Rozdział pierwszy
Część druga
Harry'ego obudziły głośne okrzyki „Gliny!" „Wiać!". Stęknął i zapakował koc do plecaka. Ukrył się za stertą pudeł i po chwili wahania zdecydował się na desperacki krok. Znowu się aportował, tym razem do Dublinu. Tam przeczekał dobre kilka godzin na jakimś skwerze i z duszą na ramieniu wrócił do squatu. Na szczęście nikogo nie było.
Ścisnęło go w dołku, bo znowu był sam, bez żadnej perspektywy i pomysłu, co robić. Postanowił pójść i spróbować swojego szczęścia na skwerku. Teoretycznie jeszcze nie potrzebował pieniędzy, ale dodatkowe parę funtów na pewno by się przydało. Nie wiedział, gdzie będzie spał, zwłaszcza po tym nalocie służb na squat. To miejsce zapewne pozostanie opustoszałe, zanim uwaga policji nie skoncentruje się na innym schronieniu młodocianych bezdomnych.
Usiadł na chodniku, na kratce okrywającej nawiew ciepłego powietrza. Po jakimś czasie poświęconym na obserwację, uznał, że z polowania nici. Nie było za wielu chętnych klientów, a dookoła krążyli doświadczeni, doskonale orientujący się chłopcy. On nie miał żadnych szans i jedynie mógł oberwać za włażenie na czyjś rewir.
Przysnął i został nagle obudzony przez policjanta.
— Musisz stąd spływać, mały, albo będę musiał aresztować cię za włóczęgostwo. Pójdę teraz na chwilę tam, ale kiedy wrócę, ciebie ma tu nie być, bo inaczej lądujesz za kratkami. Jasne?
Harry niepewnie wstał. Był zmęczony, zziębnięty i głodny. Nie miał ciepłego okrycia, bo wuj sprzedał jego jedyny płaszcz. Miał cienką wiatrówkę Dudleya. Mógł wziąć coś cieplejszego, ale tego nie zrobił z paru powodów, po pierwsze nie chciał pozbawiać kuzyna zimowej kurtki, a po drugie – i to chyba przeważało – była na niego o wiele za duża.
Pomyślał o pieniądzach, które miał tak skrzętnie ukryte. Nie chciał z nich korzystać, tylko w awaryjnej sytuacji, ale zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później będzie musiał to zrobić.
Sięgnął do plecaka, aby sprawdzić ile ma pieniędzy. Nie był zaskoczony, kiedy się okazało, że kwota, którą "zarobił" na spółkę z Dougiem zniknęła. Domyślał się nawet, na co została wydana. Doug wyglądał na zawstydzonego, kiedy pomagał mu się położyć przed nasmarowaniem pleców, choć wtedy nie przywiązywał do tego wagi. No cóż, za nieuwagę się płaci.
Harry wyciągnął swoje pudełeczko i wysupłał drżącymi palcami zminiaturyzowany banknot o wartości pięćdziesięciu funtów i przywrócił mu pierwotną wielkość. Gdyby tylko mógł je rozmienić, mógłby spróbować coś kupić.
oOo
Wszedł do sklepiku i wziął z lady zapakowaną kanapkę. Podszedł następnie do kasy i podał banknot. Kobieta wyraźnie nie była zadowolona wyglądu klienta i z grymasem na twarzy sprawdziła prawdziwość tego, czym zapłacił.
Od razu podniosła raban:
— Nie ma mowy! Wynocha! Nie przyjmuję fałszywek od takich oszustów, jak ty. Tu kupują porządni ludzie! Zostaw moją kanapkę i znikaj stąd! Ale już!
Harry szybkim ruchem wyrwał jej banknot i tuląc do siebie zawiniętą kanapkę niczym skarb, uciekł. Na szczęście kobieta jedynie za nim krzyczała, gdy zniknął za rogiem. Nie zwolnił, nim nie skrył się w zaułku w pobliżu jakiegoś osiedla. Tam skulił się, jak mógł najbardziej wokół plecaka. Kanapka nie była wystarczająca, aby zasycić bolesną pustkę w jego żołądku, ale cieszył się, że coś zjadł przed snem. Nikt go nie niepokoił aż do świtu.
Przeczekał do czasu, kiedy miał pewność, że banki są otwarte i poszedł do najbliższego oddziału. Podszedł do okienka i poczekał cierpliwie, aż pracownica zechce unieść na niego oczy. Wiedział, że wygląda nieciekawie, delikatnie mówiąc. Zdawał sobie sprawę, że zarówno on, jak i jego ubrania są brudne i sprawia wrażenie mocno zaniedbanego. W tym stanie wcale by się nie zdziwił, gdyby kobieta kazała ochronie go wyrzucić. Jednak spojrzała na niego dość obojętnie, więc bez zbędnej zwłoki przekazał jej banknot i odezwał się cicho:
— Dzień dobry. W sklepie powiedziano mi, że ten banknot nie jest prawdziwy. Chciałbym się upewnić, czy to prawda?
Pracownica sprawdziła, czy są specjalne oznaczenia, przyjrzała się pod światło, a także zbadała strukturę papieru, dotykając banknotu.
— Cóż, obawiam się, że to dość dobra podróbka. — Włożyła pieniądz pod małą wagę. — Dziękuję, miłego dnia.
Zajęła się swoją pracą, a Harry stał przy okienku, czekając bezradnie, w końcu się odezwał:
— Przepraszam bardzo, ale czy mogę prosić o zwrot pieniędzy?
Kobieta spojrzała na niego z dziwną miną
— Jakich pieniędzy?
— Pięćdziesiąt funtów, które dałem pani do sprawdzenia.
— Przykro mi, muszę je zatrzymać, bo nie mogą być w obiegu.
Harry był mocno zaskoczony, że faktycznie był w posiadaniu podrobionych pieniędzy i teraz nie ma żadnego zabezpieczenia. Czemu nie chcą mu ich oddać?
— Ale to wszystko co mam. Czy jest szansa na ich odzyskanie? Bardzo panią proszę…
Harry czuł, że ochrona dyskretnie ale jednak się zbliża, zapewne widząc minę tej kobiety.
— Przykro mi. Pieniądze nie mają prawidłowych zabezpieczeń i bank je musi zatrzymać. — Kobieta posłała mu pełne fałszywego współczucia spojrzenie. — Nie mamy w zwyczaju wydawania pieniędzy w takich sytuacjach. Proszę odejść od okienka.
Harry patrzył na nią oszołomiony i miał wrażenie, jakby chluśnięto w niego lodowatą wodą. Stracił tyle forsy. I gdzie tu sprawiedliwość?
— To nie w porządku. Nie wiedziałem o tym. Co mam teraz zrobić?
Kobieta najeżyła się, wyraźnie tracąc profesjonalną uprzejmość.
— Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Proszę opuścić ten bank, bo zaraz każę cię usunąć siłą. Wracaj do domu, chłopaku i przeproś biednych rodziców!
Potter stał, próbując zrozumieć, co się stało. Stracił niemal wszystkie swoje pieniądze, bo nadęta baba w okienku zabrała ot tak jego rzekomo fałszywy banknot.
Ogarnięty gorączką umysł nie był w stanie tego zrozumieć.
— Gdybym miał rodziców, sprawa byłaby zupełnie inna. Dziękuję bardzo! — warknął cicho, odchodząc. Nie chciał zwracać na siebie jeszcze większej uwagi. Miał ochotę wrzeszczeć, ale nic nie mógł zrobić. Kompletnie.
oOo
Harry powlókł się chodnikiem, szukając jakiegoś miejsca na przeczekanie. W końcu przysiadł na ławce przy przystanku.
Gorączkowo myśląc o swojej sytuacji, nagle sobie uświadomił, że wszystkie banknoty, które podkradł wujowi to nic nie warte podróbki. Nie mógł spróbować z kolejnym banknotem. Tamta kobieta dość uważnie się mu przyjrzała i na pewno zapamiętała, jak wyglądał. Wtedy zrozumiał jedną rzecz, że taki dzieciak jak on, brudny i na dobrą sprawę bezdomny, nigdy nie miałby szansy zdobyć tak wysokiego nominału, gdyby go nie ukradł albo nie trafił na fałszywą forsę.
Westchnął ciężko. Był spłukany. Miał tylko mały zwitek wciśnięty mu przez Dudleya. Drżącymi palcami przeliczył i wyszło mu dwadzieścia funtów w banknotach i sześć w bilonie, nie licząc paru pensów. Zastanawiał się, na jak długo mu wystarczy ta kwota.
A co gorsza, wcale nie czuł się lepiej. Miał wrażenie, jakby nieznośne gorąco, drżenie ciała i przemożny głód narastały z każdą chwilą. Choć był przyzwyczajony do obywania się bez jedzenia, to nawet on prędzej czy później musiał jeść. Postanowił zajrzeć na pobliski targ, tam widział kanapki i inne przekąski na zimno. Zdecydowanie wolałby zjeść coś ciepłego, ale miał świadomość, że finansowo nie da rady. Pojawiła się niepokojąca myśl, że wydając jakieś dwa funty na śniadanie i maksymalnie pięć na kolację, po czterech dniach nie będzie miał już ani grosza.
Będzie musiał skombinować forsę. Nie wiedział tylko, czy fizycznie da radę.
Poszedł rozejrzeć się po najbliższym sklepie, który okazał się maleńką kawiarenką. Spojrzał na menu i wiedział, że nie ma szans na kupienie czegokolwiek, jeśli te dwadzieścia parę funtów ma mu starczyć na kilka dni. Zrezygnowany postanowił wziąć kanapkę z lodówki. Na szczęście był w stanie za nią zapłacić. Pochłonął ją, nim znalazł się na progu.
Większość dnia spędził, błąkając się po okolicy. Nigdzie nie mógł usiąść i odpocząć, bo był przeganiany jak bezpański pies. Nawet z przystanków. Ciągle przeszkadzał i zawadzał „porządnym" obywatelom, a patrolujący ulice policjanci i straż miejska grozili mu aresztem za włóczęgostwo.
Wpadł w błędne kolo, z którego nie widział wyjścia. Ulica wysysała z niego siły, pożerała go żywcem, a on nie potrafił się obronić. W żaden sposób. Mógł jedynie spróbować upolować klienta, łamiąc wszystkie zasady Douga, zarobić trochę kasy i znaleźć w miarę bezpieczne miejsce do spania.
Przygryzł dolną wargę. Zdecydował się na coś, co było niemal nierealne, w jego stanie. Poza tym nie potrafił tak bajerować jak Doug. Widział go przy pracy, zdążył podpatrzyć wiele sztuczek, które tamten stosował. Teraz musiał sam to zrobić i bał się, jak cholera.
— Przepraszam, zrobić panu loda? — spytał cicho Harry, podchodząc do wybranego przez siebie mężczyzny. Skrzywił się, bo doszło do niego, że złożona przez niego propozycja była, delikatnie mówiąc, beznadziejna.
— Bardzo chętnie bym skorzystał, słonko, ale tobie muszę odmówić. Jesteś zbyt zielony jak dla mnie. Co tu robisz?
Harry otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale z jego gardła wyrwał się dziwny odgłos i ugięły się pod nim kolana. Bezradnie próbował złapać równowagę, ale wszystko pochłonęła ciemność.
oOo
Frankie patrzył na drobną sylwetkę, która osunęła się na chodnik. Nie miał szansy zrobić nic prócz zamortyzowania upadku. Chłopak dosłownie przelatywał mu przez palce.
— A tak miło się zaczęło... — mruknął i westchnął. Wyglądało na to, że po raz kolejny będą musieli przygarnąć pod swoje skrzydła jedno z niefortunnych dzieci ulicy. — Johnny! Chodź tu, szybko!
Drugi mężczyzna w jednej chwili znalazł się przy nim i objął go w pasie. Spojrzał na Harry'ego i skrzywił się nieco.
— Chcesz, żebyśmy go zabrali do nas, prawda? Wraz z nim zniknie nam pewnie cała zastawa. Nieważne, zresztą. Jak chcesz go do nas przewieźć? Mam świeży manicure i ja ci, kochany, nie pomogę go przetaszczyć.
Frankie wzruszył ramionami i uśmiechnął się:
— O tej porze Mac powinien już jeździć, zadzwonię do niego. Za drobną opłatą na pewno elegancko zapakuje naszego nieprzytomnego gościa do środka. Nic trudnego.
I tak się faktycznie stało. Przekonali znajomego taksówkarza, aby włożył Harry'ego do samochodu i zawiózł ich wszystkich z powrotem pod ich adres. Mężczyzna był na tyle miły, że bez specjalnego proszenia zaniósł nieprzytomnego chłopaka na górę, do małego pokoju gościnnego. Za fatygę otrzymał buziaka i obietnicę specjalnego występu tylko dla niego, gdy tylko zajrzy do Silken Cage.
Kiedy zamknęły się za uczynnym taksówkarzem, spojrzeli na nowego podopiecznego.
— Nawet teraz cały dygocze. Zapalenie płuc jak nic, a nie wiadomo co jeszcze. Trzeba go przebrać z tych brudnych szmat w coś czystego. Przyniosę miskę ciepłej wody, przynajmniej choć trochę go umyjemy. Spróbuj zdjąć ten straszny podkoszulek.
— Wedle rozkazu, mój panie.
Frankie z łobuzerską miną cmoknął Johnny'ego w policzek, a tamten uśmiechnął się i, przytulając go, odparł:
— No. I nie zapominaj o tym.
Spojrzeli sobie w oczy, jak to mają w zwyczaju długoletni partnerzy i parsknęli, niemal rozumiejąc się bez słów.
Johnny poszedł poszukać odpowiedniej miski. To, co zastał, wracając, zaniepokoiło go nie na żarty. Zazwyczaj pogodny i spokojny Frankie wyglądał, jakby miał kogoś zamordować.
— Co się stało? Zrobił coś?
— Nie. Podejdź i sam zobacz.
Johnny zbliżył się i wystarczyło jedno spojrzenie na chłopca, żeby coś w nim pękło i wybuchło. Starał się nie podnosić głosu, ale klął i wyzywał jak szewc przez dłuższą chwilę. Gdyby był czarodziejem, bez wątpienia mieszkanie nosiłoby ślady wybuchu magii.
— O żeż do kurwy nędzy! Trzeba wezwać Angusa. Chętnie się dowiem, kto był jego panem.
— Ja też. Zakułbym sukinsyna w dyby u nas na tyłach i zlał na kwaśne jabłko.
Frankie machinalnie poszedł do łazienki napełnić miskę ciepłą wodą i po ręczniki. Johnny w tym czasie wykonał istotny telefon do niemal najważniejszej osoby w ich środowisku, przed którą wszyscy czuli zasłużony respekt, nie tylko z powodu najwyższej pozycji.
oOo
Doktor Angus McNair rzucił okiem na plecy Harry'ego i sam dał ujście swojej wściekłości. Gdy się nieco uspokoił, powiedział:
— Nie znam tego młodego człowieka, ale może należy do nieznanej mi grupy. Zasięgnę języka. A wy pogadajcie z nim, jak się ocknie. Musimy wiedzieć, co mu sie przydarzyło.
Harry otworzył oczy, nim Angus zaczął planować morderstwo.
— NIE! Nie mogę! — Harry uderzył we wbitą w skórę igłę, próbując ją wybić i skulił na łóżku, jednocześnie starając się zwiększyć odległość między nim, a nieznajomym, rudowłosym mężczyzną.
Doktor McNair zachował spokój i delikatnie powstrzymał bezradne ruchy chłopca.
— Spokojnie. To tylko antybiotyk, pomoże na zakażenie, jakie się przyplątało i całkiem pięknie hula.
Harry spojrzał na niego i zorientował się, że nie znajduje się w szpitalu, ani w gabinecie przychodni. W sumie nie wiedział, gdzie jest, tak naprawdę. Wtedy przypomniał sobie strategię Rona – rozwiązywać problemy, ale po jednym.
— Przepraszam, wystraszył mnie pan. Naprawdę nie wolno mi zastrzyków... Alergia… O, właśnie. Jestem uczulony na… yyy, nie pamiętam, co to było.
Zerknął spode łba, sprawdzając reakcję na niezdarne wyjaśnienia.
— Ach, rozumiem. W takim razie lek w postaci maści będzie bezpieczniejszy. — Lekarz pochylił się do swojej torby i wyjął niewielką tubkę. Wręczył ją Frankiemu i usiadł na krześle. Po chwili zapytał: — Wiesz, gdzie jesteś, młody człowieku?
— Nie za bardzo. Pamiętam, że… eee… O żeż! Nie mogę tu zostać! Pójdę sobie, przepraszam. Czy mógłby mi pan podać mój plecak?
Johnny spojrzał na leżący w kącie plecak chłopca.
— Twoje rzeczy są bezpieczne, ale ty nie powinieneś wstawać, ani tym bardziej gdziekolwiek wychodzić . To nie jest dobry pomysł.
— Ale nie mogę tu zostać. Nagabywałem pana… Oferowałem… Wie pan co!
Frankie przytaknął, ignorując wściekły rumieniec wstydu na twarzy Harry'ego.
— Oczywiście, że wiem. To było po prostu słodkie i takie niewinne. Ale nie o tym mówimy. Nie możesz odejść. Na ulicy zginiesz, dosłownie. Jesteś bardzo chory. Posłuchaj... — Frankie wyciągnął dłoń w kierunku chłopca tak, jakby starał się uspokoić wystraszone zwierzę. Połóż się i pozwól Angusowi działać. O nic się nie martw, wszystkim się zajmiemy w swoim czasie. Ale przede wszystkim ty musisz się położyć.
Harry przesunął wzrokiem po mężczyznach i nie po raz pierwszy dał się poprowadzić swojemu instynktowi. Wszyscy trzej wydali mu się miłymi ludźmi i po pewnej chwili wahania, położył się, jak mógł najwygodniej. Nadal było mu bardzo gorąco i miał wrażenie, że zaraz zaśnie.
— Dobrze, ale nie będę pasożytował. Oddam co do grosza. Spłacam swoje długi, choćby nie wiem co.
Ani drgnął, kiedy doktor McNair oczyszczał rany na plecach i smarował je maścią. Nie było to proste, ale lek zawierał środek przeciwbólowy. Harry zastanawiał się, czy byłby w stanie rzucić na siebie zaklęcie uzdrawiające, ale nie czuł się na siłach nawet przypominać sobie prawidłowej inkantacji.
Z tego otępienia wyrwało go delikatne klepnięcie w policzek.
— Przepraszam... Nie usłyszałem — wymamrotał słabo.
Johnny cierpliwie powtórzył własne słowa:
— Musimy wiedzieć, kto ci to zrobił, żeby pójść na policję.
Harry skrzywił się i odwrócił głowę.
— Nie! Proszę... Po prostu... Nie.
Doktor McNair odchrząknął i powiedział:
— Posłuchaj mnie. Wiem, jakie to trudne. — Harry niemo potrząsnął głową. — Naprawdę wiem. Kiedy ktoś, komu ufasz, łamie swoje słowo w ten sposób, to potwornie trudne. Musimy jednak coś zrobić z twoim panem, co by inny sub nie znalazł się w tej samej sytuacji co ty.
Harry ułożył się na boku w stronę lekarza.
— Serio nie wiem, o czym pan mówi. Pan? Sub? To był mój wuj i jeśli ktoś się dowie, że uciekłem, będę musiał wrócić. A wtedy jestem trupem. Dosłownie. Zatłucze mnie. Proszę... Szybko zdrowieję, naprawdę. Za tydzień mnie już tu nie będzie, albo i jeszcze prędzej. Mogę pracować i oddam co do grosza. Jestem silny...
Nastąpiła cisza, którą przerwał doktor McNair mamrocząc przekleństwa po szkocku. Kiedy odetchnął, spojrzał na Harry'ego.
— Niech demony go rozszarpią! Będziesz tu bezpieczny, mały, a jeśli zajdzie konieczność ukryjemy cię jeszcze lepiej.
Chłopak westchnął i kiwnął głową, mrucząc ciche podziękowania. Wtulił twarz w poduszkę i zasnął, nim ktokolwiek mógł coś dodać.
Doktor McNair pożegnał się krótko po tym, a Frankie i Johnny ostrożnie opróżnili boczną kieszeń plecaka Harry'ego, wykładając rzeczy na szafkę nocną w jego pokoju, łącznie z jego różdżką. Nie mieli pojęcia, co to jest i do czego służy, ale skoro znajdowało się w plecaku, musiało być niezwykle cenne dla chłopca. Przetarli dziwny patyk czystą, suchą szmatką.
Johnny westchnął, sfrustrowany i zły.
— Niczego więcej nie dowiemy się od niego. Nie cierpię takich sytuacji, ale musimy przejrzeć te rzeczy, bo może one nam powiedzą coś ważnego. A jeśli to prawda, że to wuj go tak urządził, musimy wiedzieć, jak się nazywa ten sukinsyn, żeby go dopaść.
Frankie zmierzwił dłonią kręcone włosy i wziął plecak do salonu.
— Dobra. Mnie też się to nie podoba, ale mus to mus.
Wysypał zawartość plecaka na blat stołu i obaj zaczęli rozdzielać poszczególne przedmioty od fragmentów garderoby. Wszystkie ubrania, które znaleźli musiały być używane przez kogo, nim trafiły do Harry'ego. Koc w pierwszej kolejności trafił do rzeczy do prania. Zauważyli też małe cynowe pudełeczko, ale nie było w nim nic specjalnego, wiec odłożyli je na stosik rzeczy chłopca.
— Praktycznie nic nie ma. To po prostu przygnębiające. Biedny dzieciak. Przepiorę te rzeczy, ale prędzej czy później musimy go namówić na nowe ubrania. Prawdziwe. W końcu nasza reputacja nie może ucierpieć, nikt pod naszą opieką nie będzie nosił takich szmat… — nastroszył się Frankie, a Johnny pogłaskał go po ramieniu.
— Masz rację. Nie powinien ich już ubierać. Okropieństwo. A te jego okulary, widziałeś? I nawet nie wiadomo, czy są właściwe. Musimy koniecznie mu sprawić nowe. A i jeszcze jedno, chcesz, żeby u nas pracował, kiedy stanie na nogi?
— Czemu nie. Będziemy mieć na niego oko i włos z głowy mu nie spadnie. Wygląda jak aniołek. Jest taki uroczy i niewinny. — Frankie przewrócił oczami i wrócił myślami do chwili, kiedy Harry zbliżył się do niego. — „Przepraszam, czy zrobić panu loda?"… Omal nie padłem.
Teraz mogli żartować i śmiać się z tej koszmarnej sytuacji i uroczej niezdarności chłopca, którego ocalili przed strasznym losem.
W końcu Johnny przeciągnął się i przyjrzał uważnie swoim wypielęgnowanym paznokciom i nie zauważywszy na nich żadnego uszczerbku, poprowadził swojego partnera do sypialni.
oOo
Albus Dumbledore spojrzał na Severusa Snape'a z nadzieją.
— Znalazłeś cokolwiek?
— Nie. Nic. Ten chłopak jest… niemożliwy. Aportował się trzy razy w czasie krótszym niż dwadzieścia minut. To było niezwykle trudne w tych okolicznościach. Następnie mugolskim pociągiem wrócił do Londynu i znikł bez śladu. Rozpuściłem wici w świecie Mugoli i sam będę miał oczy szeroko otwarte.
Dyrektor zaproponował Snape'owi filiżankę herbaty i talerzyk ciasteczek. Mistrz eliksirów z ochotą przystał na pierwsze, lecz zdecydowanie odmówił drugiemu.
— Dowiedziałeś się, co popchnęło Harry'ego do tej ucieczki?
Snape skrzywił się, upijając łyk herbaty.
— Nie chciał wracać do Dursleyów. Cytuję rozpuszczonego bachora: "Oni nie są dla mnie mili". A teraz muszę marnować swój cenny czas, żeby go znaleźć. Nienawidzę tej pogody, jest piekielnie zimno.
Dumbledore skinął głową, dobrze znając awersję Severusa do chłodu.
— Wiem i przykro mi, że cię tym obarczam, ale musimy znaleźć Harry'ego jak najszybciej. Minęły dwa tygodnie od jego zniknięcia.
Snape skończył herbatę i stuknął lekko różdżką o filiżankę, żeby się ponownie napełniła. Gdy skosztował napoju, odparł:
— Podobno ukradł wujowi całkiem sporo pieniędzy. Pan Dursley twierdzi, że zginęło mu coś koło tysiąca funtów, które miały być na okołoświąteczne wydatki. To dość duża kwota, która pozwoli chłopakowi przetrwać jakiś czas, pod warunkiem, oczywiście, że umie gospodarować pieniędzmi.
— Ach, cóż. Nie sądzę, żeby to była prawda. Harry nie jest złodziejem. Niestety trzeba to wszystko utrzymać w tajemnicy. Jeśli Tom się o tym dowie… Nawet nie chcę myśleć, co się może stać.
Mistrz eliksirów przytaknął.
— On coś szykuje. Jeszcze nie wiem dokładnie co, ale nie dopuszcza mnie do planów. Mam zebrać siły i oczekiwać na specjalne wezwanie. Zakazał mi nawet przybywać na następne zebranie śmierciożerców. Nie podoba mi się to. Co On szykuje?! Po cholerę ta tajemnica?! A jeśli ma chłopaka? Niech go szlag!
Dumbledore sam miał złe przeczucia i postanowił je zmilczeć. Poradził swemu szpiegowi, aby wykorzystał możliwość i posłuchał rozkazu Czarnego Pana.
oOo
Draco Malfoy był nieprzytomny ze szczęścia i radości. Nareszcie wolno mu było pojawić się na zebraniu śmierciożerców. Ba, ojciec mu powiedział, że taki był rozkaz Czarnego Pana. Draco rozpierała duma, że czarnoksiężnik wreszcie zgodził się, aby uczestniczył w zebraniu obok ojca.
Gdy pojawili się na miejscu, był rozczarowany. Pole, albo łąka. Zwykła, błotnista, śmierdząca łąka. Na dobrą sprawę, nawet nie wiedział, gdzie się znajdowali.
Czarny Pan zbliżył się i Draco aż zadrżał z ekscytacji. Choć, gdy się przyjrzał, uznał, że wygląda wręcz odrażająco. Voldemort gestem przywołał Malfoya seniora, który wyraźnie obawiał się czegoś i podchodził do niego, kuląc się w sobie.
Draco nie rozumiał tego. Przecież służba Czarnemu Panu to największy honor.
Wtedy zaczęło się robić nieciekawie.
— Nie jestem zadowolony. — Lucjusz zastygł w połowie drogi. — Powiedziałem, żebyś znalazł mi Pottera. Nie wykonałeś rozkazu.
Klątwa łamiąca kości dosięgła nogę Malfoya i jasnowłosy czarodziej upadł na ziemię z krótkim okrzykiem bólu.
— Kazałem ci się zbliżyć. Podejdź tu! Sam, dziś nie chcę widzieć twojego smarkacza.
I Draco musiał bezsilnie patrzeć, jak ojciec czołga się w kierunku Czarnego Pana i wyrzuca z siebie błagalnym tonem:
— Wybacz mi, panie, że cię zawiodłem. Szukałem domu Pottera, ale moje mizerne umiejętności okazały sie niewystarczające do tego zadania. Błagam, wybacz. — Lucjusz przygryzł wargę i drżącą, brudną dłonią delikatnie uniósł rąbek szaty w kierunku swych warg.
Voldemort szarpnął szatą, nim tamten ją ucałował i łaskawie ruchem dłoni nakazał mu wrócić. Widać bylo jednak, że nie ma zamiaru tak łatwo wybaczyć tego afrontu. Lucjusz znów czołgał po grząskim gruncie, starając się zdusić koszmarny ból nogi.
Serce Draco pękało na widok ukochanego ojca potraktowanego w ten sposób. Nie mógł znieść, że jego nieskazitelne zazwyczaj i eleganckie szaty są ubłocone, miejscami podarte. Twarz miał ściągniętą grymasem bólu, brudną i spoconą. Długie, piękne włosy były mocno w nieładzie i potargane.
Draco w mgnieniu oka podjął decyzję, która mogła całkowicie zmienić jego życie. Skłoniwszy się nisko, zwrócił się do Voldemorta:
— Panie, pozwól mi zabrać ojca do domu. Nie będzie raził twoich oczu i przypominał o swojej porażce. Oczywiście za twoim pozwoleniem, panie. — Draco starał się, aby jego głos i postawa wyrażały pokorę i skromność. Najwyraźniej mu się to udało, bo Czarny Pan machnął jedynie ręką, Nie czekając, aż kapryśny czarnoksiężnik zmieni zdanie, młody czarodziej pomógł ojcu dostać się do pobliskiego zagajnika.
Za drzewami Draco przystanął odpocząć nieco i wyjął różdżkę, unosząc ciało ojca i wracając z nim do domu. Odprowadził go do jego apartamentu w rezydencji i zostawił pod opieką skrzatów, które błyskawicznie się nim zajęły. Wtedy też zrozumiał, czemu ojciec nienawidzi tak usłużnych stworzeń – nie znosił być zdany na ich opiekę po powrocie z podobnych zebrań. Młody czarodziej miał o czym o myśleć i, kiedy miał pewność, że ojciec niczego nie potrzebuje, wyszedł.
Sprawdził w bibliotece informacje na temat tej klątwy, której ofiarą padł Lucjusz, gotów uwarzyć odpowiednie antidotum, lecz nie znalazł nic, prócz adnotacji, że po upływie maksymalnie kilkkunastu godzin powinna przestać działać i nie ma potrzeby podawać żadnych mikstur poza przeciwbólowymi.
Skrzywił się i wolał poczekać z konfrontacją do czasu, kiedy klątwa przestanie działać. To będzie trudna rozmowa i na pewno nie chciał, aby odbywała się w sypialni ojca.
Po trzech dniach Lucjusz wciąż nie doszedł do siebie, lecz czuł się dużo lepiej, a w tym czasie Draco rozpamiętywał wszystko, co chciał mu powiedzieć i w jego sercu rosły odraza, wściekłość i strach. Nie był odważny. W końcu był Ślizgonem, ale to było po prostu nie do zniesienia.
Lucjusz siedział w fotelu w swoim gabinecie. Jego stopy spoczywały na niewysokim podnóżku. Nie wyglądał najlepiej.
— Ojcze, chciałbym porozmawiać.
— Domyślam się, Draco. Usiądź, proszę.
Młody czarodziej spełnił prośbę ojca i z westchnieniem odrzucił włosy z twarzy,
— Mam nadzieję, że nie sprawiałem kłopotów i byłem dobrym synem.
Malfoy senior spojrzał na niego, nie rozumiejąc, o co chodzi.
— Każdy ojciec byłby dumny z takiego dziecka, jak ty. Ja jestem i to bardzo. Mam nadzieję, że to wiesz.
— Dziękuję. — Chłopak skłonił lekko głowę. — To dla mnie bardzo trudne i zrozumiem, jeśli, po wysłuchaniu mnie, zażądasz, abym opuścił rezydencję.
— Draco, proszę cię. Nie mam nastroju do czytania między wersami. Powiedz, o co chodzi bez owijania w piękne, górnolotne słówka.
Draco wziął głęboki oddech.
— Nie przyjmę Znaku, ojcze i NIE będę służyć Voldemortowi. Jeśli nie możesz mnie w tym poprzeć, opuszczę dom. Nie będę bezsilnie się przyglądał, jak się znęca nad tobą po raz kolejny. I na pewno nie pozwolę, aby mnie samego spotkały takie... upokorzenia. Wystarczy jedno słowo i przeniosę się do domu w Londynie. Gdy tylko ukończę Hogwart, poszukam czegoś innego, jeśli będziesz sobie tego życzył.
Lucjusz od dawna oczekiwał podobnej rozmowy, ale i tak był zaskoczony. Westchnął i odparł:
— Rozumiem. Nie zmienisz zdania?
Młody Malfoy potrząsnął głową, posyłając ojcu uparte, chłodne spojrzenie.
— Nie, na pewno nie. Utrzymam się do czasu, kiedy znajdę pracę. Nie chciałbym wywoływać skandalu, ale zrobię to, jeśli mnie zmusisz do tego.
— Nie. Nie, mój synu. Do niczego nie będę cię zmuszał. Sam przyjąłem Znak, bo musiałem. Obawiałem się o twoje życie, Draco. I od tamtego czasu byłem świadkiem, jak popada w obłęd, lecz tym razem odbiło mu całkowicie. — Draco skrzywił się nieco, a Lucjusz lekko uśmiechnął. — Wyszukane słownictwo czasem nie oddaje prawdy, synu. Czarny Pan kompletnie stracił swoje priorytety i cel z oczu. Szamoce się jak wściekły zwierz na uwięzi. Chce zniszczyć wszystkich mugoli, charłaków i tych, którzy z nimi sympatyzują, bo taki ma kaprys. Dokona strasznej rzezi tu, a potem ma zamiar zapanować nad całym światem. Zapomina jednak, że technologia mugoli niezwykle poszła do przodu. Swoimi atakami ściągnie ich uwagę, a to może doprowadzić unicestwienia świata magii.
— Dokładnie. W takim razie, ojcze, co robimy?
— Nie spodobają ci się moje plany, Draco. — Lucjusz westchnął i kontynuował: — Wyślę twoją matkę do jednej z mniejszych rezydencji we Francji. Jest zbyt oddaną Jego wielbicielką, żeby jej ufać. — Draco już miał kąśliwą uwagę na języku, ale przełknął ją i spojrzał na ojca. — Wiem, że ją kochasz, ale proszę, pomyśl. Nie może tu zostać, bo Go wpuści, gdy nie będziemy się tego spodziewać. Dlatego musi wyjechać do Francji. My natomiast zabarykadujemy się tu i przeczekamy, aż Mu się się znudzi i o nas zapomni, jak rozpuszczone dziecko zapomina o zepsutej, używanej zabawce.
Młodszy czarodziej zgodził się ruchem głowy.
— A co wtedy? Gdy już o nas zapomni i przestanie nas nękać?
— Zaczniemy odbudowywać nasze dobre imię. Nasze nazwisko winno być otoczone chwałą, a nie kojarzyć się z przegranymi. Tak. Krucjata Czarnego Pana nie zakończy się Jego zwycięstwem, jestem o tym przekonany.
— Jeśli sie nie mylisz, ojcze, co do tego, że oszalał, to faktycznie, nie ma szans. Potter to jeden z największych upartych ludzi, jakich znam. I zbajeruję go, żeby znaleźć się w jego otoczeniu. Znaczy, o ile go znajdą.
Lucjusz zmarszczył brwi i posłał mu ostre spojrzenie.
— Słucham? Jak to znajdą? O czym ty, do cholery, mówisz?!
Draco uśmiechnął się z wyższością.
— Podobno jakiś czas temu zniknął z domu mugolskich krewnych. Podsłuchałem rozmowę dwóch śmierciozerców. Zastanawiali się, czy przekazać tę nowinę Czarnemu Panu, ale chyba uznali, że jeszcze poczekają.
Trybiki w głowie Lucjusza pracowały jak szalone. Czarodziej oparł się wygodnie i zamruczał:
— To, mój Draco, jest bardzo interesująca wiadomość. Może się okazać niezwykle pomocna w naszych planach.
Młody arystokrata patrzył z zadowoleniem na ojca. Wiedział, że jakikolwiek plan powstanie w jego umyśle, będzie jednym z lepszych. W pewnej chwili głowa Lucjusza drgnęła i coś zdało się wyrwać z rozmyślań.
— Draco, nie oszukuj Pottera, żeby wkupić się w jego łaski. Pamiętaj, to Gryfon. Tu zadziała szczerość i otwartość, mój drogi. Inaczej wszystko przepadnie, rozumiesz?
Ten skinął głową, niechętnie zdając sobie sprawę, że Gryfoni naprawdę wymagali innego podejścia, a Potter to już w ogóle był szczególnym przypadkiem.
oOo
Harry obudził się, czując się nieco lepiej. Przewrócił się ostrożnie i pomyślał chwilę. Nadal był obolały, zesztywniały. Chyba wciąż miał gorączkę, ale zignorował to wszystko, rozglądając się po pokoju, w którym leżał. Nie było to duże pomieszczenie, ale i tak o połowę większe od drugiego pokoju Dudleya. Łóżko stało w kącie, naprzeciw drzwi. W nogach stała niewielka skrzynia. Pod przeciwległą ścianą stała szafa. W kącie znajdował się fotel z podnóżkiem i lampa na stoliczku. W pobliżu tego kącika ustawione było nieduże biurko. Dostrzegł też wąskie drzwi, zastanawiając się, dokąd one prowadzą. Przypuszczalnie do łazienki. Spodobało mu się, że leżąc w łóżku mógł bez trudu wyglądać przez okno.
Wysunął się ostrożnie z łóżka i wystarczyły mu trzy kroki do drzwi, faktycznie to była maleńka łazienka z prysznicem, toaletą oraz umywalką. Niemniej było przyjemnie ciepło. Zrzucił spodnie od piżamy i wszedł pod prysznic. Musi się umyć i wtedy rozejrzeć się za czymś, co mógłby zrobić w ramach podziękowań i jakby nie było zarobić na swoje utrzymanie w tym miejscu.
Umył się szybko i wytarł włosy. Znalazł swój plecak, lecz ku jego początkowej panice nie znalazł ani jednej swojej rzeczy, poza drobiazgami ukrytymi w cynowym pudełeczku. Ubrania i koc zatem musiały być zabrane do prania. No, na pewno im się to przyda, bo były straszliwie brudne. Zdecydował się poszukać pralni i włączyć pranie. Potem co? Może kuchnia. Włożył spodnie, które leżały złożone na skrzyni w jego pokoju, zapewne dla niego. W duchu podziękował swoim wybawicielom za umiejętność przewidywania.
Kuchnia okazała się mała i wąska, ale doskonale wyposażona. Harry postanowił porządnie ją umyć i schylił się pod zlew po środki czyszczące. Wtedy zorientował się, że zapomniał o praniu. Nie traciłby czasu, co zawsze było utrapieniem u Dursleyów. Odłożył chemikalia na blat i ruszył na poszukiwania pralni.
Zwiedził mieszkanie, ostrożnie otwierając kolejne drzwi. Pralnia była tuż obok kuchni, następnie mieściła się spora łazienka, która również wymagała nieco uwagi, ale Harry uznał, że stopniowo wszystkim się zajmie. Ostatnie drzwi były zamknięte na klucz, więc je zostawił. Najwyraźniej musiała to być sypialnia… Zorientował się, że nie wie, kto mu pomógł i nie zna imion tych, którym powinien podziękować.
Włączył pralkę, po tym jak posegregował rzeczy, główne swoje własne. Wracając do kuchni, znów poczuł się gorzej, ale nie zrezygnował ze sprzątania. Nie śpieszył się, w przeciwieństwie od wykonywana obowiązków u Dursleyów, nie pracował na czas. Mógł za to wyczyścić kuchnię tak, że błyszczała. Dobrze wiedział, jak to zrobić.
Podskoczył zaskoczony, kiedy usłyszał czyjś głos dobiegający od strony drzwi.
— Młody człowieku, jeśli w ciągu dwóch minut nie zobaczę cię w łóżku, będę bardzo… niezadowolony. Zmykaj.
Harry'emu wystarczyło jedno spojrzenie na mężczyznę i uciekł do pokoju, gdzie został ulokowany. Nie bacząc na ból, zrzucił ubranie i wskoczył pod kołdrę. Okrywał się, gdy do środka weszli jego wybawiciele.
— No, teraz dużo lepiej. Grzeczny chłopiec. Ja jestem Johnny, a to Frankie, tylko bez głupich żartów, bardzo proszę.
Harry nie bardzo zrozumiał, ale, rzecz jasna, zgodził się na to.
— Jasne, nie ma sprawy. Dziękuję panom…
— Proszę bardzo. A teraz powiedz mi, co ty, do cholery, wyprawiasz?
Młody czarodziej zamrugał, zaskoczony tym pytaniem.
— Myślałem, że… yyy, zrobię coś pożytecznego.
Frankie podszedł do krzesła pod ścianą.
— Rozumiem. Masz na imię Harry, prawda? A jak brzmi twoje nazwisko?
Chłopak przez krótki moment nie był w stanie oddychać z nagłego strachu, ale racjonalna myśl przebiła się przez panikę. Mugole nie mogli go znać.
— Harry Potter.
— W takim razie, Harry,posłuchaj mnie uważnie. Jesteś chory. Bardzo poważnie. Ja… To znaczy my nie chcemy, żeby ci się pogorszyło, więc żadnego łażenia, dopóki lekarz nie pozwoli. Choróbsko tylko czeka, aby zaatakować znowu, a my na to nie pozwolimy. Rozumiemy się?
Młody czarodziej opacznie zrozumiał te słowa. Uznał, że mężczyźni chcą się go jak najprędzej pozbyć i nie mają zamiaru go niańczyć do czasu, aż wyzdrowieje.
— Oczywiście. Będę się słuchał. Jak tylko mi się poprawi, będę mógł pracować i przydam się w domu. Mogę też odejść, nie chcę przeszkadzać.
Z ust Frankiego wydobył się podirytowany syk i w końcu mężczyzna się odezwał.
— Skarbie, nie ma mowy. Nie po to cię ratowaliśmy, abyś teraz znów głodował na ulicy. Najpierw musisz wrócić do zdrowia, a potem będziemy się martwić co dalej. Zdecydujemy na spokojnie. Teraz nie zaprzątaj tym głowy, dobrze?
Harry nie mógł uwierzyć, że ci całkowicie obcy mu ludzie byli dla niego tacy mili.
— Dziękuję. Postaram się. Szybko wyzdrowieję i nie będę dla panów ciężarem. Obiecuję.
Johnny posłał mu chłodne, kalkujące spojrzenie.
— Oczywiście, że nie będziesz. Jesteś na to zbyt inteligentny. Odpoczywaj, Harry. Mówię poważnie, śpij.
I młody czarodziej oparł się wygodnie, zamykając oczy. Marzył o kilku eliksirach, ale przygryzając wargę, porzucił o nich myśli. Nawet gdyby miał odpowiednie umiejętności, nie dałby rady ich uwarzyć, choćby dlatego, że zwyczajnie nie miał dostępu do właściwych ziół lub ewentualnie ich zamienników i innych ingrediencji.
