię tak żyć, godzina za godziną, minuta za minutą, sekunda za sekundą. Kiedy zamykam oczy wydaje mi się, że zaraz zwariuję. - Doctor uświadomił sobie, że mówi coraz głośniej, więc wziął głęboki oddech. - I zgodziłem się na to wszystko. Dla ciebie. To była moja decyzja.
- Więc może nie powinieneś jej był nigdy podejmować - powiedziała Rose przez łzy. Odwróciła się i odbiegła szybko, jakby chciała się znaleźć jak najdalej od niego. Patrzył za nią aż zniknęła za kolejnym zakrętem. Kucnął na chodniku, kuląc się w sobie i próbując zapanować nad ogarniającą go falą paniki, jednak bezskutecznie. W jego głowie znowu odezwały się setki głosów i Doctor poczuł, że nie potrafi się uspokoić.
Jego ciało zareagowało instynktownie i Doctor zrobił to co robił zawsze wtedy, gdy był przerażony lub zagubiony. Zaczął biec, coraz szybciej i dalej. W pewnym momencie gdzieś blisko zabrzmiał grzmot i z nieba spadła ściana deszczu, sprawiając, że Doctor w jednej chwili przemókł do suchej nitki. Nawet tego nie poczuł, skupiony na tej jednej ucieczce. Ucieczce od bólu, od problemów i od samego siebie.
W końcu ciało odmówiło mu współpracy i zatrzymał się gwałtownie. Z trudem usiadł na ziemi, opierając się o latarnię. Czuł na twarzy lodowate krople deszczu, a przed oczami widział tylko ciemne plamy. Z jednym sercem wcale nie było łatwo uciekać. Biło tak szybko, że Doctor pomyślał, że najprawdopodobniej przesadził i właśnie umiera. Ta myśl wcale nie wydała mu się przykrą. Wyobraził sobie, że wreszcie naprawdę odpocznie. Znowu zobaczy pomarańczową trawę i srebrne drzewa. Zamknął oczy, czekając na białe światło i wszechogarniający spokój. Ale poczuł jedynie, że jest mu zimno. I zaczyna być głodny.
Otworzył oczy i rozejrzał się. Deszcz padał nieprzerwanie, w ciemności rozpraszanej raz po raz przez błyskawice. Po drugiej stronie ulicy zobaczył jasno oświetlony lokal. Neon nad wejściem głosił dumnie, iż jest to pub otwarty przez całą dobę. Doctor wstał z trudem i ruszył w tamtą stronę. Nie wiedział gdzie jest, ani co dalej zrobi, ale musiał zapobiec wyziębieniu organizmu. Popchnął drzwi i wsunął się do środka. Wnętrze lokalu było ciepłe, przytulne i, prawdopodobnie z powodu pogody, całkowicie puste. Barman rzucił na niego zdumione spojrzenie, ale na widok wyrazu jego twarzy po prostu nalał mu szklankę któregoś z absolutnie nieidentyfikowalnych dla Doctora płynów. Doctor usiadł przy barze i wychylił ją jednym haustem, nawet się nie krzywiąc.
- Choroba, praca, kobieta? - spytał barman, przyglądając mu się ze współczuciem.
- Wszystko na raz - wychrypiał Doctor.
Za szybą ciągle padał deszcz.
